poniedziałek, 15 września 2014

15 września 2014



1. Wstałem i nie poszedłem włączyć telewizora z „Kawą na ławę”, bo się bałem, że gdybym włączył, to Lilka (córka brata) by zażądała przełączenia na któryś z tych przerażających kanałów dla dzieci, na których dorośli mówią dziwnymi głosami i śpiewają straszne piosenki.
Okazało się, że Lilka już zdążyła zażądać włączenia kanału dla dzieci, na którym dorośli mówią dziwnymi głosami i śpiewają straszne piosenki, ale Michał (mój brat) wytłumaczył jej, że tego nie można zrobić, bo się obudzi Bożena i będzie zła.

Michał ma własny sposób rozpalania w kuchennym piecu. Ja ładuję do pełna, bardziej lub mniej palne rzeczy, polewam naftą, podpałką, rozpuszczalnikiem, benzyną (czymkolwiek, co wpadnie w ręce), podpalam i mam nadzieję, że zadziała.
Michał zaś dokłada po gałązeczce dokładnie kontrolując proces.
Perfekcjonista.

Zjedliśmy rodzinne śniadanie. Otworzyłem kilogramową puszkę lidlowego tuńczyka. W sumie mamy trzy takie puszki. Z daleka wyglądają jak lakier do drewna, więc nikt ich nie kupuje. Tuńczyk w porządku, choć temu w słoikach z tygodnia hiszpańskiego do pięt nie dorasta.

Lilka „l” i „r” wymawia: „j”. Mój brat też tak miał w jej wieku. Starsze dzieci namawiały go, by mówił „chór”. Mówił.
A dziś protestuje, kiedy ja mówię to słowo, gdy odległość do Lilki jest mniejsza niż 25 metrów.

Myślałem, że będę musiał oglądać wieczorną powtórkę „Kawy na ławę”. Okazało sie, że 300polityka.pl zaczęła robić niedzielny „Stan gry”. I to jest dobra informacja, bo dzięki temu zyskam dodatkowe dwie godziny w niedzielne przedpołudnie. Ale jest też zła, bo za chwilę się całkowicie uzależnię od kolegi Mężyka i jego wiernego Kolanki.

2. Pożyczyłem od sąsiada Tomka Renatę. Renata to skrzyniowe renault, które Tomek dostał w jakimś rozliczeniu. Ma tam z 400 tys. przebiegu, pali na dotyk, i jak trzeba potrafi przewieźć nie powiem jak wielką masę, bo ITD czuwa.
Kiedy rok temu wysypała mi się skrzynia rozdzielcza w chevrolecie, Tomek przyciągnął mnie Renatą spod Nowego Tomyśla. Było to niezłe doświadczenie, bo lecieliśmy prawie setką.
Dobrze, że miałem hamulce. Chevrolet waży ponad trzy tony, ciekawe o ile by Renatę skrócił.
Przypomniało mi się, że w podstawówce kochałem się w jednej Renacie, ale zupełnie nie była podobna.

Z prawego przedniego koła schodzi powietrze. W oponę powbijane jest tyle opiłków, że męczyguma (jak w okolicy się nazywa wulkanizatora) się poddał. Są już nawet kupione opony na zmianę, ale jakoś nie ma okazji, by zmienić. Gienek (teść Tomka) ma zmodyfikowany kompresor z lodówki. Coś tam jest zaślepione, przewód z końcówka do wentyli. Całość na zgrabnej deseczce. Pompuje, choć powoli.

Pompowało. Gienek w oplu swojej małżonki Joli wymieniał wężyk pomiędzy chłodnicą a zbiornikiem wyrównawczym. Jolka czyściła grzyby. Gienek skończył –Teraz wszystko jest w porządku. Jolka jakoś specjalnie się nie zainteresowała.
–Nawet nie podziękowała – wziął mnie na świadka Gienek.
–Ty mi za obiad nie dziękujesz. Jeszcze muszę po tobie zbierać talerze – odpowiedziała Jolka.
–Ale ja pracuję – użył ostatecznego argumentu Gienek.

Przekomarzali się jeszcze przez chwilę. Ja odpaliłem Renatę i podjechałem przed schody.
Renata była potrzebna by przewieźć do stodoły nazywanej stołówką (bo przez kilkanaście lat pełniła tę funkcję) strasznie ciężką i strasznie dużą skrzynię po zdjęciu rycerza, które dostaliśmy od Igora Omuleckiego.

Michał oglądając skrzynię zażartował. I nie mogę go zacytować, bo mnie o to poprosił. I to jest zła informacja, bo było to złośliwe i zabawne.

Walka ze skrzynią zakończyła się sukcesem. I to dobra informacja, bo już traciłam wiarę w to, że się uda jej z domu pozbyć.

Później był obiad. Bożena wywarła presję na Karolu (synu Tomka) by, skoro sobie naładował tyle makaronu, wszystko (prawie) zjadł. Oboje byli dzielni.

Wcześniej Karol bał się iść do toalety, bo naprzeciw drzwi do niej wisi rycerz (Igora Omuleckiego). Chciałem, mu dać walthera PPK, żeby, w razie czego, rycerza zastrzelił, ale Michał nie pozwolił „Nie wolno dzieciom dawać broni”.
Perfekcjonista.

3. Po serii pożegnań Michał z Lilką ruszyli. Myśmy ruszyli razem z nimi, bo postanowiliśmy wpaść razem do Boryszyna na grób babci. Za Wilkowem zobaczyliśmy ptaka giganta. Na polu siedziało kilkanaście kruków i chyba jastrząb. Chyba wszyscy czekali, aż wylezie jakaś mysz.
Bycie myszą nie jest chyba specjalnie przyjemnym sposobem życia.

Oglądaliśmy ptaka giganta, aż zadzwonił Michał, by zapytać, czy wszystko w porządku, bo mu zniknęliśmy ze wstecznego lusterka. 
Perfekcjonista.

Za cmentarzem w Boryszynie wycięto krzaki. Zupełnie się przez to zmienił horyzont. Wcześniej za cmentarzem było nic, teraz jest pustka.
Dawno nie byłem na grobie babci. I to jest zła informacja.

Wieczorem zastanawialiśmy się jakie wrażenie zrobił Michał na sąsiadkach. Bo raczej zrobił. Ojciec non-stop zajmujący się dzieckiem. Żeby z tego nie było jakiejś rewolucji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz