1. No więc zostawiając w spokoju czwartek, w piątek, bladym świtem, wyjechałem do Łodzi.
Do Łodzi, do której jakoś nie za bardzo chciałem jechać. Dojechałem za Poznań. No i zacząłem się zastanawiać dlaczego jadąc z prędkością 120 km/godz. mam ponad 3000 obrotów. Wyszło na to, że się nie włącza overdrive.
Uruchomiłem moje wspaniałe chińskie urządzenie, które kupiłem sobie na gwiazdkę i za jego pomocą dotarło do mnie, że w skrzyni jest 110°C. Czyli za dużo. Zjechałem na parking. Odstałem z pół godziny. Skrzynia nieco wystygła. Restart samochodu nie pomógł. Zjechałem z autostrady we Wrześni. Stanąłem przy ogródkach działkowych „Nad Wrześnicą”. Wydzwoniłem człowieka, który remontował mi skrzynię dwa lata temu. Powiedział, że jest źle. Ale konkrety dopiero jak zrzuci skrzynię i popatrzy do środka. Assistance. Najlepiej wydane w zeszłym roku pięć chyba stówek. Za lawetę do Warszawy zapłaciłbym dwa tysiące. A jeszcze się okazało, że mam pięć dni samochodu zastępczego w cenie.
Laweciarz, firma założona w 1972, zawiózł mnie do swojego domu, gdzie przejął mnie jego syn. Sympatyczny młody człowiek. Laweta była ciężarowa, więc jechaliśmy ze trzy godziny z prędkością 90 km/godz. Usłyszałem kilka historii motoryzacyjnych. Nie pamiętałem na przykład o Lupo 3L. 3L od spalania.
O tym, że Range Rovery się psuły, to wiedziałem wcześniej. Usłyszałem, że tylko w okolicy Wrześni jedna firma zwiozła kilka, którym wyszły bokiem korby. No i że teraz podstawowym klientem assistance są hybrydowe toyoty, którym od 24 godzin stania potrafi umrzeć akumulator. Rozmawiałem o tym później z redaktorem Pertyńskim, moim motoryzacyjnym guru. Ktoś w Toyocie zamówił partię bardzo złych akumulatorów, które padają w całej Europie. W Polsce pomaga dokładany prądożerny immobilizer. Właściciele hybrydowych toyot zaopatrzeni są w boostery. To z kolei potwierdziła mi właścicielka toyoty CH-R. Ma booster. Pan holowniczy powiedział, że w hyundaiu jest tajny przycisk, który pozwala pożyczyć prąd z akumulatora napędowego.
Dojechaliśmy do Warszawy. Wyskoczyłem na Połczyńskiej, żeby odebrać peugeota marki opel Grandland. Pojechałem nim do Ursusa, żeby wyciągnąć z Lawiny drzwi, które miałem zawieźć do Łodzi. Niewiele brakowało, a by nie weszły. Komfortowo nie było.
Załatwiłem, co miałem w Warszawie i pojechałem do Łodzi. Jakże się cieszę, że moje życie potoczyło się w taki sposób, że opel Grandland, nawet w wypasionej wersji, nie jest samochodem moich marzeń. Wracając z Łodzi do domu, myślałem, że jajko zniosę. Nie zniosłem. Gdybym zniósł, byłby z tego jakiś pożytek.
Mechanik, który trzyma Suburbana przejął się problemem i zapowiedział, że w poniedziałek skończy. Do wtorku postanowiłem trzymać się tej wersji.
2. W czwartek i później w sobotę zrobiliśmy sobie maraton drugiej serii „Lioness”. Zakończony dyskusją.
Moim ulubionym fragmentem serialu jest tym razem rozmowa sekretarza stanu Mullinsa z zastępcą szefa CIA Westfieldem, w domu tego drugiego. O przywództwie, o tym, jak 11 września połączył Amerykanów, mimo iż młody Bush miał słabą legitymację. O tym, że przez lata rozwalono instytucje, niszczono społeczne zaufanie.
„2 977 people died on 9/11 — and I’m not including the fucking hijackers in my count — and we came together. Over a million died in COVID. Almost tore us apart.” I o tym, jak to wszystko rozgrywane jest przez wrogów Ameryki.
Dyskusja dotyczyła przede wszystkim scen rodzinnych. Moi współwidzowie uważali, że są nudne, ja tłumaczyłem, iż dobrze pokazują sytuacje, jakich byłem świadkiem. Czyli, że ważnym postaciom polityki w newralgicznych momentach mogą zadzwonić telefony z domu. W jakichś, z punktu widzenia racji stanu, idiotycznych sprawach, zaś z punktu widzenia domu sprawach najważniejszych.
No i jeszcze zarzut, że coś jest niemożliwe, że coś jest nieprawdopodobne. A jak na to, że podobną sytuację, podobny proces obserwowałem na własne oczy. Generalnie Sheridan rządzi.
3. Tymczasem w Krakowie, w związku z tym, że zebrano już wystarczającą liczbę podpisów, prezydent Miszalski zaczął w czasie rzeczywistym rozwiązywać problemy. Zazwyczaj te, do których powstania sam się przysłużył. PR-owcom zdarza się wymyślać tak świetne pomysły, że aż za dobre. W znaczeniu: tak dobre, że zupełnie nieprzekonujące.
Współsprawca i beneficjent turystyfikacji miasta protestujący przeciwko budowie hotelu. Aż się człowiek zaczyna zastanawiać, czy nie chodzi o strach przed konkurencją.
A u nas odwilż. Wody jest tak dużo, że nie ma jak wsiąknąć.
Po raz pierwszy od kilku tygodni, moje nazwisko nie padło u „Trzech Panów K.” Jestem niepocieszony.













