wtorek, 14 października 2014

14 października 2014



1. Postanowiłem spać do oporu, bo do drugiej oglądałem trzecią serię „The Wire”. Dlatego pewnie wstałem chwilę po siódmej. Panowie przyjechali w okrojonym składzie. Bez wywrotki marki Scania i jej kierowcy. Wywrotka o ładowności ponoć 15 ton woziła ponoć ton dwadzieścia parę.
Miała niestety problemy z trakcją. Ze dwa razy ledwo się wykopała, rozwalając przy okazji koszony przeze mnie od dobrych ośmiu lat trawnik.
Bez wywrotki pan Janek, wirtuoz koparki musiał sypać obok. Więc zasypywał tym, co wykopał, a że kopał w gruzie – będę musiał kupić nowe noże do kosiarki.

Scania przyjechała. Panowie kierowcę scanii mobingują. Tak naprawdę. Kierowca ponoć całe życie jeździł TIR-ami. Jazda TIR-em generalnie polega na tym, że przyczepiają ci naczepę, a ty jedziesz. Do przodu. Raczej nie cofasz. Wywrotką na budowie wciąż się musi manewrować. Kierowca scanii robi to zbyt wolno. Więc wkurwia całą ekipę, która daje to po sobie poznać. Kierowca scanii ma post TIR-owskie zwyczaje. Poważnie podchodzi do tego okrągłego czegoś, co jest w liczniku prędkości i pisze z jaką prędkością się jechało. No i mówi, że nie może ruszyć, bo ma jeszcze siedem minut przerwy.
Panowie rozpoczęli więc proces minimalizowania szkód, które poczynili. Nawozić ziemię, ubijać, rozsypywać. Wcześniej jednak przekopali się do sąsiadów. Pod murem. I u sąsiadów posadowili ostatnią studzienkę.
Pan Janek, wirtuoz koparki westchnął, że kiedyś to by była wiecha. Kiedyś był dzień budowlańca. A teraz to człowiek ma się cieszyć, że ma pracę.

Później panowie pojechali, żeby coś robić z drogą i się okazało, że porządkami się zajmą dopiero za parę dni. I to jest nie jest dobra informacja, bo przed domem wygląda strasznie.

2. Wziąłem dmuchawę Husqvarny, żeby trochę na betonie posprzątać. Dmuchawa przydała się wcześniej przy wykopaliskach. Wydmuchiwała piasek więc zostawały tylko skorupy.
Z dużym zaangażowaniem zacząłem zdmuchiwać piasek, który nawiozły maszyny. Po chwili okazało się, że zdmuchnięty pył nie opada. I robi się z niego mgła, którą wiatr delikatnie przesuwa w stronę lasu. Wyglądało to pięknie. Minus taki, że trochę pyłu osiadło na Kadetcie Jolki. I wypada, żebym go umył.

Wylazłem na piętro, żeby sfotografować Althamera (strasznie brzydki tryptyk) (choć nazywanie tego tryptykiem jest pewnym nadużyciem, bo to jest jeden obrazek, tylko namalowany na trzech płytach). Usłyszałem, że ktoś jest w pokoju obok. A nikogo tam być nie powinno, bo od paru dni byłem sam w domu.
Okazało się, że to sikorka. Otworzyłem jedno okno – nic, drugie, trzecie. W końcu jakoś wyleciała. To druga sikorka w takiej sytuacji. Poprzednia była dziesięć dni temu. W każdym razie, gdyby nie Althamer Sikorka by pewnie padła z głodu.

3. Gienek podwiózł mnie na stację. Razem czekaliśmy na pociąg. Opowiadał, jak z wojska jeździł do domu. O 19 wsiadał do pociągu w (chyba) Zabrzu. O drugiej w nocy był w Zielonej Górze. Szedł na stopa. W Świebodzinie czekał na autobus, który o piątej wiózł go domu. Gorzej miał, kiedy trafił do Orzysza. Gorzej nie tylko dlatego, że była to kompania karna, ale również, że podróż wtedy trwała 24 godziny. –Najgorsze było, że człowiek zupełnie nie miał pieniędzy. Oszczędzało się, żeby mieć na bułkę. A wtedy w pociągach chodzili ludzie i sprzedawali piwo. A człowiekowi się w środku aż skręcało.

Pociąg spóźnił się dziesięć minut. Kiedy wsiadłem natychmiast pognałem do Warsu i kupiłem sobie dwa żywce.

Jechałem w ostatnim bezprzedziałowym wagonie. Ciekaw jestem co pił człowiek, który nadawał numery miejscom. To musiało być coś więcej niż dwa małe piwa.

Nad moim siedzeniem była naklejka – „Okno bezpieczeństwa” Kilka osób próbowało ją już oderwać. Z marnym skutkiem.

Opóźnienie pociągu uległo zmianie. Wzrosło do dwudziestu minut. Kiedy dotarłem do domu okazało się, ze rozbiłem 30% wiezionych jajek. I to nie jest dobra informacja.
Dobrze, że nie mieszkam z Jarosławem Kuźniarem., bo on ma na jajka jakieś uczulenie.
Choć raczej: dobrze, że nie mieszkam z Jarosławem Kuźniarem, bo ja mam na niego uczulenie.  

1 komentarz: