sobota, 24 kwietnia 2021

24 kwietnia 2021


1. Śniło mi się, że chciałem wziąć udział w konkursie na kierowcę śmieciarki. Gminnej śmieciarki. Urząd Gminy był w budynku przedwojennego hotelu, a nie – jak w rzeczywistości – peerelowskim potworku. Poszedłem się przywitać z wójtem. Przygotowywał w gabinecie pijacką imprezę, więc się wycofałem. Wójt miał sekretarkę. Starszą panią, która narzekała na komputery. Gmina właśnie przechodziła na maki. Używane. Na podwórku  
stało kilka G5 i kineskopowe monitory. Te z ostatniej wersji. Z tym, że trzydziestocalowe. Coś tam się jeszcze działo. Nie pamiętam. Najgorsze, że nie wiem czy dostałem tę pracę kierowcy śmieciarki. 

2. Rano rozbawił mnie tekst Agatona Kozińskiego na WP. Pisał, że pierwsze spotkanie Andrzeja Dudy z Joe Bidenem nie przyniosło przełomu. 
Sam szczyt jak szczyt – bardziej przestrzeń do rozmowy, przedstawienia własnych poglądów niż miejsce do wspólnych ustaleń. Konkretów niewiele, za to nowy amerykański prezydent miał okazję sprawdzić, jak funkcjonuje się w międzynarodowym otoczeniu na najwyższym szczeblu.
Co mnie rozbawiło? Otóż szczyt był wirtualny. Uczestnicy siedzieli przez chwilę przed ekranami w swoich gabinetach. 

Redaktor Koziński napisał też, że „Praga była najbardziej prorosyjskim barakiem w obozie dawnych krajów socjalizmu ludowego. (…) Gdy komuniści przejmowali władzę w Europie Środkowej po 1945 r., w Pradze i Bratysławie poszło im najłatwiej – i do 1989 r. tam była ona najbardziej trwała i stabilna.” 
Zwłaszcza w 1968 roku. 

3. Pan przywiózł tonę brykietów. W workach. Po dwadzieścia kilo. Wrzucał do piwnicy, przez wymyśloną przez Bożenę pochylnię, dzięki której worki nie pękały jak poprzednio. Brykiet pod wpływem wilgoci się rozlatuje. Szczelność worków ma znaczenie. Przerzuciłem pięćdziesiąt worków. Teraz czeka mnie przewiezienie ich do piwnicy z bojlerem.

Przez jakieś trzy godziny tuningowałem instalację elektryczną w piwnicy do której dochodzi światłowód. Obyło się bez ofiar. Dorobiłem gniazdko. Podwójne. Dwie puszki. Zlikwidowałem pajęczynę przewodów. Mało jest rzeczy, które mnie tak wyprowadzają z równowagi jak coś, co się nazywa „Trzymak kablowy płaski wbijany gwóźdź”. Jak nie walnę sobie młotkiem w palec, to nie da się wbić gwoździa, a nawet jak się da, to po chwili odpada z kawałkiem tynku. Elektrycy muszą mieć na to jakiś patent. Ze złych informacji – czeka zrobienie całej instalacji w piwnicy. To co jest, to pozostałości po aluminiowej z połowy lat siedemdziesiątych sztukowanej byle czym, by gdzieś świeciła żarówka, bądź coś się udało zasilić. Muszę znaleźć jakiś sposób na mocowanie kabli.

Uruchomiłem kosiarkę. Nie była specjalnie chętna do pracy. Z czasem się przekonała. Pożyczyłem od sąsiada Tomka jego konstrukcji walec z ostrzami do napowietrzania trawy. Ciężki. Dziś skosiłem, jutro będę napowietrzał. Mam nadzieje, że to ma jakiś sens, bo operowanie tym walcem łatwe nie jest. 




 

1 komentarz: