sobota, 4 lipca 2015

3 lipca 2015



1. Zakwitł pierwszy ze słoneczników Bożeny.

Jeszcze w wannie przeczytałem tweeta, w którym Jarosław Makowski, którego powoli zaczynam wspominać z rozrzewnieniem, bo jego następcy to już jakaś aberracja [nie do końca pamiętam, co to słowo znaczy, ale mi tu jakoś pasuje], poleca tekst z Wyborczej, w którym dziennikarz załamuje ręce nad polityką międzynarodową #PAD.

Ambasadorowie Niemiec i Francji, czyli nasi najważniejsi partnerzy, od tygodni dobijali się o spotkanie z Krzysztofem Szczerskim, desygnowanym na odpowiedzialnego za sprawy międzynarodowe ministrem w Kancelarii Prezydenta.

Od tygodni. Dobijali się. Nie brzmi to dobrze. Brzmi źle. Chyba, że człowiek ma świadomość, że to zdanie jest – bezdyskusyjnie – nieprawdziwe. [Przyszłotygodniowe spotkanie umówione zostało już dawno, w pierwszym dogodnym dla panów Ambasadorów terminie].

Tekst ten stawiałby panów Ambasadorów w niezbyt zręcznej sytuacji. Gdyby nie to, że jest niemożliwe, iż to oni są źródłem tej informacji.
Że to raczej wygląda na typowy przykład naszej lokalnej przedwyborczej nawalanki.
Zły PiS rękami swojego pozbawionego jakichkolwiek międzynarodowych doświadczeń Prezydenta, zniszczy wspaniałą pozycję Polski na świecie.
Szkoda tylko, że w tę nawalankę zaocznie wciągani są przedstawiciele innych państw. „Naszych najważniejszych partnerów”.

Jakoś tak wyszło, że „Gazeta Wyborcza” stała się ostatnio kuźnią kadr dla polskiej dyplomacji. I nie jest to dobra informacja.

Lekkomyślna polityka zagraniczna. To tytuł tego tekstu.


2. Wyszedłem z wanny, wsiadłem do SVX-a i pojechałem na Grochów. Odzwyczaiłem się od samochodów bez klimatyzacji. Na Grochowie zaparkowałem obok śmigłowcowego lądowiska i – jak to piszą w raportach policjanci – udałem się na spotkanie Generałem-Profesorem-Dyrektorem. Wiem już, że tytułów używa się wymiennie zależnie od środowiska, z jakiego zwracający się pochodzi. W Krakowie tak prosto by nie było.
Było miło. Nic tak dobrze nie robi grafomanowi jak słuchanie o swoich tekstach. Zwłaszcza starszych

Po południu pojechałem do Porsche, żeby odebrać Carrerę dla red. Pertyńskiego, który sam odebrać jej nie mógł, bo był chyba we Francji. Albo w Bawarii. Albo nie wiem gdzie.
Carrera 4 GTS. Czerwona. Musiałem czekać z pół godziny, gdyż była myta po zmianie kół. Cała w poharatanym lakierze, gdyż ktoś ją okleił i jak odklejano, to częściowo z powłoką.
Nie jeździłem porsche parę lat. No i przypomniało mi się, że na Carrerę jestem już za stary. I to na tyle, że długo nie docierało do mnie dlaczego tylu ludzi się za tym autem ogląda. Nie, że nie jest ładne, ale na te czasy zupełnie bez sensu. Bo się tylko chwilę wystarczy zagapić, a już się balansuje na granicy utraty prawa jazdy. Wystarczą sekundy. Cztery sekundy.
Jadąc w korku przypomniało mi się, jak jednego kolegą wiozłem audi R8 na lotnisko. Nie będę teraz tej historii przypominał, ale może jeszcze kiedyś będzie okazja.
Reasumując chwile z Carrerą nie dały mi takiej radości, na jaką liczyłem. I to jest zła informacja, bo nie wiem kiedy będę miał na taką przyjemność okazję.

3. Pojechaliśmy do ambasadora Mulla na drugolipcową imprezę z okazji 4. lipca. Tłumy były nieprzebrane. Do tego skład przedziwny. Pan Ambasador przemawiał pięknie. Premier Siemioniak – niż oratorsko jednak lepiej sobie radzi na Twitterze. Był tradycyjny tort. Był też minister Kamiński, który najpierw błąkał się pod dużym namiotem nie wzbudzając specjalnego zainteresowania. Nie wyglądał najlepiej. To musiał być upał, bo raczej nie alkohol. Szklankę z piwem nosił raczej by zająć czymś ręce. Później przeniósł się do miejsca koło śmietników, gdzie wolno palić i zazwyczaj grupują się dziennikarze. Tam przyczepił się chyba do redaktor Wielowieyskiej. I później nie odstępował jej ani na krok.
Mogę jakoś zrozumieć zachowanie ministra Kamińskiego. Gdybym wymyślił tak ryzykowny spin jak druga Grecja, też bym się czuł nieswojo. Nie trzeba być specjalnym orłem, żeby zacząć się zastanawiać, czy grecki problem wziął się na pewno z powodu realizacji jakichś wyborczych obietnic, czy raczej przedwczesnego przystąpienia do strefy Euro.
A kto ma problem z komunikowaniem swojego stosunku do wchodzenia do strefy? Raczej nie pani Szydło.

Kogóż jeszcze widziałem? Prezydent Biedroń wyglądał na niesionego sukcesem. Pani Ogórek nieco przyszarzała, ale nie będę tego wiązał ze światłością red. Węglarczyka, z którym przyszła.
Było sporo znanych z twarzy lecz zapomnianych z nazwiska starych polityków SLD. I stoisko Googla, który zrobił oculusa z tektury. Znaczy z tektury zrobił coś, w co się wkłada smartfona. Fajna rzecz, żeby nie to, że nic przez moją wadę wzroku nie widziałem.

Było przyjemnie, choć krótko – ciężko było porozmawiać ze wszystkimi, z którymi się porozmawiać chciało. Na koniec udało się zamienić dwa słowa z panem Ambasadorem. No i się okazało, że jeszcze będzie okazja do tego, żeby się spotkać. I to jest dobra informacja, bo spotkania z panem Ambasadorem poprawiają mi nastrój.

Kiedy wracaliśmy do auta Bożenie złamała się laska. I to jest zła wiadomość, bo to była laska na specjalne okazje, a takich będzie niedługo kilka.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza