piątek, 13 marca 2015

13 marca 2015



1. Parę dni temu przeczytałem kawałek książki (w budowie) kolegi Olszańskiego. Pojawił się tam budynek na rogu Oczki i Chałubińskiego. Na Oczki byłem raz w życiu z kolegą Zegarkiem w jakimś klubie studenckim na piwie. No i pamiętałem, że przy Oczki jest Instytut Medycyny Sądowej. Bo w paru kryminałach rzeczony Instytut występował.

Budynek na rogu Oczki i Chałubińskiego okazał się dowództwem Korpusu Ochrony Pogranicza, zajętym po wojnie przez Informację Wojskową.
Z nazwą K.O.P. pierwszy raz się zetknąłem ze trzydzieści lat temu, czytając o obronie Węgierskiej Górki. Nie pamiętam, chyba jakiś miejscowy ówcześnie chłopiec wspominał: idzie sobie przez las, a tu nagle przejeżdża na koniach dwóch żołnierzy z RKM-ami. Po chwili widzi, jak drogą w dolinie idzie 7 (Bawarska) Dywizja Piechoty. Idzie powoli i się rozgląda. Aż tu nagle z lasu odzywają się RKM–y. 7 (Bawarska) Dywizja Piechoty zalega w rowach. Po jakimś czasie rozstawia moździerze i zaczyna grzać po zboczach nie wiedząc, że w międzyczasie ci dwaj z RKM-ami wsiedli na konie i pojechali dalej.
Ci dwaj właśnie byli z K.O.P.-u i zatrzymali na godzinę całą 7 (Bawarską) Dywizję Piechoty.
Korpus Ochrony Pogranicza to jedna z niewielu rzeczy z dziedziny obronności, jaka się nam przed wojną naprawdę udała.
No dobra. Udało nam się jeszcze ufortyfikować Westerplatte. No i jeszcze stworzyć szkolnictwo lotnicze. No i parę projektów broni. Nie kontynuuję bo się z tego zrobi litania taka, jak w „Żywocie Briana”. Swoją drogą zastanawiam się, czy ta scena zrobiła na mnie największe wrażenie, czy rzymski patrol poprawiający błąd ortograficzny w antyrzymskim napisie. ROMANES ITE DOMUM. Nie wiem, czy to dobrze napisałem. I to jest zła informacja.

2. Poszedłem na prezentację nowego telefonu HTC.
One M9. Bardzo ładny. Chińczycy (Ci prawdziwi. Z Tajwanu) potrafią robić porządne rzeczy. 

Impreza odbywała się w apartamencie Karoliny Wozniacki. Dwudzieste któreś piętro. Niezły widok na Pałac Kultury. Ale chyba za ten widok nie zapłaciłbym tylu pieniędzy.
Na początku jakaś pani z warszawskiej ASP plotła jakieś potworne herezje. Pani teoretycznie znała się na użytkowej, ale kiedy przechodziła do kwestii historyczno-technicznych to plotła takie androny, że aż musiałem się napić. Niestety z alkoholi był tylko niby szampan.

Przypomniała mi się tzw. najgorzej zorganizowana impreza ever. W Londynie. Już kiedyś o niej zacząłem pisać, bo zostawiła w mojej pamięci niezatarty ślad.
Więc najpierw jakimiś tanimi liniami wysłali nas do Luton. Normalnie na takich imprezach dziennikarzy niańczy ktoś z PR. Tym razem – nie. Więc na tym Luton nagle się okazało, że nie bardzo wiadomo co robić. Błąkałem się w tłumie rodaków, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw zielonej wyspy Donalda Tuska. Wypatrzył mnie jakiś dziennikarz, który mnie zapamiętał z jakiejś imprezy. Błąkaliśmy się we dwóch. W końcu we trzech. Wpadliśmy na pana, który w ręce miał kartkę „miss Minta + 3 others”. Tak wyszło że miss Minta akurat na tę imprezę nie leciała. Ale znaliśmy jej nazwisko. Udało się od pana z karteczką uzyskać informację, że chodzi o HTC. Pan zawiózł nas do bardzo ładnego hotelu z lat trzydziestych, gdzie bardzo nas poproszono, żebyśmy byli za kwadrans gotowi na dole w lobby, bo trzeba będzie zaraz ruszać.
Zanim znalazłem pokój przeżyłem bardzo interesujące doświadczenie. Usłyszałem jak pani menadżer rozmawia w paniami pokojówkami. Po polsku. Z tym, że polski nie był ojczystą mową tej pani menadżer. Przebrałem się, zjechałem do lobby. I w tłumie dziennikarzy z całego świata stałem czterdzieści minut. Później zaprowadzono nas do autobusów. Zanim autobusy ruszyły upłynęło kolejne czterdzieści minut. Architektura Regents Park jest urokliwa. Autobusy ruszyły. Zawiozły nas na miejsce. Tam na wpuszczenie czekaliśmy kolejne czterdzieści minut. Może dłużej. Wpuścili nas. Śniadania nie zjadłem. W samolocie nie zjadłem. Więc z głodu rzuciłem się na niby szampana, którego podawano. Czekaliśmy na rozpoczęcie imprezy licząc, że coś do jedzenia dadzą. Dawali tylko niby szampana. Impreza się zaczęła. Usłyszeliśmy co mieliśmy usłyszeć. Zobaczyliśmy, co mieliśmy zobaczyć. Pojawiły się panie z jedzeniem. Które się niestety okazało jakimiś krakersami z czymś tam. Cóż było robić – wciąż piłem tego niby szampana. Wbiłem się nawet na chwilę do części dla VIP–ów. Ale tam krakersy wcale nie były większe. No i był ten sam niby szampan. Transportu do hotelu jeszcze nie było. Bo mieliśmy czekać na Lady Gagę. Która miała przyjść. Później. No i z tej rozpaczy i z tego niby szampana postanowiłem zjechać na poręczy, jak to przed laty robiłem codziennie w krakowskim Free Pubie. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Zapomniałem niestety, że we Free Pubie zjeżdżałem żeby się napić – trzeźwy. Tym razem było inaczej. Więc spadłem z poręczy i złamałem sobie rękę. Ale na tyle delikatnie, że łaziłem ze złamaną później jeszcze parę dni.
Namówiłem grupę, żebyśmy poszli do hotelu piechotą. Nie czekając na to później, kiedy ma przyjść Lady Gaga. Pomysł był niezły, żeby nie to, że plan jest w innej skali, i że mamy do przejścia spory kawałek. A jeżeli to tego dodamy przystanki w kilku pubach, to wyszedł trzygodzinny spacer. Jakieś dwie godziny po tym, jak się położyłem spać zadzwoniła recepcja, że czeka na mnie shuttle na lotnisko, którą ktoś z agencji zapomniał odwołać. Kiedy udało mi się panu z recepcji wyjaśnić, że nigdzie nie jadę zaczął mnie przepraszać tak wyszukanymi zwrotami, że już nic nie zrozumiałem. Ale ja to nic. Miss Minta (ta, której z nami nie było) dostała SMS, że czeka na nią shuttle.
Następnego dnia rano zauważyłem wzruszającą scenkę, jak kelnerka – Polka, wprowadza trochę bokiem, na śniadanie naszych rodaków – małżeństwo z dziećmi – ubrani jak stróż w Boże Ciało. Sadza ich z boku, żeby się za bardzo w oczy nie rzucali. I instruuje jak się mają zachować.
A się mówi, że u Polaków na emigracji za grosz solidarności nie ma.

Ty razem nie wypiłem zbyt wiele. I niczego sobie nie złamałem. Choć kiedy pani z ASP powiedziała, że w przyszłości samochody będą podłączone do Internetu i że taki concept car pokazało BMW na targach w Barcelonie, byłem gotów coś złamać.

Wyparłem nazwisko tej pani. I to jest zła informacja, bo nie mogę przed nią konkretnie ostrzegać. Więc ostrzegam ogólnie – zniechęcajcie dzieci, które myślą o warszawskiej ASP. Jeszcze by mogły na tę panią trafić. 


3. HOUSE OF CARDS. UWAGA SPOJLER.
Obejrzeliśmy dwa odcinki HoC. Niestety Rosja w serialu tak jest podobna do Rosji, Polska do Polski z serialu „Ekipa”. I to jest zła informacja.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz