niedziela, 12 października 2014

12 października 2014


1. Obudziło mnie dużo za wcześnie. Pożytek z tego był taki, że obejrzałem jak w TVN24 plącze się w zeznaniach na temat Sławomira Nowaka pani poseł Pomaska.
Pani poseł przez jakiś czas zbierała bardzo wysokie noty. Prawdopodobnie brało się to z tego, że pilnowała, by dobrze deklinować jej nazwisko. 
Na próbie tłumaczenia posła Nowaka poległa. Z kretesem.
Ale trzeba mieć bardzo mały rozumek, żeby w telewizji próbować to dziś robić. Platforma generalnie nie ma ręki do kobiet.

Poszedłem na śniadanie. Hotel „Puro” okazał się jeszcze gorszy niż myślałem. Podać na śniadanie jajecznicę, która nie dość, że jest zimna, to jeszcze przypalona. Na tę jajecznicę nabrał się również pan Siwiec, który rano wyglądał zdecydowanie podobniej do siebie. Jajecznicę dzióbnął kilka razy, po czym odniósł talerz jak najdalej od swojego stolika.

Zrobiłem sobie herbatę. W znaczeniu: z wielkiej maszyny pobrałem wrzątek. Maszyna ustawiona była tak, że przypomniało mi się, co to znaczy menisk wypukły. Woda była brązowawa, ale wydawało mi się, że mi się wydaje, a jednak się nie wydawało. Maszyna robi również kawę. Więc jeżeli ktoś wcześniej nalewał kawę, to resztki tej wcześniejszej kawy są we wrzątku. I to jest zła informacja.

Po śniadaniu postanowiłem się chwilę jeszcze zdrzemnąć. Ustawiłem tabletem (nowoczesny hotel, wszystko się robi tabletem) budzik. I to był bardzo zły pomysł, bo kiedy zaczął dzwonić nie dało się go wyłączyć. Na tablecie (starym samsungu) mogłem jeszcze przeczytać korespondencję do poprzednich lokatorów. Bo ktoś, kto projektował system nie wpadł na to, żeby czyścić wiadomości po wymeldowaniu. Ja z kolei nie wpadłem na to, że wiadomości mogą być do kogoś innego.
Słowem: hotel nie wart polecenia.

2. Ruszyłem na zachód. Na jakimś – bliżej nieokreślonym poznańskim skrzyżowaniu skończyło mi się paliwo, dobrze, że miałem bańkę i lejek i parę litrów benzyny. Im było późno, tym się gorzej czułem. Rozwiązywanie problemu z niejadącym samochodem byłoby ponad moje siły.
Zatankowałem na jakimś Orlenie. Nie wyraziłem zainteresowania, ani numizmatami, ani hot-dogami, ani kawą, ani płynem do spryskiwaczy. Ruszyłem dalej. I generalnie było mi coraz gorzej. I kiedy zrobiło mi się bardzo, bardzo źle – stanąłem na parkingu, żeby się zdrzemnąć.
Drzemałem słuchając radia. Konkretnie jedynki. I chyba po raz pierwszy w życiu wysłuchałem odcinka „Matysiaków”. Jedynka to musi być jakaś PiS-owska stacja, bo w „Matysiakach” nabijano się z końca remontu ulicy Świętokrzyskiej, donic, szpar w bruku. Nazwisko HGW nie padło.
Ruszyłem. Za Pniewami wziąłem parę autostopowiczów. Chłopak gadał. Ojciec wojskowy, więc się ciągle przeprowadzali, więc wszędzie ma znajomych. A w tym miejscu, gdzie teraz mieszka, to kiedyś było tak, że wszyscy mężczyźni pojechali do Afganistanu. I zostały same żony. Co się tam wyrabiało. Ile było rozwodów później. I że za Afganistan dostawali ekstra 60 tys. zł, więc się to raczej nie opłaca. A jak pracował w Holandii, to Holender chciał go wysłać do pracy do Afryki, ale on nie pojechał, bo się trochę bał, a teraz by pojechał. Holender z Afryki do Holandii sprowadzał samochody, bo w Afryce są tańsze. I miał żonę, która jeździła TiR-em.
I tak przez jakieś 40 minut. Jechali na Gibraltar. Ciekawe czy się wydostali z Polski.

Wpadłem do Lidla. Zaczęli sprzedawać wafle nazywane andrutami. I mają całkiem niezłe ogórki kiszone w folii. Czekałem 12 minut aż skończy się piec chleb. Nie było warto, bo wyszedł słaby. I to jest zła informacja.

3. Na wsi panowie kopacze naprawili płot, zakopali studnie. I rozpoczęli proces kopania do sąsiadów. Przy okazji trafili na czegoś fundamenty, obok których był chyba śmietnik. Flaszki, porcelana. Wszystko potłuczone. Zacząłem w tym grzebać. Dowiedziałem się, że w Rokitnicy mieszkali kiedyś kulturalni ludzie. Używali kieliszków, całkiem ładnej porcelany, pili wina, piwo, napoje spirytusowe. Będę musiał poprosić pana Janka, wirtuoza koparki, żeby zdjął trochę więcej ziemi, może znajdę coś ciekawego.

Wieczorem u sąsiadów na podwórku nie oglądałem meczu. Na wsi nie jest jak w mieście, gdzie po wrzaskach można rozpoznać, że ktoś, coś ustrzelił. A tu – cisza. Więc największy sukces w historii Polski minął mnie bokiem.

Gienek chce sprzedać swoją starą wueskę. WSK to coś w sam raz na kryzys wieku średniego. Nikt nie zarzuci jej tego, że jest harleyem. Chodzi mi więc po głowie pomysł, by ją kupić.
I to jest zła informacja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz