piątek, 27 lipca 2018

26 lipca 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Kolega Wojciech ubrał się w co tam miał i zlazł po drabinie do studni. Wyciągnęliśmy dwa worki wełny mineralnej i za pomocą sznurka do snopowiązałki i calowego nypla zmierzyliśmy głębokość studni. 870 cm od lustra do dna. 720 cm do lustra i do tego 235 cm betonowych kręgów.
Kolega Wojciech zasugerował, że trzeba będzie studnię płukać. Sąsiad Tomek połączył mnie z twórcą jego studni, który to twórca powiedział, że płukać nie trzeba. Ważne, by nie studni nie zatkać wypompowując wszystką wodę. Znaczy, ważne by pilnować poziomu lustra wody.
Kolega Wojciech był gotów jechać natychmiast po pompę. Ale ja miałem inne plany. Pojechaliśmy do matki do Boryszyna, gdyż były jej imieniny.
W Lubrzy na dachu poczty siedział bocian. Przez chwilę wydawało mi się, że jest sztucznym bocianem bez głowy, ale głowa się znalazła.
Kwiatki posadzone na grobie babci się nie przyjęły. I to jest zła informacja.

2. Wracaliśmy przez Wilkowo. Wyasfaltowaną na nowo drogą, na której lata temu, w pierwszy dzień Świąt zakopałem się Suburbanem w zaspie.
Już mieliśmy skręcać w stronę Borowa, kiedy nam się przypomniało, że mieliśmy w Świebodzinie kupić kółko do wózka. Niestety, w hurtowni budowlanej, do której trafiliśmy były tylko chińskie, odradzane przez obsługę. Więc nie kupiliśmy. I to jest zła informacja, bo wózek bez kółka działa słabo.

3. Nowopowstający trawnik sąsiada Tomka stał się poidłem dla motyli. Białych. Wyglądało to niesamowicie. Zdjęcie wyszło słabo, bo mój telefon już nie jest taki jak kiedyś. I to jest zła informacja, bo tyle pięknych zdjęc bym mógł robić,

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz