niedziela, 8 lutego 2026

7 lutego 2026


1. Kontynuując temat nieszczęsnej Wiernikowskiej. Prusinowski napisał „Nikt rozsądnie myślący nie neguje cenzury, więzień i zbrodniczej polityki Putina. To tylko parę rozmów z ludźmi na ulicy, a nie film dokumentalny ukazujący prawdę o tym kraju.”

Ma rację. Problem polega na tym, że mamy do czynienia z Wiernikowską, osobą, która od lat to wszystko neguje. I wcale się z tym nie kryje. No i zanim nawet powstał pomysł jej wyjazdu do Rosji, oczywiste było, co z tej Rosji przywiezie.

I nie chodzi o to, że ona ma jakieś złe intencje. To po prostu taki typ umysłowości.


2. W związku z tym, że jestem już zdrowy, byłem na spacerze z pieskiem i poetą Filasem. Poeta Filas robił sobie podśmiechujki z raków. Pokarało go, gdyż się o mały włos nie wyłożył na zmrożonym śniegu.

Poskarżyłem się ChatowiGPT, że kiedy chodzę z pieskiem, marzną mi paluszki. Poradził mi bym kupił dwie pary rękawiczek. Cienkich wełnianych i grubych z paroprzepuszczalnej niby gumy. Jedne ubiera się na drugie. Znaczy, te drugie na te pierwsze. Działa idealnie. Chat sugerował jeszcze, żebym kupił inną, robiącą za smycz, taśmę – taką, która nie namaka. Jednak wygląda na to, że nie jest to konieczne.

Pokazałem Poecie Filasowi jaz numer 606. Piesek przy okazji postanowił pochodzić po zamrożonej wodzie. Lód wytrzymał. Nawet kiedy piesek postanowił, że będzie pił wodę i podszedł na sam koniec lodu przy jazie.

Budowle hydrotechniczne są bardzo interesujące.


3. Tymczasem w Krakowie zebrano kolejne tysiące podpisów, a zwolennicy prezydenta w likwidacji zaczynają stosować fizyczną przemoc wobec Niebieskich Kamizelek, jak nazywa się zbieraczy podpisów. To w sumie zabawne, bo jednocześnie zwolennicy Miszalskiego powielają przekaz, że jest to referendum nienawiści. Znaczy zabawne akurat to wcale nie jest.


 

sobota, 7 lutego 2026

6 lutego 2026



1. Infolinia Polsatu działa. Po dwóch telefonach i czterech godzinach udało się dekoder aktywować. Kiedy tylko sprawdziłem, że Polsat Sport pokazuje mecz siatkówki, zapakowałem dekoder wraz z chyba ostatnią partią darmowych leków. Ostatnią, gdyż – jak słyszę – dwudziestej gospodarki świata nie stać na darmowe leki dla seniorów. Pozostała mi podróż do paczkomatu.

Przyjechał brykiet. Przyjechał za dużym autem. Na tyle za dużym, że pan kierowca nie odważył się wjechać przez bramę na lodowisko przed domem. Przerzuciliśmy brykiet na Lawinę. Wcześniej, cofając, o windę rozwaliłem klosz tylnej lampy. Tyle dobrze, że ten sam, który rozwaliłem cztery lata temu i którego następca czeka od czterech lat w stołówce.

Viribus unitis udało się nam rozrzucić tonę brykietu po domu. Część na schodach do piwnicy, część na piętrze. Poeta Filas zauważył, że przerzuciliśmy w sumie trzy tony. Najpierw tonę na Lawinę, później tonę z Lawiny do domu, na koniec tonę po domu. Jest w tym jakaś logika.

Lubię, muszę przyznać, ten moment, kiedy w domu jest dużo opału. Nie trwa on zbyt długo, gdyż palę wtedy nadmiarowo. Swoją drogą, w przyszłym roku powinienem zabezpieczyć trzy tony brykietu. Chyba, że faktycznie idzie zlodowacenie. Wtedy lepiej by było zabezpieczyć więcej.


2. Nie udało mi się ominąć dyskusji o ekscelencji Rose. Większość naszych neo-suwerenistów dumna by była, gdyby polscy dyplomaci zachowywali się w podobny sposób.
W moim słynnym w pewnych kręgach teście o Marku Brzezinskim pisałem, że Amerykanie mają nas za – excusez le mot – zjebów. Nie zdecydowałem się wtedy na użycie tego określenia, gdyż redakcja „Wszystko co najważniejsze” krzywo patrzy na nazywanie rzeczy po imieniu, kiedy to imię nie jest mile widziane.
Otóż obecne antyamerykańskie wzmożenie wpisuje się w cały zespół zachowań, przez które Towarzysze Amerykańscy myślą o nas to, co myślą.
Nie mamy zaufania do Stanów Zjednoczonych, nie jesteśmy przekonani, że Stany Zjednoczone wywiążą się z sojuszniczych zobowiązań, bo prezydent Trump mówi, że nie ma zamiaru stawać w obronie krajów, które nie wywiązują się z własnych zobowiązań. Czyli nasz brak zaufania bierze się z tego, co mówi prezydent Trump. Jednocześnie, za każdym razem, prezydent Trump powtarza, że Stany Zjednoczone staną w obronie Polski, gdyż Polska należy do niewielu krajów, które się ze zobowiązań wywiązują. Podaje nas za przykład. Ale te słowa nas najwyraźniej nie przekonują. Towarzysze Amerykańscy pytają: o co wam chodzi, przecież prezydent Trump mówi, że staniemy w waszej obronie? My plączemy się w zeznaniach. Część naszych elit wali czym może w Trumpa, robi to bardziej, niż ktokolwiek z poważnych graczy w Europie. Towarzysze Amerykańscy zaczynają się zastanawiać, gdzie tu logika. Dlaczego władze kraju tak zależnego od naszych gwarancji bezpieczeństwa robią takie rzeczy. I myślą: to po prostu są zjeby.

Dobry odcinek „Trzech panów K.” Pan Kożuszek miał urodziny. Czterdzieste czwarte. Ja czterdzieste czwarte urodziny spędziłem w Kanadzie. Widziałem tego dnia na przykład Niagarę. Myślę, że można żyć bez tego doświadczenia.
W „Trzech panach K.” jakoś rozczulająca była samokrytyka Kacpra Kity. Na długo zostanie ze mną obraz dr. Deutschlanda robiącego Paddingtona. No i wkurw (dziś mam dzień na używanie wyrazów) pana Kożuszka. Wkurw człowieka, który rozumie, co się może stać, jeżeli ludzie zmądrzeją, a ludzie mądrzeć jakoś nie zamierzają.


3. Jacek Prusinowski, skądinąd porządny człowiek, podjął skazaną na porażkę próbę obrony nakręconego w Kaliningradzie materiału Marii Wiernikowskiej. Dwadzieścia parę lat temu miałem traumatyczne doświadczenie współpracy z nią, kiedy „Przekrój”, w którym wtedy pracowałem, postanowił wysłać ją do Iraku. Uważam, że każdy, kto rozważa oglądanie jej materiałów powinien obejrzeć wcześniej rozmowę, którą w „Zero” przeprowadził z nią Mazurek.









 

piątek, 6 lutego 2026

5 lutego 2026



1. Bożena kupiła raki. Mocowane do butów. Rozwiązało to problem lodowiska, które pokryło wszystkie wybetonowane przestrzenie w obejściu. W czasach, kiedy były zimy, ludzkość wymyśliła kilka niezłych patentów, by sobie z zimami radzić.

Na lodowisko spadł wczoraj śnieg, później, wieczorem, na ten śnieg, marznący deszcz. Śnieg był więc pokryty pękającą cienką warstwą lodu. Pękającą z dźwiękiem przypominającym chrupanie kornflejksów. Zrobiło się cieplej. Znaczy, mniej mroźnie. Minus pięć było wręcz wiosenne.
Samochody były pokryte prawie centymetrową warstwą lodu. Nie było tego jak drapać.
Odpaliłem Audi, licząc na to, że jak się Audi rozgrzeje, to lód się rozpuści. Prawie się udało. Lód się rozpuścił od strony samochodu. Więc można go było płatami ściągać.
Listonosz przyniósł paczkę z Ameryki z grzałką do silnika Lawiny. Montaż wymaga spuszczenia płynu z bloku, co niezbyt mi się podoba. Ale jak się ją wkręci, to będzie można odpalać rozgrzany silnik.
Mechanik, u którego stoi Suburban, przestał odbierać telefony. Jak przewidywałem. Uda mi się pewnie do niego dodzwonić za jakieś dwa miesiące. Powie wtedy: jutro się za niego zabieram. Zabierze się po tygodniu. I będzie robił do pierwszego większego problemu.

2. Byłem w Lidlu. Oddałem wór plastikowych butelek. Dostałem za to kupon na złotych 5,30. Wlokąc ten wór, zastanawiałem się, co zrobię, gdy maszyna nie będzie działać. Nie wpadłem na żaden specjalny pomysł.
Lidl przestał pytać, czy jestem pewien, że nie chcę wpłacić na WOŚP.

Mój ojciec uparł się, że musi w Hiszpanii oglądać polską siatkówkę. Musiałem więc pójść do salonu Plusa/Polsatu i kupić internetowy dekoder. Zapłaciłem cztery stówki. Wróciłem do domu. Właściwie miałem nie rozpakowywać i wysłać od razu do Hiszpanii, ale coś mnie tknęło. Podłączyłem. Włączyłem. Nie działa. Coś tam jest aktywne, coś tam nie jest. Myślałem, że musi aktywacja chwilę potrwa. Po sześciu godzinach dalej nie działa. Mam nadzieję, że ich infolinia działa lepiej niż ta od Profilu Zaufanego.

Obejrzeliśmy „Rybkę zwaną Wandą”. Było warto, gdyż dotarło do mnie, że Hugh Laurie gra całe życie Johnem Cleesem.

3. Wypieram wojnę polsko-amerykańską. Jest tak idiotyczna, że wolę udawać, że jej nie widzę. Rozszerzając nieco tezę pana Kożuszka, tę, że Roman Giertych zachowuje się, jakby był trzecim bratem-kamratem – mam wrażenie, że cała Lewica i spora część psychofanów Platformy obstalowała czarne furażerki. I zaraz zacznie śpiewać chórki Jaszczurowi.

Zajmujący się badaniami społecznymi kolega podzielił się ze mną konstatacją, że kiedy zaczynał tę działalność kilkanaście lat temu, wierzył, że Polacy są wyjątkowi. Przez lata, im bardziej badał, tym bardziej mu wychodziło, że nie są. A nawet bardziej, że są, tylko w sposób nie taki, jak wcześniej wierzył, jak wcześniej mu się wydawało.

Patrząc na te internetowe dyskusje, na drugą osobę w państwie, na to, co pan premier wypisuje. Obserwując kadry niemiłościwie panującej nam władzy, ale też i na niektóre orły strony opozycyjnej, można odnieść wrażenie, że zbliża się jakieś przesilenie. Że – excusez le mot – pierdolnie w nas zaraz jakiś meteoryt, albo najadą nas dzicy. Zjedzą wilcy, albo nie wiem co.
Coś się musi wydarzyć, bo tak wielki poziom głupoty nie może być bezkarny.



czwartek, 5 lutego 2026

4 lutego 2025



1. W końcu obejrzałem nowy format Kanału Zero – „Przekaz dnia”. Nasza nieszczęsna Konstytucja funkcjonuje już prawie trzy dekady. Przez ten czas, nasi wybitni komentatorzy polityczni powinni już zdążyć przyswoić sobie treść artykułu 135. Brzmi on: „Organem doradczym Prezydenta Rzeczypospolitej w zakresie wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa państwa jest Rada Bezpieczeństwa Narodowego.” Przyswoić i zrozumieć, że prezydent do RBN może zaprosić kogo chce i rozmawiać na RBN na dowolne, wybrane przez siebie tematy związane z wewnętrznym i zewnętrznym bezpieczeństwem państwa. Sprawa Włodzimierza Czarzastego jest związana z bezpieczeństwem państwa.
Ustawa o ochronie informacji niejawnych mówi, że dostęp do nich mogą mieć osoby, które dają rękojmię zachowania tajemnicy. Czarzasty, ze znanych wyłącznie sobie powodów, unikał postępowania sprawdzającego. I to jest problem, a nie – jak mówił Igorowi Zalewskiemu Jan Wróbel – to, że żona Czarzastego przyjaźni się z Rosjanką.
Gdyby Czarzasty był takim państwowcem, za jakiego chce uchodzić, to by się natychmiast poddał sprawdzeniu. Wypełnienie ankiety nie jest specjalnie przyjemne, ale da się to zrobić. Przecięłoby to wszelkie dyskusje.
To, że dziś Czarzasty ma dostęp do informacji niejawnych, wynika z ustawy.
Tak samo z Ustawy wynika dostęp do informacji niejawnych prezydenta. Różnica jednak jest taka, że Karol Nawrocki był wcześniej sprawdzony. I służby nie znalazły przeciwwskazań, by dostęp miał.
„Przekaz dnia”. Generalnie, można odnieść wrażenie, że problem polega na tym, iż Igor Zalewski ma na polityczne tematy, zasadniczo takie samo zdanie jak wszyscy. A wydawać by się mogło, że wyjątkowość Kanału Zero polega na tym, że się albo ma własne zdanie, albo chce się je sobie wyrobić.


2. Z krakowskich plotek. Pojawiło się kolejne nazwisko potencjalnego kandydata Koalicji w przedterminowych wyborach. To Paweł Kowal, co prawda związany z Warszawą, człowiek z grodu pomnika wielkiej waginy, lecz jednak profesor. Koncepcja to o tyle zabawna, że Kowal z podobnym do Miszalskiego zaangażowaniem wrzuca tzw. rolki, które jednak czasem bywają jeszcze bardziej idiotyczne, niż te prezydenta Krakowa (w likwidacji). Prezydenta w likwidacji – nie Krakowa.


3. Obejrzeliśmy najnowszy „Park Jurajski”. Wiem, że bohaterowie nie oglądali tych wszystkich filmów z tego uniwersum, co my. Ale przecież żyją w świecie, w którym dinozaury funkcjonują od trzech dekad, więc powinni być jakoś do spotkania z nimi przygotowani.

Przypomniało mi się, że Michael Crichton zmarł w dniu, w którym Barack Obama wygrał wybory prezydenckie. Prawdopodobnie wyobraził sobie, do czego to doprowadzi.



 

środa, 4 lutego 2026

3 lutego 2026



1. Obudziłem się prawie zdrowy. Chwilę wcześniej śniło mi się, że na Siennej, w Krakowie spotkałem ekipę przygotowawczą z Pałacu. Idąc na Rynek, próbowałem od nich wyciągnąć, co prezydent będzie robił w Krakowie. Prawie mi się udało, ale się niestety obudziłem. W sumie nie ma co narzekać, bo w sumie lepiej się obudzić, niż nie.
Zwłaszcza, że był pan Kożuszek. Pełen był energii.


2. Chciałem użyć podpisu zaufanego, ale się wywalił Alior, przez który się uwierzytelniam. Próbowałem więc sobie przypomnieć hasło. Bezskutecznie. Próbowałem je w takim razie zmienić. Po paru próbach pojawił się komunikat, że mam dzwonić na infolinię. To zadzwoniłem. Denerwująca muzyczka i co minutę informacja: Państwa połączenie jest któreś tam w kolejce. 18, 18, 16, 12, 12, 12, 8, 8, 8, 6, 4, 4, 4, 4, 3, 3, 3, 2, 2, 1 i nagle 12, 12, 12, 12… Zadzwoniłem drugi raz 18, 18, 17, 15, 12, 12, 9, 8, 8, 6, 4, 4, i nagle 18, 18, 18, 18, 18, 16, 12, 12, 12, 8, 8, 8, 6, 4, 4, 4, 4, 3, 3, 3 i wtedy, w sumie po godzinie oczekiwania, odebrał jakiś pan i rozwiązał problem, z którym dzwoniłem. Przy okazji zgłosiłem problem, że system zarządzający kolejką dziwnie działa. Mają mnie poinformować, jak problem rozwiążą.
Mam graniczące z pewnością wrażenie, że za PiS-u Ministerstwo Cyfryzacji działało lepiej. Z tego, że działa gorzej wynika jedna dobra informacja, otóż nie ma się co ekscytować próbą wprowadzania tylnymi drzwiami małżeństw jednopłciowych, gdyż to po prostu nie zadziała.

Wcześniej walczyłem z DHL-em. Nie chce mi się o tym pisać. Ale podzielę się rozwiązaniem. Da się dodzwonić do żywego konsultanta, jeżeli się wykaże chęć nadania przesyłki. Inaczej chyba nie ma szans.


3. Obejrzeliśmy „Brutalistę”. Piękny, pretensjonalny film. Nie mogę tylko zrozumieć, co autor chciał powiedzieć umieszczając w Pensylwanii, w latach pięćdziesiątych aż dwie Tatry (jedną z nich dwa razy) wyprodukowane po 1969 roku. W tak wysmakowanym filmie nie ma przypadków. To musiało coś symbolizować.


 

wtorek, 3 lutego 2026

2 lutego 2026


 

1. Jest zima, więc musi być zimno. W zielonogórskich marketach budowlanych nie ma brykietu. Zamówiłem przez Allegro, gdzieś z Podlasia. Tonę. Do tego drogo. Brykiet ma przyjechać w piątek. Jeżeli okaże się niepalny, stworzę z niego małą architekturę. Może piramidę schodkową. Ciekawe, jak długo będzie się taka piramida z brykietów degradować.
Zasadniczo rzecz biorąc, przeżylibyśmy bez tego brykietu. Gdyż pompa jakoś daje radę. W głównym kominku palę trzyletnią akacją, której powinno wystarczyć do wiosny. Pod kuchnią palić zasadniczo można byle czym, tzn. – chrustem.

Mechanik, który trzeci rok naprawia Suburbana, urwał szpilki mocujące kolektor wydechowy. Trzy urwał. Jedną udało mu się wykręcić w sobotę. Boję się do niego dzwonić, gdyż pewnie nie odbierze. Przez lata współpracy dotarło do mnie, iż jest z nim tak, że jak ma jakiś problem, to go porzuca. I przestaje odbierać telefon.

2. Obejrzeliśmy kolejny odcinek „Rycerza Siedmiu Królestw”. „Gra o Tron” czy nawet bardziej „Ród Smoka” przesiąknięte były polityką. „Rycerz” jeszcze nie jest. Ale pewnie zaraz zacznie.

3. Tymczasem krakowskie referendum przebija się powoli do warszawskich mediów. Wydźwięk zmienia się z „raczej nie wyjdzie”, na „raczej wyjdzie”, a Platforma ma kandydatów na przedterminowe wybory. Albo ambasador Klich, albo senator Piątkowska. Ta druga, jako dowód na #RobimyNieGadamy, wrzuciła informację, że przeklęta część A4, ta między Krakowem a Katowicami, będzie od marca przyszłego roku bezpłatna. Naród wyjaśnił pani senator, że koniec umowy z koncesjonariuszem wynika z upływu czasu, a nie działań niemiłościwie panującego nam rządu. Od dawna twierdzę, że #RobimyNieGadamy powinno być zapisywane: Robimy? Nie, gadamy.
Ciekawa się nam szykuje kampania. O ile oczywiście referendum przyniesie skutek. I o ile oczywiście Platforma wystawi panią senator.
Już widzę to spotkanie z Donaldem Tuskiem, który opowiadać będzie, jak pani senator wytłumaczyła mu, że metro jest Krakowowi nieodzowne. I że po namowach pani senator polecił ministrowi finansów – było mu łatwiej, bo to he, he, też Krakus – znaleźć pieniądze na budowę.
– Nie jestem wariatem, żeby mówić krakowianom, na kogo mają głosować, ale pani senator potrafi mnie do wszystkiego przekonać, więc sami rozumiecie…

Prezydent Miszalski pojechał na urlop, jego akolici wypisują coraz to głupsze rzeczy w Sieci, a po mieście chodzą ludzie w niebieskich kamizelkach i zbierają podpisy. Najlepsze jest, że w tych kamizelkach chodzą ludzie, którzy często ze sobą, w związku z różnymi poglądami na świat, nawet nie chcieliby rozmawiać.


poniedziałek, 2 lutego 2026

1 lutego 2026



1. Przyśniło mi się, że się obudziłem zdrowy. Później się obudziłem i się okazało, że jeszcze nie jestem. Jednak postanowiłem się tym nie przejmować. I to był błąd.

2. Pojechaliśmy z pieskiem na spacer do lasu, w okolice Panzerwerków 630 i 631. Było źle, bo po pierwsze –był mróz, po drugie – wiało, po trzecie – drogi były równo pokryte lodem, nieco tylko zasypanym śniegiem. Zrobiliśmy więc małe kółko i wróciliśmy do auta. Gdzieś usłyszałem, że podgrzewane siedzenia wymyślili Szwedzi. To był bardzo dobry pomysł. Tak dobry, że nadłożyłem jakieś piętnaście kilometrów, przejeżdżając przez Międzylesie, Podłą Górę, Zawisze i Węgrzynice. Parę razy przejeżdżając przez Węgrzynice, zastanawiałem się, dlaczego nie widzę szkoły. Teraz do mnie dotarło, że najwyraźniej została zburzona.

Po powrocie do domu, obejrzeliśmy kolejny odcinek „The Pitt”. Jakiż to wspaniały serial o tym, jak strasznie jest w Ameryce. Ciekawe, czy w następnych odcinkach przywiozą jakieś ofiary ICE.

3. AI rządzi. Bawię się NotebookLM Googla. Narzędzie to robi podsumowanie tekstu w formie radiowej dyskusji. Jeżeli się poprosi, może być ona wielokrotnie dłuższa niż czas potrzebny na przeczytanie omawianego tekstu. Narzędzie może interpretować tekst na lewą stronę. Dodawać znaczenia, a wszystko na koniec zalewać litrami pustosłowia. Zbliżamy się do momentu, kiedy realni czytelnicy przestaną być potrzebni, bo autorowi wystarczy interakcja z czytelnikiem sztucznym.





Tu próbka:





 

niedziela, 1 lutego 2026

31 stycznia 2026



1. Jestem chory jak wczoraj, tylko bardziej. I to jest zła informacja.

2. Słuchaliśmy do śniadania Mazurka ze Stanowskim, później odbyliśmy cotygodniową rozmowę o tym, czy Kanał się kończy. Ja uważam, że nie. I czekam na portal.
Później zacząłem słuchać Rokity. I chyba zasnąłem, bo nie do końca zrozumiałem, o co mu chodzi z Mercosur, bo przecież niemożliwe, żeby nie rozumiał, na czym polega bezpieczeństwo żywnościowe.

3. Przyjechał poeta Filas. Poprzednim razem był tu chyba z siedemnaście lat temu. Teraz siedzą z Bożeną i gadają. Nie mogę się skupić na pisaniu.
W Krakowie ponoć zebrali już 20 tysięcy podpisów. Politycy Platformy próbują zniechęcać do wpisywania PESEL-u. Najwyraźniej nieskutecznie.

 

sobota, 31 stycznia 2026

30 stycznia 2026



1. Jestem chory. Nie chce mi się pisać. I to jest zła informacja.

Wystąpiłem rano telefonicznie w radio. Niestety nie pamiętam, co mówiłem. Chyba coś o Radku Sikorskim i Tusku. I chyba też prezydencie Nawrockim. Nie jestem pewien. Pocieszam się myślą, że mam taką chrypę, że nikt mnie nie pozna.

Można odnieść wrażenie, że skończył się lont profesorowi Dębskiemu, gdyż podzielił się na Twitterze historią o byłym dyplomacie, dziś komentatorze. O tym, jak trzyliterkowa służba odradzała jego zatrudnienie. Słyszałem wcześniej coś podobnego. Dyplomaci plotkują. Może się to brać z tego, że mają do siebie nawzajem zaufanie, a jak kogoś widzą często, to zaczynają go traktować jak swojego. Stąd moja zadziwiająco duża znajomość historii z Gmachu, jak wtajemniczeni nazywają gmach przy Szucha.

Nie byłbym sobą, gdybym teraz nie napisał, że podczas pierwszego chyba spotkania z Protokołem Dyplomatycznym usłyszałem, że jeden z przywódców azjatyckich państw posrał się w limuzynie. W imię racji stanu nie napiszę, co to za kraj.

2. Dawid Serafin napisał w Interii tekst o tym, jak krakowska Platforma chce rozwiązać problem referendum. Najważniejsze w tekście chyba jest to, że szukają kandydata do wystawienia we wcześniejszych wyborach.
Niezależnie od tego mają drukować gazetki o sukcesach Miszalskiego i realizować przećwiczony we Wrocławiu program straszenia ludzi przed wpisywaniem na listy PESEL-u. Zabierz Babci Dowód 2.0.
Gazetki za więcej pieniędzy niż wozy strażackie, więc jak rozumiem niezależna prokuratura pochyli się nad wykorzystywaniem publicznych funduszy dla osobistej korzyści.

3. U pana Kożuszka, w sondzie ulicznej pojawił się mój dentysta. Przypomniałem sobie, że od pół roku do niego idę.
Poszliśmy z pieskiem do lasu. Myślałem, że mi od tego przejdzie. Nie przeszło.

W „Trzech Panach K.” padło moje nazwisko. I sugestia, że mam brodę jak Kacper Kita. Tymczasem, już od dłuższego czasu nie.
Choć ostatnio jak znalazłem zdjęcie z prezentacji F35 w Dęblinie – dawno to było temu – pomyślałem, że wyglądam na nim, jakbym był zaginionym Kity krewnym.




 

piątek, 30 stycznia 2026

29 stycznia 2026



1. Przyglądałem się przez chwilę procesowi zbierania podpisów referendalnych w Hucie. Poziom irytacji obywateli przebija ten, który pamiętam z 2015 roku. Ktoś powinien pisać już doktorat o fenomenie, jakim jest Aleksander Miszalski. Człowiek, wydawałoby się, bez właściwości, ale z niebywałym talentem do – nie bójmy się tego słowa – wkurwiania spokojnych zwykle ludzi.
Miszalski to taki miły, niezbyt mądry chłopak, któremu zrobiono wielką krzywdę robiąc z niego prezydenta tego akurat miasta. Kraków, mimo miliona mieszkańców, wciąż jest prowincjonalnym miasteczkiem, gdzie na przykład trudno zachować anonimowość. Jako człowiek, który za kołnierz nie wylewa, zwłaszcza w Krakowie, w którym trzydzieści lat temu nie wylewałem z jeszcze większym zaangażowaniem, nasłuchałem się przez ostatni rok o tym, co, gdzie i z kim pan Aleksander nocami pija i jakie tego bywają efekty. W Warszawie politycy tak nie robią. Chyba że są senatorem Lewicy ze Śląska.
Oczywiście wszyscy się mogą mylić i to nie pan Aleksander imprezuje, tylko jego sobowtór. A właściwy pan Aleksander nocami odpoczywa, by mieć siły na pracę dla obywateli miasta.

2. Zadzwoniono do mnie z radia. Gdy już postanowiłem przerwać wymianę uprzejmości i wywarłem presję, by usłyszeć, w jakiej sprawie jest ten telefon, dowiedziałem się, że potrzebny jest ktoś, kto coś powie o Auschwitz. Odmówiłem, gdyż o Auschwitz nie mam nic konkretnego do powiedzenia, a podejrzeniami, że wydarzyło się tam coś innego niż słyszałem w komentarzach nie będę się dzielił, bo nawet nie mam ich jak rzetelnie zweryfikować. Wszyscy mają jakieś interesy.

3. Wracałem długo, gdyż w Katowicach był korek. Do tego postanowiłem wejść do apteki w sklepie pod Wrocławiem. Zaparkowałem pod ziemią. Jak się okazało, po zupełnie przeciwnej stronie. Musiałem więc przejść przez cały sklep, co chwilę mi zajęło.

Za to miałem czas na to, by wysłuchać ostatniego pana Kożuszka zza szafy. I muszę przyznać, że bardzo to jest dobre. Jeżeli ktoś ma irracjonalną potrzebę słuchania o Trumpie, niech słucha pana Kożuszka, gdyż pan Kożuszek o Trumpie mówi w najrozsądniejszy sposób. Najrozsądniejszy ze wszystkich sposobów z jakimi miałem do czynienia.


 

czwartek, 29 stycznia 2026

28 stycznia 2026


 

1. Pan Kożuszek się oburzył, że kiedy już zrobi „Burzę” to nie mam czasu jej od razu obejrzeć. Jest w tym jakiś sens. Według rzeczonego sensu świat cały powinien się wokół pana Kożuszka kręcić. I tak, w głowie pana Kożuszka jest.
Moja ś.p. babcia, by zaliczyć coś, co się wtedy nazywało liternictwo, zaprojektowała tomik wierszy swojego kolegi holokaustowego ocaleńca. Jeden z wierszy brzmiał mniej więcej tak:
Umrę i nigdy się nie dowiem,
czy świat będzie istniał beze mnie.
Podejrzewam, że w przypadku pana Kożuszka nie ma żadnych wątpliwości.

W każdym razie „Codziennie Burzy” słuchałem wędrując z pieskiem wzdłuż Rudawy. Doszliśmy na wysokość Mydlnik. W jedną stronę szliśmy ulicą ministra Becka. Można odnieść wrażenie, że wytyczali ją zwolennicy Studnickiego. Wytyczali, a teraz dbają o jej dobrostan.

2. Byliśmy z pieskiem u państwa behawiorystów. Spóźniliśmy, gdyż najpierw był korek, a potem problem z najdroższym chyba w Polsce parkowaniem. Mieliśmy lekcję zachowań spacerowych. W parku Krakowskim, który zdecydowanie w mojej świadomości, w ciągu ćwierćwiecza zmalał. Piesek podczas lekcji zachowywał się modelowo, ale nie ma się czemu dziwić, gdyż piesek jest ogólnie wspaniały. Chyba, że jest ten moment, kiedy nie jest.

Później przez chwilę miałem plan, by przez moment jechać pod prąd Garncarską. Plan spalił na panewce, gdyż w ostatniej chwili zobaczyłem znak zakaz wjazdu.
Później szukałem stacji z LPG. Znalazłem taką w Mydlnikach. Albo obok. Pan pompiarz stwierdził, że widzi pierwsze A8 z przyłączem LPG w zderzaku. Cóż, zawsze mudi być pierwszy raz.

3. Profesor Kloc był łaskaw stwierdzić, że określenie „mój były nowy szef” jest niejasne. Wyjaśniam więc: to był mój nowy szef, ale przestał być moim szefem. Mam nadzieję, że teraz będzie to jasne.

środa, 28 stycznia 2026

27 stycznia 2026



1. Był pan Kożuszek z „Codziennie Burzą”, a ja nie miałem czasu obejrzeć, gdyż najpierw wstawałem, później jadłem śniadanie, później spacerowałem z pieskiem, a później pojechałem do miasta.
Pod Magistratem była konferencja komitetu, który zaczyna zbierać podpisy pod referendum, które ma odwołać prezydenta Krakowa (tego od podrygiwania na dachu). Był tam mój były nowy szef, który jest teraz gwiazdą telewizji na literkę R. Chciałem go wyciągnąć do Zwisu. Niestety, Zwis zamknięty (coś jest nie tak z tym miastem). Wylądowaliśmy w Noworolu. Zjedliśmy po najdroższej na świecie szarlotce obserwując niezbyt tętniący życiem Rynek. Potem odprowadziłem mojego byłego nowego szefa do samochodu, za którego zaparkowanie zapłacił pięćdziesiąt złotych. Można odnieść wrażenie, że ceny parkowania w Krakowie to efekt działania lobby taksówkarskiego. Bo taniej jeździć taksówką, niż zaparkować w mieście auto.
W aptece przy Grodzkiej można kupić model kręgosłupa. Chodziło mi po głowie, żeby kupić i dać komuś w prezencie. Kręgosłup w polskiej polityce bywa towarem deficytowym.

2. Poszliśmy z pieskiem w górę Rudawy. Za drugim z kolei mostem piesek zaczął się zachowywać dziwnie. Nic w sumie dziwnego, gdyż spomiędzy domów wychynęła wataha dzików. Piesek jakby się szaleju najadł. Jakoś udało mi się go uspokoić. Problem się niestety się pogłębił, gdyż dziki, zamiast iść swoją drogą, postanowiły pójść w naszą stronę. Wycofywaliśmy się rakiem. Tak naprawdę, to wlokłem pieska, który wcale się nie chciał wycofywać. Dziki szły naszym śladem. Najbardziej wysunięty, jakieś dwa metry od nas. Trwało to wszystko dobry kwadrans.
Ciekawe doświadczenie. Przyjeżdża człowiek z wsi do drugiego co do wielkości miasta w Polsce i jest napastowany przez dzikie zwierzęta. U nas dziki na widok człowieka biorą nogi za pas.

3. Cały dzień się nosiłem z chęcią skomentowania działań komunikacyjnych niemiłosiernie nam panującej władzy. Ale jest pierwsza w nocy i chyba wolę iść spać. Albo obejrzeć zaległego pana Kożuszka.


 

wtorek, 27 stycznia 2026

26 stycznia 2026


1. No i było tak, jak zapowiadało RCB. Padał deszcz i był mróz. Rano wszystkie gałęzie były w lodowych ubrankach. Później padał deszcz, ale nie było mrozu. Lód więc znikał. Było jednak niemożebnie ślisko. Ani pies, ani koty nie pchały się jakoś specjalnie na zewnątrz.

2. Ruszyliśmy z pieskiem do Krakowa. Najpierw było słabo, bo mgła. Za Zieloną Górą mgłę rozwiało, choć raczej się chyba mówi, że opadła. Nieszczęsny odcinek z Legnicy do Wrocławia przeszedł bez problemów. Swoją drogą, jak Niemcy mogli zbudować autostradę bez poboczy? Tacy niby są technicznie inteligentni. Jadący w przeciwną stronę mieli gorzej. Ktoś na kogoś wpadł i korek miał ze dwadzieścia kilometrów.
Mgła zaatakowała za Katowicami. Radykalnie zaatakowała. Przez chwilę było widać na jakieś dziesięć metrów. Ataki powtarzała kilkakrotnie. W okolicy Balic, przez chwilę naprawdę nic nie było widać.
Stanąłem przy Lidlu w Chełmie (chyba tak się to miejsce nazywa), by kupić piwo. Pan w Lidlu postanowił zażartować, że bez okazania dowodu nie odblokuje kasy. Nie wymyśliłem żadnej ciętej riposty. I to jest zła informacja.

3. Zapomniałem, że mgła może mieć zapach. Choć w tym przypadku słowo zapach nie oddaje zasadniczo sensu. Chodzi o to, że mgła w Krakowie śmierdzi w nieokreślony sposób. No i nie jest to zdecydowanie smród pochodzenia motoryzacyjnego.


 

poniedziałek, 26 stycznia 2026

25 stycznia 2026



1. Trzeci dzień oglądałem ostatni odcinek „Trzech Panów K.” Przez pierwsze dwa wyprowadzał mnie z równowagi Kacper Kita. Wydawało mi się, że poza – excusez les mots – gówniarskim nieco dopieprzaniem się do współuczestników dyskusji nic specjalnego nie wnosił. Dziś powiedział dwa zdania, które uzasadniły jego udział.

Byliśmy na spacerze z pieskiem w lesie, z którego wyszliśmy na chwilę na pola. No i na polach bawiło stado koziołków, czy jak się tam sarny z rogami nazywają. Piesek, jak stado zobaczył, z ekscytacji o mało jajka nie zniósł. Nie próbował mi urwać ręki, co mu się chwali.

2. Odwieźliśmy Tośkę do Świebodzina na pociąg. Wielosezonowe opony na rynek australijski budzą we mnie pokorę wobec warunków atmosferycznych. RCB ostrzegało przed marznącym deszczem, jechałem więc z prędkością dobrze rozpędzonego roweru. Na stacji automat poinformował, że po torze pierwszym przejedzie pociąg bez zatrzymania, żeby zachować ostrożność i odsunąć się od torów. Pociąg tak długo nie nadjeżdżał, że zacząłem podejrzewać, że to pociąg niewidzialny. W końcu pojawiły się światła i rycząca syrena. Bardzo rycząca. Bardziej niż w takich sytuacjach zwykle. Zacząłem się zastanawiać o co chodzi, gdy z ciemności wychynęła drezyna, czy jak się nazywa takie niewielkie coś z paką i małym dźwigiem.
Berlin–Warszawa Express przyjechał o czasie. Odjechałby też o czasie, gdyby nie jakaś pani, która w ostatniej chwili wybiegła z podziemnego przejścia. Przez to pociąg odjechał z piętnastosekundowym opóźnieniem, które pewnie uległo zmianie.

3. Wieczorem obejrzeliśmy drugi odcinek, drugiej serii „Hijack”. Jest wyraźnie głupsza niż pierwsza seria. I to jest zła informacja. Może dlatego, że dzieje się w Niemczech, a tam zbyt mądrze być raczej nie może.