Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igor Ostachowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igor Ostachowicz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

12 kwietnia 2015


1. Wstałem, przeczytałem raz jeszcze tekst o Kandydacie, który (nie wiedzieć czemu – bo inne nie) wyświetlił mi się w całości w ramach bezpłatnego limitu tekstów ze strony Gazety.
Artykuł generalnie poprawił mi humor. Muszę przetrenować kilka rozwiązań formalnych zastosowanych przez autorów.

Coraz gorzej mi idzie lektura „Nocy żywych Żydów”. Do tego przyśniło mi się, że pod pseudonimem Znienacek ukrywa się właśnie Ostachowicz. I to jest zła informacja. Nienawidzę mieć realistyczne sny związane z polską polityką. W tym Ostachowicz, zresztą zupełnie do siebie nie podobny tłumaczył mi, że tak go denerwowali debile z otoczenia Premiera, że postanowił za pomocą Twittera odreagować.

Wieść gminna niesie, że rzeczony Ostachowicz cierpi obserwując jak właśnie rozwalany jest „Projekt” w który tyle energii zainwestował społecznie próbuje prowadzić kampanię PBK dzwoniąc do różnych redaktorów i namawiając do różnych publikacji.

2. Przyszedł do nas w odwiedziny Karol, syn sąsiada Tomka. Karol zaraz będzie miał z sześć lat, a od pewnego czasu jest moim ulubionym recenzentem testowych aut, którymi przyjeżdżam na wieś. Karol spał u dziadków. Dzień wcześniej przywiozłem go z Ołoboku, gdzie z kolei przywiozłem rower, żeby sąsiad Tomek mi zespawał.
W ciągu kilu ostatnich lat sąsiad Tomek ze spawacza pełniącego funkcje wiejskiego kowala rozwinął się tak, że teraz jest właścicielem firmy z siedmiocyfrowymi obrotami. A ja się jakoś do tego nie mogę przyzwyczaić i wciąż miewam do niego kowalsko-spawalnicze prośby.
Młodszy syn sąsiada Tomka – Bartek jest w szpitalu. I to jest zła informacja. Razem z mamą. Ma coś z płucami. Szpital w Świebodzinie nie ma oddziału dziecięcego. Szpital sprywatyzowany. Właściciel stwierdził, że się taki oddział nie opłaca. Jedno skrzydło stoi puste. Więc Bartek jest w oddalonym o 40 kilometrów Międzyrzeczu. W pierwszych słowach Karol stwierdził, że teraz tato go wychowuje. Jeździ z tatą do pracy.
Sąsiad Tomek jakoś sobie radzi, ale wyobrażam sobie jak by to było, gdyby nie mieli kasy, samochodu. Transport publiczny właściwie nie działa. Tory rozebrano już paręnaście lat temu. Czterdziestu kilometrów na rowerze się raczej nie przejedzie.
Razem z Karolem paliliśmy liście. Wiał ostry wiatr, więc paliły się szybko. Wygląda na to, że odzyskałem kolejnych kilkanaście metrów kwadratowych parku.

3. Pojechaliśmy do Tesco, żeby kupić chleb i totolotka. Gdybym był nowoczesnym artystą stworzyłbym dzieło. Mnóstwo kuponów lotto przyklejonych do dykty. Dzieło bym zatytułował „Utracone nadzieje”. Gdybym był nowoczesnym artystą, to pewnie bym to dzieło wystawił w Muzeum Sztuki Nowoczesnej (w budowie). Choć istnieje poważna obawa, że by mi tam któryś z kuratorów ukradł pomysł. 
Reklama baru w Tesco sugeruje, że Bobek Makłowicz tam gotuje. Chciałbym to zobaczyć.

Wieczorem kontynuowałem palenie liści, gałęzi i innych palnych reczy pochodzenia biologicznego. Przyszedł sąsiad Gienek. Teść sąsiada Tomka, dziadek Karola. Rozmawialiśmy o kołach dwumasowych. Lat temu z pięć kupił volvo V50. Miałem w tym swój udział, bo znalazłem to volvo na Allegro. Było tańsze niż średnia i do tego dwadzieścia kilometrów od Rokitnicy. Gienek kupił, okazało się, że koło dwunasowe jest do roboty. Dlatego auto było tańsze. Gienek zrobiłswoim volvo prawie 200 tys. kilometrów. Koło dwumasowe wciąż jest do roboty. W serwisie wymiana kosztuje z pięć tysięcy. I to jest zła informacja.  

wtorek, 7 kwietnia 2015

6 kwietnia 2015


1. Wydawało mi się, że w Wielkanoc „Kawy na ławę” nie będzie. A tu taka niespodzianka. Tweet red. Kolanki o tym, że Cymański śpiewa zastał mnie podczas zbierania sił, by wyjść z domu i pojechać po matkę. Proces przerwałem i udałem się do telewizora. W każdym razie nie było posła Szejnfelda.

Nie doczekałem do końca. Wsiadłem w japoński samochód z Holandii z berlińską rejestracją i pojechałem do Boryszyna. Coś mnie tknęło i wybrałem trasę przez Świebodzin. Ołobok pełen ludzi wracających z kościoła. W Lubogórze dwóch młodych ludzi reperowało A4 kombi. Przepraszam: Avant. Kawałek dalej znad karczowiska świebodzińskich sadów wystawał świetlisty Chrystus. Którego po chwili zasłonił elewator Al-Samer. Od razu przypomniały mi się „Służby Specjalne”.
W Świebodzinie, przy ul. gen. Świerczewskiego wisiał – wydawać by się mogło – wyblakły plakat kandydata Jarubasa. Trochę dziwny. Nieostre postaci w tle sugerowały raczej coś związanego z prywatną służbą zdrowia. Klinika geriatryczna Wybierzmy Przyszłość.
Przy cmentarzu ruch był jak na Marszałkowskiej. Zatrzymałem się, żeby kupić świeczki. Czyli o to chodziło z tą jazdą przez Świebodzin.
Pierwsza miejscowość za Świebodzinem to chyba Ługów. Tu też trafiłem na koniec mszy. W Lubrzy płyty nagrywa Kazik. W studio, które ponoć jest syna właściciela Portu 2000 – parkingu dka TIR-ów. Z hotelem, ZOO, boiskiem, dwiema stacjami benzynowymi etc. Dwa lata temu wyważałem tam koła Suburbana. Równolegle oponę zmieniał jakiś Białorusin. To było chwilę po „Marszu szmat”. Widział migawki w telewizorze na jakiejś stacji. Nie był w stanie zrozumieć o co chodzi. Tak go to nurtowało, że wszystkich pytał o co chodzi, ale nikt nie był mu w stanie tego wyjaśnić.
Stanąłem przy cmentarzu w Boryszynie, żeby zapalić babci świeczkę. Cmentarz był pełen małych niebieskich kwiatków. Strach było chodzić, żeby nie zadeptać. Niezłe miejsce sobie babcia wybrała. Choć właściwie bardziej nam, niż sobie. Kolega mój, którego nazwiska teraz nie wymienię powiedział kiedyś (w kontekście burdelu ze smoleńskimi zwłokami), że jemu jako katolikowi zasadniczo wszystko jest jedno, czy jego szczątki by były pomylone czy nie. Bo – jako katolik – nie przywiązuje zbyt dużego znaczenia do prochu, w jaki się obróci. Ważne, żeby jakiś nagrobek był, by się rodzina miała przy czym spotkać. Ja tam mimo wszystko uważam, że obowiązkiem Państwa jest w takiej sytuacji dopilnować, by pomyłek nie było.

Po drodze matka mi opowiedziała, że w Luksemburgu ludzie po sześćdziesiątce nie płacą za publiczną komunikację.
Ulubiona szopa Bożeny (koło gorzelni w Staropolu) zaczęła się rozpadać. I to jest zła informacja.

2. Człowiek nieobdarowany łaską wiary ma w Wielkanoc ciężko. Na rozum – to naprawdę ważne święto, ale bez ładunku ducha nie ma sensu. I to jest zła informacja.
Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy potrafią to święto naprawdę przeżyć.
Przez cały dzień miałem z tyłu głowy piosenkę Kyle'a z pierwszej serii „South Park” – „It's hard to be a Jew on Christmas”
Przez większość świątecznego śniadania trwała walka psychologiczna pomiędzy kotami a psem. Miśka, która – poniekąd słusznie – uważa, że należy jej się miejsce na stole nie mogła się zdecydować na opuszczenie kociej reduty pod piecem. Kiedy się w końcu podjęła decyzję i przeniosła się na moje kolana – dzieliła uwagę na to co się działo na stole i pod stołem. Czyli powarkiwała na psa, który z tych jej powarkiwań nie robił sobie zbyt wiele.
Raz doszło do bezpośredniego spięcia. Z tym, że i Miśka i pies nie mogli uzyskać na podłodze odpowiedniej trakcji i skończyło się tylko na hałasie.

Odwoziliśmy matkę większą grupą, bo dziewczyny koniecznie chciały zobaczyć Maine Coony. Wracając oglądaliśmy ptaki. Chyba jastrzębia. I czaple. Mam wrażenie, że ptaków jest teraz więcej niż kiedyś. Ale może chodzić o to, że kiedyś siedziałem w mieście brukowanym gołebiami.

3. Z tego wszystkiego zacząłem czytać „Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza. Czytałem, przypomniały mi się opowieści o premierze inscenizacji. I przypomniał mi się Dyzma. I to jest zła informacja.