sobota, 24 stycznia 2015

25 stycznia 2015


1. Mój osobisty brat zadzwonił do mnie jako pierwszy. Po raz kolejny chciał mi opowiedzieć pewną historię. Po raz kolejny go spuściłem, więc przysłał mi ją w wiadomości.
Wcześniej zdążył powiedzieć, że zawiózł pompę wspomagania ze swojego subaru do pana, który się zajmuje naprawą pomp różnych. Niestety się okazało, że z naprawy nici. Oto, co mu pan naprawiacz opowiedział:
„Panie daj pan spokój. Te odlewy aluminiowe to są do dupy. Po prostu ktoś pomyślał, po co robić żeliwne, będziemy wymieniać nie naprawiać. I powiem panu (rozpogadza się mu twarz) jak ja dostaje taka pompę z porsche z 60 lat... panie wszystko na mosiądzach, uszczelki parcieją i tyle. Rozumie pan jak ja te uszczelki wymienię to następny raz ktoś to będzie znów musiał zrobić za 40 lat i tyle. A teraz... rozumie pan teraz to nie ma mechaników są wymieniacze, bo tego dziadostwa nie da się naprawić.”


Kiedyś jedną z ważniejszych cech dobrych projektów była łatwość serwisowania. Dzisiaj jest wręcz przeciwnie. Klienta należy zachęcać do wymianu produktu na nowy. Również cenami serwisu. I to jest zła informacja.

2. Pojechaliśmy na wieś. Uważam, że dla samej przyjemności z jazdy porządnym autem można przejechać w ciągu dnia 900 kilometrów. Ruszyliśmy wczesnym popołudniem. Ruch średni, miejscowe zamglenia. Niesamowicie wyglądały wiatraki, których skrzydła znikały w chmurach. A7 na tempomacie pali więcej niż kiedy ja się zajmuję pedałem gazu. Pali więcej niż A8 z tym samym silnikiem. Troszkę więcej. Dużo więcej niż A8 z dieslem 4,2. Tak bardziej mi się podoba A8. Ale to nie zmienia sytuacji, że A7 to też świetne auto.
Za Koninem (na zjeździe „Sługocin”) zjechaliśmy z autostrady. Minęliśmy klasztor w Lądzie (już kiedyś go oglądaliśmy). Później był pałac w Ciążeniu. Pałac biskupów poznańskich. Nie mam pojęcia dlaczego akurat tam go sobie wybudowali. Może z powodu widoku ma Wartę. Ładnie tam jest.
Wjechaliśmy do miejscowości Pyzdry. Ciekawe doświadczenie. Spore średniowieczne miasto, które przy zachowaniu układu ulic zabudowano piętrowymi domami (na oko) w dwudziestoleciu międzywojennym. Bożena zauważyła wyraźny brak knajp. I w ogóle jakiś ograniczony ruch na ulicach, choć było chwilę po szesnastej. Później przejechaliśmy przez Miłosław. Teraz wiem skąd się bierze piwo, które czasem piję.
Wróciliśmy na autostradę kawałek przed Poznaniem. W Rokitnicy byliśmy chwilę po 18.
Obeszliśmy dom i przez chwilę mieliśmy poważne obawy, że ktoś ukradł drabinę. Pożyczył ją sobie Józek (ojciec Tomka), który kryje blachą swoją stodołę, która częściowo chyba jest kurnikiem.
U sąsiadów porozmawiałem chwilę z Teresą (siostrą Joli), która jest pielęgniarką-związkowcem w pierwszym całkowicie sprywatyzowanym (niegdyś publicznym) szpitalu w Polsce. I jest (ona tak samo, jak oba związki zawodowe) w konflikcie z właścicielem, który rąbie ją, jej koleżanki jak i NFZ na kasę. Sytuacja jest rozwojowa. Przez cały czas dogadywał Darek, jej mąż. Powiedziałem mu, żeby był cicho, bo jest górnikiem, więc cała Polska do niego dopłaca. Odpowiedział, że jest górnikiem od miedzi, więc chyba nie. Ale co on tam wie, w telewizji mówią inaczej. Pożartowaliśmy jeszcze przez chwilę. Też fascynuje go, jak to możliwe, że za tonę węgla, której wydobycie kosztuje 320 zł on musi płacić prawie 900. A kopalnie są deficytowe.
Choć właściwie aż tak go to nie fascynuje, bo sobie przypomina różne sytuacje, jakie widział w firmie, w której pracuje. Darek za jakiś rok będzie mógł przejść na emeryturę. Jest ode mnie starszy raptem o parę lat. Nie zazdroszczę mu. Mogłem iść do UOP-u gdybym poszedł, byłbym emerytem już od paru lat. Nie poszedłem I to jest zła informacja.

3. Ruszyliśmy do Warszawy chwilę po dwudziestej. Na drodze do Ołoboku zawsze się spotyka jakieś zwierzę. Chyba, że jadę autem z noktowizją. Wtedy nie. Czyli teraz też nie. Nie liczę polnej myszy, która chyba pobiła swój życiowy rekord na 10 metrów przebiegając nam drogę.
W Świebodzinie zjechałem na stację Polmax (przy Sobieskiego). Sięgałem po pistolet, kiedy przyszedł pan z obsługi i powiedział, że mi naleje, bo sobie ręce pobrudzę. Na pistolecie zawsze zostaje trochę ropy, a szkoda, żebym kierownicę zapaskudził. Był w tym jakiś sens. Ropa po 4,19.
Słuchaliśmy „Listy osobistej” Metza. Redaktor Metz należy do niezbyt wielkiej grupy ludzi, z tego, że których znam naprawdę się cieszę. (no dobra – syntaktycznie poległem w poprzednim zdaniu, ale jest trzecia nad ranem).
Redaktor Metz puścił „Krywaniu, Krywaniu” Skaldów. Przejechaliśmy w trakcie tego utworu z Poznania za Wrześnię. Jak się skończył – zaczął padać śnieg. I skończyło się – excusez le mot – zapierdalanie.
Na trzy mijane pługopiaskarki tylko jedna była oświetlona w sposób taki, że z daleka było widać o co chodzi. Oczywiście, gdybym w taką pługopiaskarkę walnął byłaby to moja wina (niedostosowanie prędkości do warunków), ale co szkodzi powiesić na nich z tyłu np. dużej migającej strzałki, która z daleka by pokazywała po którym pasie rzeczona porusza się z prędkością pewnie jakichś 70 km/godz. – czyli, jak na autostradę – niezbyt wysoką.
No i muszę jedną rzecz przyznać – zwykle tłumaczę, że napęd na cztery koła nie ma sensu, bo przydaje się na ogół tylko raz do roku. No i to był ten raz.
Czułem się jak bohater reklamy czteronapędowej skody. Mnie utrudnienia związane z pogodą nie obowiązywały. Bawarscy inżynierowie dali radę. Quatro jest świetne.
Z jedną rzeczą sobie nie porazili – śnieg wyłącza noktowizję. I to jest zła informacja. Ale – z bożą pomocą – i z tym sobie poradzą.
Dojechaliśmy do domu przed północą. Trzylitrowe diesle rządzą mimo warunków i – miejscami –sporej prędkości spalanie ledwo średnie przekroczyło 10 litrów.

Przez całą drogę miałem ochotę na makaron. Kiedy wyjąłem go z szafki okazało się, że się nazywa „Spaghetti Integrali”. Czyli prawie jak czteronapędowa Delta. Taki dzień.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz