czwartek, 26 lipca 2018

25 lipca 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Pszczoły przestały. Rano wypuściłem jeszcze z pięć. I tyle. 
Z dziesięć lat temu mieliśmy w ścianie mrowisko. Było to zupełnie bezbolesne. Prawie. Otóż w lecie przez niecały tydzień mrówki się roiły i w te dni działo się coś bardzo dziwnego. Każdego dnia, sobie tylko znaną drogą wyłaziły do łazienki, gdzie w południowo-zachodnim rogu przez mniej-więcej godzinę siedziały w wielkiej liczbie na ścianie. Później znikały. Doprowadzało to do zabawnych sytuacji. Ktoś (w tym przypadku – mój były kolega Skoczylas) wchodził do łazienki, widział mrówki i wypadał z krzykiem, po chwili, wezwane tym krzykiem towarzystwo wpadało do środka. A tam po mrówkach już nie było śladu. Więc na wypadającego z krzykiem patrzono dziwnie. Dziwnie czuł się też krzyczący.
Pewnego roku mrówki znikły. I to nie jest zła informacja. Złą jest, że jeżeli pszczoły będą nachodzić dom cyklicznie, może nas kiedyś nie być. I wtedy nikt ich szklankami nie wyniesie. A każda pszczoła to coś tam, jak pisze chyba Greenpeace.
W roku 1989 byłem na wymianie szkolnej w Związku Radzieckim. Chwilę później ten kawałek Związku Radzieckiego został stolicą Niepodległej Ukrainy, ale nie o tym. W księgarni kupiłem wtedy kilka płyt. Wśród nich dwupłytowy album Greenpeace. Wydany przez wytwórnię „Мелодия”. U2, Sting, Brian Ferry, Simple Minds, R.E.M., Brian Adams i nasza swojska Basia. Z okładki albumu wynikało, że Greenpeace od wielu jest wspierany przez Związek Radziecki, państwo – jak powszechnie wiadomo – bardzo zainteresowane ekologią. Z tym, że raczej poza swoimi granicami.
Lubiłem utwór „Гордость” zespołu Ю 2.

2. Przez większość dnia, z uporem wartym lepszej sprawy słuchałem transmisji z obrad Senatu. Najpierw na siedząco, później stojąc przy krajzedze. Udało mi się nie obciąć sobie palców, co nie było zbyt łatwe. Brat mój Michał ciął parkowe bzy. Z całkiem sporym samozaparciem.
Późnym popołudniem pojechaliśmy z ojcem na zakupy do Świebodzina. Zapomniałem niestety kupić większość rzeczy, po które pojechaliśmy. I to jest zła informacja. Podobnie jak ta, że straciłem umiejętność dającą możliwość stosunkowo precyzyjnego szacowania wartości towarów na taśmie do kasy.
Ojciec kupił promocyjną flaszę J&B, którym to J&B kolega Wojciech od dwóch wieczorów nas sprowadza na złą drogę, opowiadając różne dykteryjki. Najlepsza chyba była o tym, jak w jakimś samolocie wręczono mu plastikową piersióweczkę z J&B. Zaczął wtedy protestować, że plastikowa a nie szklana. Kolega z którym podróżował wyjaśnił mu, że plastikowa piersióweczka ma sens taki, że kiedy się wywróci, to się nie rozbije i odłamki nie wbiją się mu w serce.

3. Sąsiad Tomek wciąż użycza nam wody ze swojej głębinowej studni. Studnię głębinową mamy i my. Wodą gminna kosztuje za kubik ponad cztery złote, więc biorąc za przykład sąsiada Tomka postanowiłem naszą studnię uruchomić.
Najpierw z sąsiadem Tomkiem usunęliśmy betonowy dekiel, który przykrywał studnię betonową, na dnie której jest wylot rury od studni właściwej. Studnia betonowa ma ponad dwa metry, żeby sprawdzić jak się ma studnia właściwa – zmierzyć głębokość i wysokość lustra wody – trzeba na jej dno zleźć. Okazało się, że nie dość, że jest zasypana wełną mineralną (przechodzi przez nią przyłącze wody gminnej i tą wełną było ocieplane, żeby w zimie nie zamarzać), to aż tętni życiem. Najbardziej tego życia jaskrawym przykładem były pająki, które miały – tu naprawdę nie ściemniam – dobre piętnaście centymetrów od końca przednich do końca tylnych odnóży (czy jak to się tam u pajęczaków nazywa). Widząc to sąsiad Tomek stwierdził, że musimy chyba kogoś znaleźć, kto tam wejdzie, bo przecież my tego robić nie będziemy. Dla mnie oczywistym kandydatem był mój brat. Prawie się udało. Niestety sąsiad Tomek ma strasznie mocną latarkę i kiedy do studni zaświecił, mój brat natychmiast zobaczył pająki i się obraził, że go tak perfidnie chciałem wykorzystać. Znaczy – plan spalił na panewce. Przez chwilę, prawie się udało namówić na wejście do studni jego ośmioletnią córkę. Niestety usłyszał. I z tego też nic nie wyszło. Byłaby to zła informacja, ale wejścia się podjął kolega Wojciech, który pająków się nie boi.

Ojciec przywiózł ze sobą swoje koty, które są dziećmi naszego Starego, czyli rodzeństwem kota Pawełka. Wieczorem, na trawie przed domem próbował je z naszymi kotami integrować. Nie szło to najlepiej. I to jest zła informacja, bo w niedzielę wyjeżdża i do tego czasu, z integracji może nic nie wyjść. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz