niedziela, 28 września 2014

28 września 2014



1. Dzień rozpoczął się niestety wcześnie. Wsiadłem do bezprzedziałowego wagonu Intercity do Krakowa. Dość szybko się okazało, że w wagonie siedzi dwudziestoparoosobowa wycieczka niemieckich gimnazjalistów. Znaczy nie tyle siedzi, co się wydziera, klaszcze, łazi bez sensu. Przez większość podróży odcinałem się od nich przyjmując przez słuchawki „Lewa wolna” Mackiewicza. Niestety nie potrafię pisać słuchając literatury, musiałem więc w końcu przerwać słuchanie. Młodzi Niemcy byli na etapie wyklaskiwania pewnego rytmu, jednocześnie ze sobą rozmawiając. A jako że klaskali głośno, musieli się przekrzykiwać. Wszystko się działo przed ósmą rano (pociąg z Centralnej ruszył chwilę po szóstej).
Jakże żałowałem, że się w liceum nie przykładałem do lekcji niemieckiego. Jakbym chciał przypomnieć tym gówniarzom i ich nauczycielom o tym, czym się zajmowali tu ich pradziadkowie. I, że to, że oni o tym nie pamiętają, nie znaczy, że my tu tego nie pamiętamy, że antyfaszystowska opozycja w Niemczech, o której się uczą w szkołach, to w rzeczywistości marginalny ruch, że liczba szkół imienia Sophie Scholl nie wynika z tego, jak była ważna, tylko z tel, że lista nazwisk antyfaszystowskich patronów jest zbyt krótka.

Ech, jak ja bym im nagadał. Niestety, w liceum byłem zbyt leniwy. I to jest zła informacja.

Właściwie mógłbym każdego z tym młodych Niemców, przez najbliższe trzy tygodnie zapisywać jako jeden z dziennych negatywów, ale tego nie zrobię, bo powinienembył zapytać ich polskiego opiekuna skąd są, żebym wiedział kogo nienawidzę.

Obok mnie siedziała para sześćdziesięcioparolatków. Pani czytała wypożyczoną z biblioteki książkę, pan rozwiązywał krzyżówkę w „Fakcie”. Przez całą drogę milczeli, konsultowali tylko kwestię zjedzenia kanapki. Przed samym Krakowem pani westchnęła: No ileż można klaskać?

Można przez prawie trzy godziny. Bogu dzięki pociąg się spóźnił tylko kilka minut.

2. W Krakowie autobusem nieznanej mi z młodości linii 179 podjechałem do Radia Kraków, gdzie kolega mój Andrzej miał coś rano do załatwienia. Na miejscu czekał już w barze kolega Grzegorz nazywany Grzelą. Zjadłem tam niedobrego śledzia po japońsku. Szkoda, śledź po japońsku to jedyna w pełni przeze mnie akceptowana wersja sushi.
Kolega Grzela chce sobie kupić BMW i to mu się chwali. Porozmawialiśmy chwilę o motoryzacji. W końcu przyszedł kolega Andrzej razem z kolegą Maciejem zwanym Mrówką, i mogliśmy ruszyć.

Jechaliśmy najpierw do Pcimia, przez Swoszowice i Słomniki, bo na Zakopiance był wypadek. W Pcimiu kolega Andrzej miał się spotkać z wójtem.
Wójt zaprosił nas na kawę. Był z maszyną do kawy jakiś problem, w znaczeniu, że nikt jej tak do końca nie ogarniał.
W gminie Pcim służba zdrowia jest gminna. Wójt tłumaczył, że tak jest taniej, bo gminna służba zdrowia nie musi wypracowywać zysku. Było teź coś z amortyzacją, ale tego nie zrozumiałem. W gminie Pcim darmowe są dentyści. W gminie Pcim dzieci mają zagwarantowane miejsca w przedszkolach. W gminie Pcim dla bezrobotnych kobiet utworzono spółdzielnię pracy, która przygotowuje posiłki w szkołach, a w wolnym czasie robi przetwory na sprzedaż. W gminie Pcim w ramach walki z wykluczeniem cyfrowym doprowadzono ubogim internet i dostarczono komputery.

W związku z tym, że jest tak fajnie do wójta Pcimia pewnego dnia o świcie wparowało CBA, wyciągnęło wójta z domu i zawiozło ze czterysta kilometrów na północny zachód, gdzie przesłuchiwano go przez ileś tam godzin. Później wójta (cierpi na zespół Tourette'a) wsadzono do psychiatrycznego szpitala, gdzie w końcu przyjechał sąd, przejrzał akta, popukał się po głowie i kazał wójta gminy Pcim wypuścić.

Trzeba ten PiS odsunąć od władzy.
A, przepraszam, wójt to jest z PiS. CBA było zdecydowanie platformiane.
Nie słyszałem wcześniej o wójcie Pcimia i to jest zła informacja.

Ruszyliśmy dalej koledzy Grzela i Mrówka dyskutowali o habilitacjach – obaj są doktorami. Doktorem jest też kolega Andrzej, ale to teraz nie jest najważniejsze w jego życiu.

Ja mogę liczyć jedynie na doktorat honoris causa, jak Ferdynand Porsche.

3. Dojechaliśmy do Ochotnicy, gdzie czekała na nas reszta wycieczki. W karczmie „Rumak”, gdzie się spotkaliśmy kolega Fajala emablował kelnerkę. Kiedy poczęstowałem go tegorocznym urobkiem połowę piersiówki wlał kelnerce do herbaty, drugą w siebie. Ja tam mu nie żałuję, tyle, że inwestowanie w kelnerkę było całkowicie pozbawione sensu – oczywiste było, że nic z tego nie będzie. Kolega Fajala wykonał jeszcze odważną próbę ataku, poprzez taktyczne przeniesienie zainteresowania na kelnerki koleżankę. Efekt był taki, że ruszyliśmy dalej.

Kiedy wychodziłem z „Rumaka” zaczepił mnie autochton pytając, czy jestem z Polski, kiedy potwierdziłem zadał mi serię pytań dotyczących czasu rośnięcia włosów. Np. kiedy trzeba ściąć, gdy się zapuszcza. Ile czasu rośnie broda etc.
To przyjemne uczucie być w jakimś temacie autorytetem.

Przejechaliśmy na miejsce porzucenia samochodów i zaczęliśmy się wspinać. Koledzy moi jeżdżą co roku na takie spotkania od dobrych 25 lat. Ja byłem wcześniej na dwóch takich wyjazdach. Za pierwszym razem po dziesięciu minutach poschodzenia pod górę nabrałem przekonania, że wszystko jest spiskiem, że chodzi o to, żeby mnie wspinaczka zabiła, a koledzy zorganizowali wszystko, żeby się na mnie zemścić za coś, co im zrobiłem w podstawówce.
A, no bo ci moi koledzy są kolegami z podstawówki.

Tym razem było łatwiej, bo byłem przygotowany i lepiej wyposażony. Na przykład w buty, który już drugi raz pożyczył mi kolega Wojciech. Tym razem nowy kolega nazywany Miśkiem (z nim nie chodziłem do podstawówki, znaczy poniekąd chodziłem, bo chodził do tej samej tylko zaczął później) pożyczył mi kijki, i się okazało, że takie kijki ułatwiają (nie są to kijki do nordic walking).

Więc w jako-takim stanie wylazłem na górę, gdzie zajęliśmy bacówkę, paliliśmy ognisko, pili alkohole i śpiewali. Powinienem dokładnie opisać co się działo, ale jakoś nie mam siły. Spotkania z ludźmi, których się zna od tak dawna i tak rzadko widuje niosą spory ładunek emocjonalny. Zwłaszcza, jeśli jest to pierwsze spotkanie po pogrzebie kolegi Rafała, który – zaraz będzie rok, jak palnął sobie w łeb.

Na górę, po nocy wylazł jeszcze druh Malinowski, który w pierwszych słowach zapytał, czy mam ze sobą coś mojej produkcji. Niestety nie mógł degustować, bo została ona zmarnotrawiona przez kolegę Fajalę na kelnerkę z Rumaka. I to jest zła informacja.
Może nie tak zła, bo na urodzinach Jacka Danielsa pozyskałem próbki towarowe nie do sprzedaży. Więc nikt nie musiał trzeźwy zasypiać.
Wyjaśniłem też kolegom dlaczego Jack Daniels nie jest burbonem, ale nie wiem, czy ktoś akurat to zapamiętał.

Gwiazdy nad głową, dymiące ognisko, kolega Gil młodszy grający na gitarze. To wszystko na górskiej łące Zawsze uważałem, że sobotnie wieczory w ten sposób spędzają wyłącznie świry. Nie zmieniam zdania. Wyjątki tylko potwierdzają regułę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz