wtorek, 20 kwietnia 2021

20 kwietnia 2021

1. Kocio-Budzik włączył się po piątej. Wstałem. Wypuściłem go i wróciłem do łóżka. Skończyło się to tym, że nie wysłuchałem pani od Gowina u Piaseckiego. Nie wysłuchałem, ale mogę sobie dość łatwo wyobrazić, co mówiła. Zresztą chyba każdy mógł sobie to wyobrazić. Ministra Kraski też nie słuchałem. Zacząłem słuchać Sawickiego u Mazurka. Ale zaczęły do mnie dzwonić telefony. Dzwoniły i dzwoniły. I tyle było ze słuchania. 

2. Umówiłem się z Darkiem, szwagrem sąsiada Gienka, że pomoże mi uporządkować resztki po rozwalonym w czerwcu przez konar urwany wichurą płocie. Przyszedł. Zaczęliśmy się za robotę zabierać, ale telefony wciąż dzwoniły. W końcu przestały. Płot ze środkowego Gierka. Beton. Zbrojony. Nie jestem mistrzem kątowej szlifierki. Tnąc zbrojenia udało mi zminimalizować średnicę tarczy. Ważne, że obyło się bez ofiar. 
Udało nam się też usunąć zwalony słup po latarni. Zajęło nam to wszystko z godzinę. Właściwie mogłem to już zrobić z tysiąc razy. Cóż, Darek często dzieli się mądrością: jeżeli masz coś zrobić dziś, zrób to pojutrze – będziesz miał dwa dni wolne. 
Dziura w płocie jest obok bramy. Bożena chciała, żeby ją czymś przysłonić. Pojechaliśmy do miasta. W Lidlu nie było śladu po tygodniu czeskim, który tak zachwalał dyrektor Zydel. W Tesco nie udało się zrobić zapasów chleba – był tylko jeden bochenek. I żaden więcej się nie pojawił. Na koniec w Mrówce oglądaliśmy drewniane panele, którymi by można było dziurę przysłonić. Były drogie, zrobione z byle czego za to w niepasujących nam rozmiarach. Jak byliśmy w Mrówce parę razy zagrzmiało. I zaczęło padać. Wracając skręciliśmy do Sebana – składu budowlanego. Tam pan poradził, by kupić deski. Sześć pięciometrowych, które „chłopaki przetną”. Chłopaki stały w hali. Poprosiłem, by przycięli. Powiedzieli, że teraz nie. Bo leje. Trudno się było nie zgodzić. Lało. Lało i przestać nie chciało. Już się chciałem poddać. Ale w końcu lanie przeszło w padanie. I jeden z chłopaków poszedł po piłę. Kiedy zaczął rżnąć znowu zaczęło lać. Zerżnął co miał zerżnąć. Łało. Zapakowałem deski do lawiny – trzeba było jechać z otwartą klapą. Ale tak tę klapę zaprojektowano, żeby się to dało robić. 
Na drodze przed Rokitnicą zobaczyliśmy sarnę. Pierwszą od dłuższego czasu. Parę lat wcześniej, właściwie przy każdej jeździe jakieś zwierzę się widziało. Ale wypuszczono wilki. No i las opustoszał. Jak już opustoszał, to przeniosły się dalej. No i jest szansa, że się jakieś zwierzęta znowu pojawią. 
Płot będę robił jutro. Muszę jeszcze wymyślić jak połączę deski z betonem. 

3. No i zostałem bohaterem mediów. Błędów w nazwisku nie było. Nawet ładne zdjęcia dobierano. Zostałem w TVN24 mianowany „ówczesnym doradcą prezydenta”. Właściwie niezły tytuł na wizytówkę. 
O całej sprawie dowiedziałem się w czwartek. Z mejla z „Gazety Wyborczej”. Mejla z prośbą o komentarz. Był tam stenogram rozmów kapitan z wieżą. W stenogramie było zdanie, które można było interpretować jako dowód nacisków na załogę. Latałem tym samolotem kilkadziesiąt razy. Drzwi do kabiny pilotów zawsze były zamknięte. Sytuacje były różne. Trzeba było szybko wracać do Warszawy, bo coś tam. Ale nigdy nikt nie wpadł na pomysł, żeby w jakikolwiek sposób naciskać na załogę. 
Zacząłem obdzwaniać pasażerów. Nie wiedzieli o co chodzi. Nikt nie zauważył jakiegokolwiek opóźnienia. 
Stewardesa powiedziała, że czekamy na Follow Me. I chwilę później wystartowaliśmy – usłyszałem. 
Po „Wyborczej” odezwał się TVN24. Z takimi samymi pytaniami. Znaczy sprawa nie była efektem śledztwa dziennikarskiego, tylko ktoś rozsyłał materiał po redakcjach. 
W związku z tym, że nie udało mi się w Kancelarii znaleźć nikogo, kto wiedział o co chodzi zadzwoniłem do źródła – do LOT-u. No i tak trafiłem na słynną grupę. Skonsultowałem z LOT-em treść mojego oświadczenia. Nie znam się na lotnictwie. Nie chciałem, żeby jakieś źle użyte przeze mnie słowo było pożywką dla komentarzy. 
Następnego dnia rano kilkoro dziennikarzy zasygnalizowało mi, że politycy Platformy próbują im podtykać temat, opowiadając, że to drugi Smoleńsk, że Prezydent naciskał na załogę. To był ostatni dzień kampanii. Więc dla niektórych wszystkie chwyty są dozwolone. Nie udało się chyba nikogo w ten sposób do tematu przekonać, więc zrobili kontrolę poselską na lotnisku w Babimoście. Tym już telewizje musiały się zająć. 
Pojechałem rano na spotkanie do LOT-u, żeby potwierdzić wersje, którą usłyszałem od pasażerów. No i usłyszałem, że załoga się zarzeka, że nie było na nią jakichkolwiek prób nacisku. I to przekazywałem dziennikarzom. A w sprawie ewentualnego złamania procedur odsyłałem ich do LOT-u. Jedyne co w tej sprawie mogłem mieć w imieniu Kancelarii do powiedzenia – to, że liczy na to, iż sprawa zostanie wyjaśniona przez odpowiednie służby.

Co mogę powiedzieć o rozmowach na grupie? Istnieje coś takiego jak kontekst sytuacyjny. Pozbawione tego kontekstu słowa mogą brzmieć źle. Może się mylę, ale gdybym brał udział w jakimś matactwie, to bym zauważył. Innymi słowy: nie zgadzam się z interpretacją przedstawioną w tekście WP. 

Po dziewięciu miesiącach sprawa wróciła. Znowu z nagłówkami o naciskach. A tak naprawdę nie pojawiły się w tej sprawie żadne nowe materiały. Opowieść o naciskach jest na podstawie znanego od początku stenogramu. I nikt z dziennikarzy nie próbuje dotrzeć ani do pasażerów, ani do załogi. I znowu ci sami ludzie porównują tę sprawę do Smoleńska. A ja mam uczulenie na wykorzystywanie w polityce tragedii smoleńskiej.


I znowu się muszę zajmować obroną Kancelarii przed pomówieniami. A nie jest to już moja robota. Ja mam poważne rzeczy na głowie. Muszę płot naprawić, za wertykulowanie trawnika zabrać. Nie mówiąc już o wymianie oświetlenia tablicy rejestracyjnej w Lagunie. 








 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza