czwartek, 7 maja 2020

6 maja 2020



1. Powinienem postawić barszcz. Nie zrobiłem tego i to jest zła informacja.

2. W ramach wspierania odmrażania gospodarki pojechaliśmy pod Gorzów, gdzie w stodole należącej kiedyś do książąt von Anhalt mieści się magazyn pana handlującego sprowadzanymi z Danii (chyba) meblami. Stodoła piękna, meble porządne, ceny negocjowalne. Bożena kupiła mi prezent urodzinowy. Nie powiem co, bo to niespodzianka. Przyjedzie razem zresztą zakupów pewnie z tydzień po urodzinach, bo zegarmistrz musi go uruchomić i wyregulować.
Za ścianą pokoju krakowskiego mieszkania mojej babci był zegar. Bijący. Kiedy pradziadek rozbudowywał dom, który przyjął w posagu, dogadał się z sąsiadem i oparł się o jego ścianę. Dlatego słychać było zegar z sąsiedniej kamienicy. No i człowiek zawsze czuł, która jest godzina. Bardziej czuł, niż wiedział. Podobnie mieli ci wszyscy, którzy mieszkali w zasięgu strażaka z wierzy kościoła Mariackiego. Swoją drogą ponoć wciąż żyją ludzie przekonani, że strażak trąbi tylko w południe. Legenda krakowska miejska głosi, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku pewien przewodnik zbierał pieniądze od wycieczek, by przekupić strażaka, żeby zatrąbił nie tylko w południe. Zarabiał na tym spore pieniądze ale w końcu wpadł.
Byłem w kiedyś na wieży i widziałem mikrofon philipsa, który zamontowano tam, kiedy Polskie Radio zaczęło transmitować hejnał. Dziewięćdziesiąt trzy lata temu. Złą informacją jest, że właściwie nie jestem pewien, czy radio dalej transmituje hejnał.

Spod Gorzowa wracaliśmy na około. Znaczy przez Lubniewice. Bardzo ładne miasto. Z wielkim drzewem i kamieniem upamiętniającym osadników wojskowych. Nie widzieliśmy pałacu, który zagrał w filmie o Wisłockiej. Jest w remoncie. Kupiony ponoć przez Kulczykównę.

3. Wracając wyciągnąłem z paczkomatu dobry zestaw filtrów powietrza do kosiarki i kawałek plastiku osłaniający halogen w audi. Cóż, pobyt obok Lidla zaowocował młotowiertarką i lutownicą. I, choć na obie mam rozsądnie brzmiące uzasadnienia – to jest zła informacja.

Serwisujący (do czasu) Suburbana mechanik samochodowy, który się zarzekał iż był wiceministrem w MON w rządzie Jana Olszewskiego (minister Parys jakoś sobie go nie przypominał) zaraził mnie ceramizerem. Czarodziejską chemią, która niweluje skutki zużycia powierzchni metalowych. Od dziesięciu lat wierzę, że działa. Wierzę, gdyż nie za bardzo mam narzędzia by to sprawdzić. Zwykle kupowałem ceramizer do silnika, tym razem zamówiłem również ten do układów hydraulicznych – wspomagania kierownicy. Proces aplikacji wymagał siedzenia w samochodzie i kręcenia kierownicą w prawo i lewo. Przez dobre 20 minut. Siedziałem i kręciłem patrząc jak dumnie powiewająca polska flaga odbija się podniesionej klapie silnika.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza