1. Niezdecydowany atak zimy. Niby zimno, ale nie aż tak. Niby śnieży, ale ledwo co. Chyba bym wolał, żeby już było 15 stopni.
Mechanik od Suburbana znowu jest w trybie nieodbierania. A przecież miała mu zostać tylko jedna śruba.
2. Poszedłem z pieskiem. Tym razem sam. Od razu założyłem raki. I tak się raz wywróciłem, a ze trzy razy byłem od tego blisko.
Spacerując, odsłuchałem Rokitę o Czarzastym. I przypomniało mi się przesłuchanie przed komisją Rywina. Czarzasty jak koń, jaki jest, każdy widzi. Zadziwiające jest tylko, jak wielu ludziom to nie przeszkadza.
3. Wieczorem zniknął był internet. Przygotowując kolację oglądałem „Lioness”, odcinek, w którym zagrał mój ulubiony waszyngtoński bar (ależ to pretensjonalne zdanie). Nagle stanęło. Poszedłem do piwnicy i zresetowałem modem i router. Nie pomogło. Na modemie migało na czerwono. Resetowałem jeszcze kilka razy. Nie pomagało. Czerwone na modemie znaczyło, że po drugiej stronie światłowodu nic nie ma.
Strasznie dużo rzeczy przestało działać. Zjedliśmy kolację. Postanowiliśmy, że coś obejrzymy. Mamy sporą kolekcję płyt DVD. Znalazłem „Sicario 2”. Człowiek się odzwyczaił od mizernej jakości obrazu. Obejrzeliśmy dwie trzecie filmu. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Odtwarzacz potwornie jest zakurzony. Ale właśnie wrócił internet, więc obejrzeliśmy do końca na Prime. W normalnej jakości. W każdym razie „Sicario 2” daje radę. Zauważyłem tylko, że kiedy Del Toro wsiada do Silverado, to nie ma zagłówków, a potem są. Ale to w sumie nieważne.
W każdym razie zacząłem się poważnie zastanawiać, czy nie kupić Starlinka. Pewnie, gdyby nie wizja ciągnięcia kabli ze strychu, to bym się już zdecydował.













