sobota, 28 lipca 2018

27 lipca 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Wstałem chwilę po tym jak kolega Wojtek zaczął szeleścić w kuchni. Wcześnie.
Pojechaliśmy do Zawady pod Zieloną Górę do sklepu z pompami. W Zawadzie chwilę szukaliśmy ulicy Łąkowej. Walcząc z mapami Googla nie zauważyliśmy drogowskazu, który zdecydowanie by nam skrócił drogę.
W sklepie z pompami było tak, jak powinno być w sklepie z zawodowym sprzętem. Dużo zawodowego sprzętu, kompetentna obsługa. Jednemu z panów spod rękawa wystawał tribal. Koledze Wojtkowi wcale to nie przeszkadzało, choć zwykle na tatuowanych patrzy z obrzydzeniem.
Podobnie na tatuowanych patrzy Druh Podsekretarz, z tym, że w jego przypadku obrzydzenie może przechodzić w jakąś pokrętną fascynację, do której się nie przyzna, a jeszcze głośniej podkreślać będzie obrzydzenie, żeby nikt go o tę fascynację bynajmniej nie posądzał.
Ostatnio, kiedy piszę „bynajmniej” ze trzy razy sprawdzam, czy robię to poprawnie, bo mam wrażenie, że już większość ludzi myli „bynajmniej” z „przynajmniej”. I coraz trudniej jest mi być ostatnim sprawiedliwym. Zwłaszcza, kiedy się słyszy takie perełki jak: jestem bynajmniej inteligentny.
Kompetentny pan z tribalem razem ze swoimi współpracownikami ustalił, jaką pompę potrzebuję i że jej nie ma na składzie, że ją zamówi i że zadzwoni, jak przyjdzie w przyszłym tygodniu. 
Podjechaliśmy do Auchana w Zielonej, tego, w którym zobaczyłem lata temu zapalniczkę Zippo ze znakiem Rodła. Głupi – nie kupiłem. Później tak bardzo nie mogłem takiej znaleźć, że byłem gotów podejrzewać, że jej wcale nie widziałem. Aż do momentu, kiedy na jakiejś imprezie Zippo jej istnienie potwierdził jakiś szef Zippo na Polskę, po akcencie sądząc – Górnoślązak.
Kolega Wojciech wymógł na mnie tę wizytę, bo chciał sobie kupić kąpielówki, by popływać w jeziorze w Łąkach vel Łąkiech.
Była promocja, więc długo szukał tych najbrzydszych. Dyskusyjne, czy wybrał akurat takie.
Wracaliśmy promem w Brodach. Kiedy wjeżdżaliśmy na prom koledzy po fachu Charona zastanawiali się głośno z jednym z przewożonych kto ogląda obraz ze świeżo na promie zainstalowanych kamer. I po co. Mnie zdziwiło, że nie wręczali każdemu z przewożonych karki papieru informującej o przetwarzaniu danych osobowych. Może istnieje przepis wyłączający stosowanie RODO na jednostkach pływających. Nie wiem. I to jest zła informacja.

2. Wróciliśmy, zjedliśmy śniadanie i coś tam zaczęliśmy robić w obejściu. Wtedy kolega Wojciech się dowiedział, że właśnie zlikwidowano stanowisko jego szefa. A że stanowisko kolegi Wojciecha było stanowiskiem zastępcy jego szefa wyszło na to, że kolega Wojciech też traci pracę. I to jest zła informacja, bo przez ostatnich parę dni sporo o jego pracy rozmawialiśmy i opowiadał, co by się dobrego mogło wydarzyć, gdyby mogli skończyć pewną reformę. No i brzmiało to prawdopodobnie.
Z szefem kolego Wojciecha pracowałem do sierpnia zeszłego roku. Trudny charakter, wybitny fachowiec. Szkoda.
Kolega Wojciech ubrał się w swoje nowe kąpielówki i zrezygnował z wyjazdu nad jezioro. Paradował w nich dumnie przez pół dnia. 



3. W końcu się spakował i już miał ruszyć do Warszawy, kiedy nadszedł armagedon. Znaczy najpierw trochę w okolicy grzmiało. A jako, że przez dobre dwa miesiące nie było ponoć żadnej burzy – trudno było te grzmoty traktować poważnie. W końcu zaczęło kropić. Zamknąłem okna i siadłem przed telewizorem, by obejrzeć jakiś program informacyjny. Ale zanim włączyłem telewizor, w parku złamała się słusznej wielkości robinia, a na bramę spadły dwie wielkie gałęzie z lip rosnących po jej obu stronach. Do tego wyłączono prąd. No i wiatr otworzył okno na piętrze. W bibliotece, to ja zapomniałem, że jest otwarte. Od strony parku deszcz zaczął lać równolegle do ziemi, wpadał do domu przez nieszczelne okna, drzwi balkonowe. Wody było tyle, że w salonie na parterze zaczęła się lać z sufitu. Wszystko trwało może kwadrans. Później się uspokoiło. Gałęzie koło bramy uszkodziły światłowód z Internetem i zerwały przewód telefoniczny. Przed domem leśniczego zrobiła się gigantyczna kałuża, na dnie której była studzienka, którą wspaniałomyślnie pozwoliliśmy Gminie z dziesięć lat temu przyłączyć do naszej kanalizacji burzowej pod warunkiem, że Gmina będzie tę studzienkę i kanalizację co jakiś czas czyścić. Gmina tego nie robi. (Przypominam, że na jesieni będą lokalne wybory).
Kolega Wojciech wziął piłę i zaczął ciąć gałęzie, które zablokowały wyjazd. Ciął aż łańcuch się stępił. Wtedy przyszedł wezwany sąsiad Tomek i dokończył robotę. Przez chyba dwie godziny razem z sąsiadami usuwaliśmy szkody. Bez ich pomocy byśmy sobie nie poradzili.
Z dotkliwych strat, poza odciętym Internetem i złamaną robinią – ucierpiał piękny, rosnący naprzeciw wejścia do domu grab. I wyrwało z korzeniami renklodę.
Deszcz zmył sąsiadowi Tomkowi sporą część od tygodnia przygotowywanego trawnika. I to jest zła informacja. Nasz trawnik ochroniły drzewa a przynajmniej taką mam nadzieję.

Wieczorem razem z sąsiadami oglądaliśmy czerwony księżyc. Nie udało mi się zrobić ni jednego nieporuszonego zdjęcia. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza