środa, 9 marca 2016

8 marca 2015


1. Na kredensie stoi u nas kotek. Złoty. Chiński. Stoi i macha łapką. Ponoć jak macha, to przybywa pieniędzy. Nie jestem do końca o tym przekonany, ale pilnuję, żeby zawsze były na wymianę baterie. Proszę, nie mówcie o tym Robertowi Tekielemu, bo jak się dowie, to mnie zapisze do satanistów, bo kotek – w jego rzeczywistości – na pewno ma coś wspólnego z jakimś demonem.
Od pewnego czasu, w okolicy kredensu słyszałem dziwne dźwięki. Jakby coś kapało. Wydawało mi się, że mi się to wydaje, bo się okazało, że chiński kotek tłukł w łeb aniołka, który był elementem stojącego obok świecznika. Wojna kultur. Chiński plastik versus europejski alabaster. Nierozstrzygnięta wojna kultur.
Tłuczenie w łeb aniołka ograniczało ruch łapki kotka. Znaczy, kotek machał mniej. Machał mniej – istnieje poważne podejrzenie, że gdyby machał bardziej, to pieniędzy by bardziej przybywało. Więc mogę być stratny. Nie ma tego jak sprawdzić. I to jest zła informacja.

2. Szarym Sharanem jechaliśmy do Świerku. Trasą lubelską. Bogu dziękować nie muszę zbyt często tamtędy jeździć. Najpierw dojechaliśmy pod zamkniętą bramę pilnowaną przez policyjny radiowóz, którego załoga z pełna skondensowanej przez nudę energii odesłała nas do właściwego wjazdu. Narodowe Centrum Badań Jądrowych o tej porze roku wygląda dość smutno. W środku trzeba było ubrać fartuch. Postaliśmy chwilę nad reaktorem. Reaktor ma na imię Maria. Jak – na przykład – małżonka redaktora Pereiry. Z tym, że Maria-reaktor jest starsza.
Oprowadzający nas pan profesor tłumaczył, że Maria-reaktor została przerobiona, by móc działać na uboższym paliwie, bo ze starszego – bogatszego dało się zrobić bombę.
Bomby są przereklamowane. Ostatnio, grając w samolocie w Cywilizację, zbombardowałem Moskwę i wcale to nie rozwiązało problemu.
Po wyjściu znad reaktora zmierzyłem się licznikiem Geigera-Müllera. Wyszło, że jedną rękę mam bardziej radioaktywną niż drugą. Niestety nie pamiętam która jest ta bardziej. I to jest zła informacja.
Swoją to właściwie całe to Centrum to mogłaby być mistyfikacja. Jak lądowanie na księżycu. Wiele lat temu grupa naukowców zaczęła udawać, że buduje reaktor. Później, że go zbudowała. Że reaktor działa. Jeżeli ktoś jest zainteresowany scenariuszem – proszę się nie krępować.

3. Oglądamy „House of Cards”. Zasadniczo, dlatego zacząłem płacić za Netflix. Kiedy przyszło co do czego, okazało się, że muszę i tak ściągać tłumaczenia grupy Hatak, bo mojego angielskiego nie staje do wszystkich niuansów.
Przy okazji: na 'motorcade' mówi się u nas 'kolumna', nie 'eskorta'. A G7 spotkałoby się raczej w 'Brandenburgu' niż 'Brandenburgii'.
UWAGA BĘDĄ SPOJLERY!
Wyparłem jak bardzo od międzynarodowej rzeczywistości oderwana była poprzednia seria serialu. Wyparłem, później „Homeland” [IV i V] przyzwyczaił mnie do wrażenia, że twórcy próbują się rzeczywistości trzymać. Więc teraz, kiedy usłyszałem, że problemem jest cena ropy spowodowana zmniejszaniem przez Rosję wydobycia – poplułem ekran, a później sprawdziłem, czy aby odcinka nie reżyserowała Agnieszka Holland.

Po południu, kiedy wracaliśmy zza Wisły, jeden z kolegów zaczął opowiadać o książce, którą kupił na wyprzedaży. „Osobista ochrona Hitlera” – tytuł oddaje treść, ale to ponoć częste wśród książek historycznych. No więc Kolega, po lekturze zachwycał się tym, jak dokładnie planowana była Hitlera ochrona, żeby były warianty na wiele okazji i inne takie. „A BOR tego nie robi” – powiedział podsumowując. Myślałem, że zabiję go śmiechem.

Ostatnio wszyscy się znają na ochronie osobistej. Wszyscy, czyli ja też. Z tym, że moja wiedza bierze się z obserwacji. No więc, gdy zobaczyłem scenę zamachu na Underwooda – pomyślałem: czemu ci agenci tak dziwnie są rozstawieni. Już miałem przyszpanować – zgadując, że zaraz Frank dostanie w łeb jakimś jajkiem. No i nie zgadłem. I to jest zła informacja.



2 komentarze:

  1. Z książek o ochronie VIPów (a raczej, jak się tego nie powinno robić...) polecam Kesslera "In the President's Secret Service". Wyszło też po polsku i też jest już chyba na wyprzedażach, np. w Dedalusie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Z kolegą z Białegostoku byliśmy w Świerku gdzieś na wiosnę. W naszej grupie był na oko 12 letni bystrzacha, który przed wejściem do reaktora odpowiadał na wszystkie dziwne tzn z z dziedziny fizyki i chemii pytania. Po wejściu do reaktora, gdy usłyszał ten taki dziwny szum czy huk chłopak nieco spanikował. Zaczął płaczliwie pokrzykiwać- ja się boję, ja się boję! Zwariowany profesor oprowadzacz spojrzał na niego wymownie i rzekł: Valar morghulis kolego....

    OdpowiedzUsuń