sobota, 7 marca 2015

7 marca 2015


1. No więc wstałem. I jak stałem poszedłem do Aïoli na śniadanie prasowe MINI. Piszę MINI, bo się dowiedziałem, że MINI się tak pisze.
W Aïoli tłum. Przed Aïoli stało MINI takie jak to, którym jeżdżę, tylko w brzydszym kolorze, bo niebieskie nie zielone. Przepraszam, nie w kolorze british racing green. Niebieski pewnie też ma jakąś specjalną nazwę. Ale to bez znaczenia, bo jest brzydszy.
Używam wciąż nazwy Aïoli, bo skoro udało mi się znaleźć to i z dwiema kropeczkami, to żal używać zaimka. No więc w Aïoli na piętrze zebrał się tłumek dziennikarzy chyba lajfstajlowych. Piszę „chyba”, bo większości nie znałem. Za oknem grupa budowlańców trzymała folię okrywającą samochody. Ktoś postanowił naprawić krzywdę, jaką wyrządził MDM i zaczął zabudowywać dziurę, która została po budynkach niegdyś stojących przy koszykowej. Lano strop kolejnej kondygnacji. Folia chroniła samochody przed uszkodzeniami. Budowlańcy trzymali, żeby jej nie zwiało.
Część Aïoli jest teraz inspirowane przez MINI. Znaczy przeprojektował tę część architekt Płoski. Nie przepadam. Aïoli ma coś robić z placem konstytucji razem z Miasto jest Nasze i Bęc Zmianą. Nie bardzo wiem co, ale mam nadzieje, że im nie wyjdzie. Inaczej – skoro zaangażowane ma być Miasto jest Nasze, to raczej im nie wyjdzie.
Reasumując: jedzenie w Aïoli niezłe. Na stołach (u góry) stoją modele MINI (ładne). A najważniejsze, że nad wejściem jest napis MINI. Jak na razie nowe MINI kojarzą mi się wyłącznie pozytywnie, więc kiedy będę przechodził placem Konstytucji będzie mi się poprawiał nastrój.

Zaprezentowano wykuty ze ściany podpis Michaela Jacksona. Król Popu był w Aïoli, kiedy jeszcze nikt o nazwie Aïoli tu nie słyszał, a samochody Mini wciąż jeszcze produkowane były przez angielskich kowali z klasyczny, brytyjski sposób – znaczy byle jak.
Podczas prezentowania podpisu puszczono wiązankę przebojów Michaela Jacksona. I to jest zła informacja, bo od razu mi się przypomniało, jakiego dzień wcześniej miałem kaca.

2. Kandydat Duda, gdzieś w świętokrzyskim rozpalił w kominku. Prezydent Komorowski na poznańskim rynku zapiął rozporek. To w TVN24. (Cała prawda, całą dobę).
Później Superstacja odkryła, że w japońskim parlamencie, chwilę po tym, jak prezydent wyszedł na coś, co nie było fotelem, bo na fotel było zbyt niskie, jakaś pani powiedziała „Ja pierdolę”.

Najpierw myślałem, że to raczej mało prawdopodobne, że się raczej wszyscy przesłyszeli. Bo skąd by się taka pani wzięła? Albo z – tu napiszę, jakbym był starszym analitykiem – KanPrez, albo z ambasady. Ale przypomniała mi się historia z Pont du Gard sprzed 25 lat. Nie całych, bo to było w czerwcu. A może w lipcu.
W każdym razie z budki telefonicznej (głowę bym dał: z której widać akwedukt) próbowałem się dodzwonić do Polski. Naprzeciw, w drugiej budce próbował się dodzwonić pan, o wyglądzie kulturalnego ojca rodziny. Ja próbowałem, on próbował. Nic z tego nie wychodziło. Było ciepło (jak to na południu Francji). Ja próbowałem. On próbował. Bez efektu. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Ja próbowałem. On próbował. Bez efektu. Słońce grzało. Gardon sobie płynął chyba stosunkowo majestatycznie. On próbował. Ja próbowałem. Bez efektu. Słońce grzało. Ja próbowałem. On próbował. Bez efektu. W pewnym momencie pan ładnie się do mnie uśmiechnął i powiedział „kurwa mać”. Ja się do niego uśmiechnąłem równie ładnie i odpowiedziałem (już nie pamiętam) coś o tym, że się trudno dodzwonić, czy że telefony są denerwujące. Pan się zrobił strasznie czerwony, bo przecież nie myślał o tym, że ktoś może rozumieć, co mówi. To było 25 lat temu. Wtedy spotkanie kogoś z Polski na francuskiej prowincji było podobnie prawdopodobne jak dziś spotkanie kogoś mówiącego po polsku w Tokio.
Kiedyś było prosto. Byle kto się ani do dyplomacji, ani tym bardziej do KanPrez nie mógł załapać. A tylko byle kto używał wtedy takich wyrazów. Dzisiaj jest inaczej. I to jest zła informacja.

3. Kierowca Hołowczyc miał proces z Policją w sprawie przekroczenia prędkości o jakieś sto kilkanaście kilometrów na godzinę. Nie przyjął mandatu, bo się okazało, że stare policyjne pojazdy z wideorejestratorami mierzą wyłącznie prędkość radiowozu. Prędkość drugiego pojazdu ustalana jest na oko. Przypomina to trochę dowcip, w którym radziecki milicjant ustalał prędkość pojazdu na podstawie dźwięku, jaki wydawał przejeżdżając.
Ja tam bym wolał państwo, w którym wszystkie wątpliwości działają na rzecz obywatela a policja wykroczenia udowadniała w niepodważalny sposób.
Ale nie o tym. O sprawie zrobiło się głośno. Odezwali się natychmiast domorośli fachowcy od bezpieczeństwa w ruchu drogowym.
Skądinąd sympatyczny człowiek napisał na Twitterze: „kiedyś w Niemczech rozpędziłem się S500 przyjaciela do 220, to jest zero szans na jakąkolwiek reakcję, IMO samobójstwo”.

Są ludzie, którzy uważają, że samobójstwem jest wsiadanie do samolotu. Są tacy (jak ja) dla których irracjonalne jest jeżdżenie na nartach. O wspinaczce nie wspomnę, bo ta idiotyczna jest chyba dla większości rozsądnych ludzi.
Ale o co mi chodzi? Bo nie o ekstremalne sporty. Jest taki kraj, w którym nie ma ograniczenia prędkości. Znaczy są, ale w miejscach, gdzie być powinny. Redaktor Pertyński opowiadał kiedyś historię o pewnym panu, który w tamtym kraju wygrał odszkodowanie od władz za to, że na drodze ktoś niepotrzebnie ograniczył prędkość. To autostrada była. Pan musiał jechać z prędkością 120 (chyba) km/godz. A chciał szybciej. Sąd przyznał mu milionowe odszkodowanie. Władza nie jest od ograniczania prędkości, tylko od tego, żeby na drogach było bezpieczniej.

Mercedes klasy S, który przy prędkości 220 km/godz. daje zero szans na jakąkolwiek reakcję jest zepsuty. I jeżdżąc nim stwarza się większe zagrożenie niż kiedykolwiek Krzysztof Hołowczyc. Samochody się różnią. Są takie, do których lepiej wcale nie wsiadać. Inne, przy 80 km/godz. są w stanie dają małe szanse na przeżycie. Inne są zaprojektowane tak, żeby przy prędkości 300 km/godz. zachowywać się tak, jak inne jadące trzy razy wolniej.
Samochody się różnią. Jako wychowany w garbusie – długo nie mogłem uwierzyć, że się da jeździć szybciej niż 100 km/godz. Da się.
Różnią się również kierowcy. Nie każdy zdąży się nauczyć dobrze prowadzić. Ale to nie znaczy, że inni się nie nauczą.

Hołowczyc nie powinien przekraczać dopuszczalnej prędkości. Ale mam poważne podejrzenia, że większość ludzi, którzy nazywają go potencjalnym mordercą codziennie na drodze stwarza dużo większe zagrożenie niż on jadąc GTR-em dwie paczki po prostej drodze z szerokimi poboczami. I to jest zła informacja.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz