niedziela, 18 stycznia 2026

18 stycznia 2025



1. Pojawiła się sugestia, jakobym nic nie wiedział o Podkarpaciu. Jest ona nieuprawniona. Wiem na przykład, że synem podkarpackiej ziemi jest Paweł Kowal. Mamy też na lodówce w Warszawie magnes z napisem „I Rzeszów”, który jest dowodem, że w Rzeszowie byłem. A byłem nawet kilka razy. W Rzeszowie, z naciskiem na Jasionkę.
Pojawiły się też głosy, że druga seria „Landmana” nie jest arcydziełem. Nie zgadzam się z nimi całym sobą. Może łatwiej jest docenić „Landmana”, gdy spędziło się parę dni w Teksasie. I widziało się ten kawałek Luizjany, gdzie kopią gaz.
Milionerzy z Teksasu nie mają zazwyczaj zbyt długiego doświadczenia w byciu milionerami, zachowują się więc często w sposób, który nie pasuje do naszych wyobrażeń tego, jak się powinni milionerzy zachowywać. Być może dlatego są niestety tacy widzowie, których „Landman” nie przekonuje.

2. Fotowoltaika wyprodukowała dziś więcej prądu, niż przez wszystkie dni od początku miesiąca. Nic dziwnego, skoro panele zasypał śnieg, a potem, kiedy śnieg stopniał, nie było słońca. Mieliśmy z sąsiadem Tomkiem sprawdzić, czy da się panele odśnieżać dronem. Niestety nie wyszło.

Spacerowaliśmy przez pola. Kałuże, na których samochód połamał lód, w ciągu kilkunastu minut pokrywały się znowu cieniutką warstwą lodu, choć nie było jakoś specjalnie zimno.
Od tygodnia używam nowoczesnej wersji gumofilców. Jestem zachwycony, gdyż nie przemakają i jest w nich ciepło. Są za to podobnie brzydkie jak oryginał. Z tym że oryginał wszedł już do klasyki.

3. Obejrzeliśmy kolejne odcinki „The Night Manager”. W pierwszej serii zachowano ślady smaku Johna Le Carré. Druga seria jest ich pozbawiona. A wieczorem „Agatha Christie's Seven Dials”. Choć w tym drugim przypadku trudno mówić o tym, że obejrzałem, gdyż mam wrażenie, że większość przespałem. I drugie wrażenie, że niewiele w związku z tym straciłem.
Ostatnio się kładę spać koło trzeciej, więc nie śpię zbyt długo.
Złą informacją jest, że jutro powinienem być koło ósmej u mechanika. Życie jest takie skomplikowane.






 

17 stycznia 2026



1. Postanowiłem pojechać z pieskiem w zupełnie inne niż zwykle miejsce. Skręciłem z asfaltu w las, żeby nie porzucać pojazdu na drodze. Akurat składowano tam drzewo po wycince, więc maszyny pokiereszowały drogę. Postanowiłem przed zaparkowaniem zawrócić. Zawracając wpadłem w koleiny w tak bardzo, że się nie mogłem wykopać. Nie mogąc się wykopać, zakopałem się jeszcze bardziej. Tak że nie mogłem już założyć łańcuchów.
Wezwałem pomoc sąsiedzką. Sąsiada Tomka Białorus nie był na tyle sprawny, by wyjechać na publiczną drogę. Sąsiad Tomek zadzwonił do sąsiada Kuby, który ma ciągnik. Wiem, że jest nowy i niebieski. W międzyczasie przyjechała Bożena ze szpadlem. Szpadlem udało się koleiny naruszyć na tyle, że się wykopałem. Nie mogłem odwołać sąsiada Kuby, bo nie odbierał. Przyjechał więc na miejsce, by mi pogratulować sukcesu.
Wniosek z tego jest taki, że dobrzy ludzie zwiększają margines bezpieczeństwa, jest więc jakaś szansa, by się wykaraskać, kiedy się robi głupoty. No i drugi wniosek: należy wozić szpadel.

Najwięcej na wszystkim stracił piesek. Zamiast spacerować za dnia po lesie, spacerował po ciemku po polach. Po ciemku, bo oświetlenie masztu, tego, co go postawili, by mierzył prędkość wiatru, nie działało. Maszt ma sto metrów wysokości. Oświetlenie włącza się, kiedy chce. Czyli grubo po zmroku. I co? I nic.

2. Wykopując auto, a później podróżując z pieskiem, słuchałem oceny debaty w „Zero”. Nie było to porywające. Po pierwsze: coś nie tak było ze sposobem naliczania punktów. Po drugie: męczący się staje chów wsobny Kanału. Wolałbym być zaskoczony składem oceniających ekspertów. Po trzecie: jeżeli ważne pytanie o obowiązkowy pobór zadaje generał Andrzejczak i na to pytanie większość uczestników debaty bredzi duby smalone, rozsądnie by było, żeby generał Andrzejczak się do tych odpowiedzi odniósł, bo skąd biedni ludzie mają wiedzieć, że to są duby smalone, skoro nikt im nie wyjaśni, dlaczego przywrócenie poboru jest koniecznością, bo koniecznością jest.

Skoro chcemy, żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej, powinniśmy wymagać od polityków, by mówili rzeczy, które nie muszą się podobać nieogarniętym wyborcom.

3. Obejrzeliśmy „The Night Manager”. Pierwsza seria jak cię mogę. Druga (po pierwszym odcinku) przekombinowana. Willa na Majorce – bardzo ładny fort – grała już w jakimś filmie.

W przyszłym tygodniu chyba skończy się „Landman”. Ciężko będzie żyć, bo to chyba najlepsze, co ostatnio oglądamy. Przeczytałbym wywiad z Taylorem Sheridanem. Mam wrażenie, że ma ci on jakąś cegiełkę w zwycięstwie Trumpa.



 

sobota, 17 stycznia 2026

16 stycznia 2026



1. Wracając do historii o anomalii pogodowej wokół Skierniewic: można by wysnuć teorię, że Niemcy w związku z nią premierę zastosowania bojowego gazu wystawili właśnie w tej okolicy.

Obejrzeliśmy z pieskiem piąty z okolicznych Panzerwerków. Numer 625. Usadowiony nad skrzyżowaniem drogi Skąpe–Międzylesie, z tą prowadzącą do nas. Panzerwerk z pięknie zachowanym garażem dla działa ppanc. W 1936 roku nasi kawalerzyści, gdyby go zaatakowali, mieliby się z pyszna.
Człowiek ogląda te bunkry, przeciwczołgowe kanały, rolkowe mosty i myśli o tym, jakiegoż pietra musieli ci Niemcy mieć na myśl o polskim ataku, skoro tyle pieniędzy wydali na fortyfikowanie granicy z Rzeczpospolitą. Wydawali te bimbaliony reichsmarek nim na dobre nie wyszli jeszcze z kryzysu. W 1935 chyba roku, Hitler ogłosił, że będzie te fortyfikacje budował do pięćdziesiątego któregoś roku. Jeżeli planowali atak na Polskę, wydawanie tych pieniędzy zamiast inwestycji w czołgi, czy samoloty nie miało raczej sensu. Czy więc to znaczy, że tego nie planowali? Dlaczego więc zmienili decyzję?
Łażę po tych bunkrach i czuję się jak podmiot liryczny utworu „Stonehenge” zespołu Ylvis. Z tą różnicą, że nie mam hondy Civic. I nie chodzi o ułożone wkoło jebitne kamienie, tylko linię betonowych bunkrów.

2. „Trzej Panowie K.” Mój ulubiony pan Kożuszek opowiedział dwie rzeczy interesujące w kontekście Grenlandii. Po pierwsze, że nie jest powiedziane, iż Grenlandia nie postanowi się wybić na niepodległość. Jest to bądź co bądź ostatnia europejska kolonia w Ameryce Północnej. A kiedy się Grenlandia wybije na tę niepodległość, to nie jest powiedziane, że nie postanowi bliżej się zaprzyjaźnić z Chińczykami. Parę lat temu była taka sytuacja, że Chińczycy chcieli Grenlandczykom zbudować lotnisko i Grenlandczykom bardzo się ten pomysł podobał. Zablokował to rząd w Kopenhadze. I to się Grenlandczykom nie podobało.
I że być może awantura rozpętana przez Trumpa służy uzmysłowieniu Grenlandczykom, że nawet gdyby się na tę niepodległość wybili, to Amerykanie się nie pozwolą im przyjaźnić z Chińczykami.
I koncepcja druga, awantura Trumpa ma zmotywować Europejczyków do większego zaangażowania w obronę Grenlandii, która to Grenlandia ma dla bezpieczeństwa NATO duże znaczenie. Dwie pierwsze literki w skrócie nazwy sojuszu do czegoś zobowiązują.
Swoją drogą, wciąż nie mogę uwierzyć, że po dekadzie obcowania z Trumpem wciąż przeważa zwyczaj traktowania dosłownie wszystkiego, co mówi. Głupie to jest jak kilo gwoździ. Doświadczenie mówi, że ważniejsze jest to, co robi, a to zazwyczaj z tym, co mówi nie ma zbyt wiele wspólnego.
Wenezuela sprzedała właśnie ponoć pierwszy tankowiec nieobłożonej sankcjami ropy. Ma to zdecydowanie większy wpływ na sytuację Rosjan niż tekst, że wojna trwa przez Zełenskiego.

3. Rozmawiałem z moim amerykańskim kolegą, który był ostatnio w Minneapolis. Uważa, że z jednej strony ta nieszczęsna kobieta nie powinna zostać zastrzelona, z drugiej presja, jakiej poddani są federalni funkcjonariusze, jest nie do wytrzymania. Że są otoczeni przez bojówki, których członkowie z zegarkiem w ręku, co kilka minut urządzają jakieś prowokacje.
Powiedział też, że w Stanach każde dziecko wie, że należy słuchać poleceń funkcjonariuszy, bo jeżeli się tego nie robi, to się może fatalnie (w amerykańskim znaczeniu tego słowa) skończyć.

W 2019 roku nowojorski policjant, nie pamiętam, czy z Dębicy, czy z Nowej Dęby, tłumaczył, że demokratyczny pomysł na osłabianie policji będzie miał fatalne skutki. Opowieść była rasistowska, ale nie wymagajmy zbyt dużo od dzielącego się swoim doświadczeniem człowieka z Podkarpacia.
W starych czasach młodzi Afroamerykanie, na widok patrolu wyciągali ręce z kieszeni i stali potulnie. Teraz, gdy władze miejskie wyżej niż bezpieczeństwo stawiają równouprawnienie, nie stoją potulnie. A dla policjanta grupka czarnoskórej młodzieży w dresach to zagrożenie. Trzymają ręce w kieszeniach, a on nie wie, czy w tych rękach mają paczki papierosów, noże czy pistolety.
Czujący zagrożenie policjant, na widok agresywnie wobec niego się zachowującej grupki młodzieży może spanikować. I skończy się to tragedią. Policjanci muszą się na co dzień czuć bezpiecznie, bo jak nie, to się może źle skończyć. No i parę miesięcy później był Floyd. Nie w Nowym Jorku, ale w Minneapolis.
Swoją drogą, jak zauważył powracający z Minneapolis kolega, gdyby tamta kobieta była czarnoskóra, miasto by spłonęło. Nie była.


 

piątek, 16 stycznia 2026

15 stycznia 2025


1. Odwilż trwa dalej. Z ubitego śniegu przed domem zrobiło się złej jakości lodowisko.
Jest generalnie brzydko. Pożytek jest taki, że śnieg spłynął z paneli i wreszcie, po ponad dwóch tygodniach, zaczęły robić prąd. W ilościach co prawda w homeopatycznych, ale lepsze to niż nic.

Pojechałem do stolarza po wieszak. W połowie drogi się okazało, że pojechał na obiad. Pojechałem więc z pieskiem na spacer zupełnie gdzie indziej. W okolicach Boryszyna łaziliśmy po śladach infrastruktury służącej budowie baterii pancernej nr 5. Nadmiar śladów zwierzyny leśnej doprowadził pieska do nadmiernej ekscytacji. Wlókł mnie więc przez nasypy i wykopy z wyjątkowym zaangażowaniem.

Jechaliśmy później zalodzonym brukiem przez las z Lubrzy do Rusinowa. Droga gminna. Stoją znaki, drogowskazy. W pewnym momencie znikła z nawigacji. Ważne, że po paru kilometrach pojawiła się znowu.

Stolarz dał się namówić na malowanie okien, choć wcześniej mówił, że nie znosi malować, a zwłaszcza okien.

2. Bożena wracała z Warszawy. Na wysokości Łowicza audi się zagotowało. Zjechała z autostrady. Najpierw ratowali ją jacyś TiR-owcy. Później wydzwoniłem jakiegoś lokalnego mechanika, który przyjął ją po godzinach. Rozszczelniła się chłodnica. Nowa będzie jutro. Bożena śpi w Skierniewicach, do których zawiózł ją kolega Piotr, z którym pracowałem w „Malemenie”, a który teraz jest potentatem w produkcji odzieży chrześcijańskiej. Otworzył ostatnio sklep w Watykanie.
Przy tak dotkliwym pechu (chłodnica stosunkowo nowa, gdyż wymieniałem ją parę lat temu), liczba pomocnych ludzi przywraca wiarę.
Kolega Piotr opowiedział dlaczego Skierniewice stały się stolicą polskiego sadownictwa. Otóż wzięło się to z anomalii pogodowej polegającej na tym, że Skierniewice i ich okolice omijane są przez burze i wichury.
Opowiedział też inną historię: jak jego kolega z podstawówki skasował badania nad pomidorem jego ojca, żeby zrobić miejsce na „Wolfensteina”. Odzyskanie badań trwało rok, efektem ich jest jakaś odmiana pomidora, którą się je na całym świecie.

3. Jarek Papis, porządny polski Żyd, napisał, że Paweł Łysak, dyrektor łódzkiego teatru im. Jaracza, ogłosił, że teatr nie będzie brał udziału w corocznych obchodach łódzkich dni pamięci ofiar holokaustu, bo Izrael morduje Palestyńczyków. Jest w tym jakaś logika. Gdyby łódzcy żydzi nie dali się zamordować Niemcom, tylko wyemigrowali masowo do Palestyny, dzisiejszy Izrael pewnie by wyglądał inaczej, ergo to przez nich giną mieszkańcy strefy Gazy.
Niesamowity jest ten sojusz – excusez le mot – pierdolniętych. Z jednej strony Kamraci, Braun czy koledzy z „Od Rzeczy”, z drugiej młoda lewica, z trzeciej wyzwoleni artyści, jak rzeczony Łysak. I o ile tych pierwszych dotyka codzienne potępienie – jak można być antysemitą w trzeciej dekadzie XXI wieku? – to takiego Łysaka publiczność szanuje za wrażliwość i odwagę.
To nie jest kraj dla starych ludzi.

Odwinąłem sobie debatę Zero. Strata czasu. I nie jest to wina Kanału Zero, tylko poziomu naszych politycznych elit. Zobaczymy jak Stanowski z tego wybrnie.


 

czwartek, 15 stycznia 2026

14 stycznia 2026


1. Przyszła odwilż. I to nie jest dobra informacja, bo jest mokro i brzydko. Do tego, w związku z tym, że wciąż nie odetkałem odpływów z szyberdachu, mam w aucie mokro. Niby kupiłem chińską przetykaczkę do szyberdachowych odpływów, niestety sobie z zatorem nie dała rady. Za to świetnie sprawdziła się w audi.

Udało mi się w końcu załatać oponę. Powietrze schodziło z niej na tyle powoli, że potrzeba jej naprawy pojawiła się dopiero, gdy przestał działać kompresor. Właściciel zakładu wulkanizacyjnego wyraził wątpliwość co do komfortu zimowej jazdy na moich wielosezonowych oponach przeznaczonych na rynek australijski. Zgodził się, gdy powiedziałem, że do wszystkiego idzie przywyknąć.

Przez pogodę, wizytę u wulkanizatora, oraz niepotrzebne odwiedziny Lidla, spacerowaliśmy z pieskiem po nocy. Po nocy, po polach. Po kostki w pośniegowym błocie. Myślałem, że piesek będzie z tego powodu niezadowolony, bo w przeciwieństwie do mnie nie miał kaloszków, jadnak wlókł mnie przez te pola z normalnym dla siebie zaangażowaniem. Był też zdziwiony, gdy zasugerowałem powrót w stronę samochodu.

2. Pan Kożuszek w kolejnym odcinku „Burzy” użył Balonika Jedności Zachodu. Tym razem by zilustrować opowieść o Franku-Walterze Steinmeierze.

Z perspektywy kilkunastu godzin dociera do mnie, że pan Kożuszek może przeżywać kryzys. Zbyt dotyka go wszechogarniająca głupota. Boję się, że jeżeli Balonik Jedności Zachodu nie pomoże, w znaczeniu: do publiczności nie dotrze, że rzeczona jedność Zachodu została zredefiniowana do znaczenia: Niemcy robią co chcą, na przykład interesy z Rosją i nikt nie śmie mieć do nich o to pretensji, to coś w panu Kożuszku pęknie. I nie będę miał co oglądać do śniadania.

3. Oglądałem przez chwilę rozmowę Roberta Mazurka z Marianem Banasiem.
Jednym z bardziej przykrych doświadczeń, jakim zaowocowało oglądanie z bliska tzw. wielkiej polityki, było świadkowanie sytuacji, w których ludziom pełniącym najważniejsze państwowe funkcje z dużą prędkością odjeżdżał peron. Dawno temu, kiedy władców koronowano, można było wierzyć, a przynajmniej mieć nadzieję, że podczas sakramentu namaszczenia spływa na nich Duch Święty, który jakoś pilnuje, żeby władcy nie odbiło. Dziś, w demokracji, nic na władców nie spływa. I to jest zła informacja.





 

środa, 14 stycznia 2026

13 stycznia 2026


1. Muszę najwyraźniej zacytować dokładnie fragment o Niemcach z „Cmentarza w Pradze” Umberto Eco: „Wskutek nadmiernego spożycia piwa Niemcy są całkowicie niezdolni zdać sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się być Niemcami.
Pisząc, że najgorsze w Niemcach jest to, że nie wstydzą się tego, że są Niemcami – nieco tezę uprościłem.

W te poranki, kiedy jest – oglądam wczorajszy „Codziennie burza” pana Kożuszka. A może „Codziennie burzę”? Nie chcę mi się zastanawiać. W każdym razie, wczoraj pan Kożuszek, za pomocą balonu, pokazywał jedność Zachodu. Za Obamy balonik jedności Zachodu pęczniał, za pierwszego Trumpa powietrze piskliwie z niego uchodziło, później za Bidena pęczniał, teraz, za drugiego Trumpa, uchodzi.
Jak widać, trzeba to zobaczyć w oryginale, gdyż słowa, przynajmniej moje, nie są w stanie oddać wspaniałości tej prezentacji.

2. Odebrałem kosze. Zapłaciłem 200 zł. Lokalna firma od śmieci ma biurowiec zbudowany z kontenerów. I zadziwiająco wiele śmieciarek. Nie widać śmieci, więc muszą je wywozić gdzie indziej. Postanowiłem się nie interesować dokąd.
Dzięki nowym koszom opróżniłem odkurzacz. To w sumie niesamowite, ile kilogramów popiołu mogło się w nim zmieścić.
Drzwiczki od wyczystki trzymają się całkiem nieźle. Zastanawiam się, czy nie kupić jeszcze jednego worka z zaprawą i zalepić wszystko z naddatkiem.

Zwany Iksem Twitter podrzuca mi kolejne posty obywateli przeróżnych europejskich krajów, którzy zachwyceni są zawetowaniem przez prezydenta Nawrockiego ustawy wdrażającej DSA.

A bardziej nawet niż samym zawetowaniem, zachwyceni są tego zawetowania argumentacją. Rozwiązanie, w którym urzędnik podległy rządowi, miałby decydować o tym, co jest nielegalną treścią, przypomina system cenzury opisany przez George’a Orwella w „1984”.

3. Byliśmy z pieskiem w zupełnie innej części lasu. Okazało się, że od strzelnicy do Ciborza, który powstał jako Tiborlager jest rzut beretem. Znaczy, żołnierze mieli blisko. Ale blisko było nie na tyle, żeby dźwięk strzałów im przeszkadzał, gdy odpoczywali.
Został mi do obejrzenia jeszcze jeden okoliczny bunkier. Może odwiedzę go jutro.

Wieczorem próbowaliśmy z sąsiadami wynieść szafę na drugie piętro. Nieskutecznie. Bez wycięcia balustrady się nie obejdzie.


 

wtorek, 13 stycznia 2026

12 stycznia 2025


1. Nie musiałem jechać do Gminy. Zadzwoniła pani od śmieciarzy w sprawie dostawy pojemnika. Powiedziałem, że potrzebuję dwa i że sam po nie przyjadę. Okazało się, że będą tańsze, bo po 100 zł każdy. Kuszą źli ludzie.

Mam dwa sukcesy techniczne. Udało mi się zamontować wielozawór do zbiornika gazu i drzwiczki do wyczystki. Nie było to jakoś bardzo skomplikowane. Złą informacją jest, że będę musiał jutro posprzątać po wmurowaniu drzwiczek.

2. Dobry Rokita w Zero o DSA. Jedzie po niemiłosiernie panującej nam władzy, jak po łysej kobyle.
Z jedną uwagą – przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, organu stojącego na straży wolności słowa, ma największe konstytucyjne umocowanie do praktykowania cenzury.
Nie ma w Polsce zwyczaju pisania planów ewentualnościowych. Można odnieść wrażenie, że po pierwsze, nie wymyślono scenariusza na wypadek, gdyby Trzaskowski nie został prezydentem, po drugie, nie zmodyfikowano scenariusza na to, co będzie, gdy Trzaskowski zostanie prezydentem i wciąż się go próbuje realizować. Tak jak wciąż próbuje się realizować plan, który powstał na czas kampanii prezydenckiej. Plan walki z Karolem Nawrockim. Dalej słyszymy, że bandyta, faszysta, kibol, narkoman etc. Choć plan, jak pokazał wynik wyborów, był nieskuteczny.

3. Obejrzeliśmy z pieskiem kolejny bunkier, nazywany przez Niemców Panzerwerkiem. Ten miał numer 630 i nietypową pancerną kazamatę. Chronił ten obiekt jaz, który spiętrzał wodę w przeciwczołgowym kanale. Piesek przeciągnął mnie później przez jakieś krzaki i mokradła. Dobrze, że zamarznięte. Piesek chciał koniecznie, byśmy poszli do Łąk (tak miejscowi odmieniają nazwę Łąkie), może chciał zobaczyć zachowany średniowieczny układ z zabudowaniami wokół stawu na środku wsi. Choć to właściwie mało prawdopodobne.

Zamiast iść spać jak człowiek, oglądam na jakiejś rosyjskiej stronie (https://wwii.germandocsinrussia.org) poskanowane niemieckie dokumenty, które Armia Czerwona wywiozła z dowództwa Festungsfront Oder-Warthe-Bogen. Plany, rozkazy, mapy.
Bunkrologią fascynowałem się czterdzieści lat temu. Zostało mi po tym dużo niepotrzebnej wiedzy. Na tyle dużo, że mogę szydzić z zajmujących się fortyfikacjami youtuberów.









 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

11 stycznia 2026



1. Zaliczyłem dziś wielki motoryzacyjny sukces. Udało mi się doprowadzić do tego, że w A8 jest ciepło. I nie zrobiłem tego przez adaptację klimatronika czy inne komputerowe czary. Dolałem płynu do układu chłodzenia. Weszło tak ze trzy litry.
Gdybym to zrobił miesiąc temu, to bym parę razy nie zmarzł. Wolałem jednak założyć, że się zepsuło coś w sterowaniu.
Więc drogie dzieci, jeżeli w waszym samochodzie zimą jest zimno i nie przestaje być mimo iż silnik pracuje już drugą godzinę, sprawdźcie, czy jest odpowiednia ilość płynu chłodzącego. Bo ten płyn, wbrew nazwie, służy również do ogrzania nagrzewnicy, która z kolei nagrzewa powietrze tłoczone do środka samochodu przez wentylator nazywany, dość w sumie logicznie, dmuchawą.

2. Kiedy nalałem płyn chłodzący, został mi pusty po nim pojemnik. Postanowiłem więc pusty ten pojemnik wyrzucić do tzw. plastików. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że kosza na plastiki nie ma. Po zbadaniu śladów okazało się, że spłonął razem z tym na odpady zmieszane. Sprawdziłem. Pozostały dwa kosze istnieją. Być może dlatego, że stały w innym miejscu.
Muszę więc jutro pojechać do Gminy i przyznać się do tego, że wykończyłem nie jeden, a dwa kosze, kubły czy jak je tam nazwiemy.

Byliśmy z pieskiem na spacerze. Tym razem pojechałem do drogi, która z jednej strony prowadzi do strzelnicy, z drugiej do miejscowości Łąkie. Na strzelnicy strzelali, poszliśmy więc w przeciwną stronę. I bardzo dobrze, gdyż się okazało, że Lasy wycięły las, który rósł na działce fortecznej PzW. 631. Można więc było zobaczyć to, co po nim (Panzerwerku) zostało. Źli Niemcy, którym Traktat Wersalski zabronił fortyfikować granice, wykopali w mojej okolicy kanały, że niby dla kajakarzy. Tymczasem wpadać w nie mieli polscy kawalerzyści. W przerwach między kanałami powstawiali bunkry, czyli w tym przypadku Panzerwerki. Przez tę chwilę, kiedy nie ma lasu, widać, jak to wszystko miało działać.
Ciekawe, czy ktoś u nas wpadnie na pomysł budowy kanałów dla kajakarzy na wschodniej granicy.
Swoją drogą ciekaw jestem, czy źli Niemcy, którzy tak lubią produkować plany ewentualnościowe, mają opracowaną opóźniającą rosyjski marsz na Berlin obronę w oparciu o te wykopane dziewięćdziesiąt lat temu przeszkody wodne.

Później pojechałem do miasta zatankować audi. I do myjni. Nie tyle po to, żeby audi umyć, ile by usunąć lód, który skuł karoserię. Myjnia dała radę.

3. Wyskoczyła mi na Twitterze przegadywanka Fogla z nieszczęsnym Kropiwnickim. Nieszczęsnym, bo przypomina mi Niemców wg narratora „Cmentarza w Pradze” – najgorsze w Niemcach jest, że nie wstydzą się tego, że są Niemcami. Gdyby Kropiwnicki zdał sobie sprawę z tego, kim jest, to przestałby chodzić do mediów.
Więc Kropiwnicki powiedział, że Nawrocki wetując DSA, stanął po stronie oszustów i złodziei. Fogiel mu na to odpowiedział, że prezydent w żaden sposób nie popiera Platformy Obywatelskiej.
Lubię takie przegadywanki, jestem najwyraźniej niezbyt wyrafinowanym człowiekiem.

DSA, zwłaszcza w wersji obudowanej przez naszych ustawodawców to zło. Upraszczając: decyzją jednego urzędnika, można by zamknąć Kanał Zero. Oczywiście przysługiwałoby prawo odwołania do sądu, po trzech latach mogłoby się okazać, że Kanał Zero mógłby jednak zacząć nadawać. Albo po pięciu.

Parę miesięcy temu była w Zero dyskusja na temat DSA. Prowadził Dymek, którego wielbicielem nie jestem. Nic na to nie poradzę. Najwyraźniej uczuliłem się na opakowane w erystykę pustosłowie. Występowała tam jakaś pani z Panoptykonu. Z perspektywy niezależnej ekspertki wychwalała DSA pod niebiosa. Na koniec, kiedy Dymek zapytał ją, czy Panoptykon bierze kasę za wychwalanie pod niebiosa DSA, odpowiedziała, że nie bierze. A ze strony fundacji można wyczytać, że jednak bierze. Szkoda gadać. Mam wrażenie, że pomysł na podkręcenie DSA, by łatwo wyrzucać nieprawomyślne treści z sieci, wpadł już poprzedni rząd. Obecny jednak twórczo tę ideę rozbudował. Bez Karola Nawrockiego mielibyśmy się z pyszna.

Ale co ja tam wiem, nie dość, że spaliłem dwa śmietniki, to jeszcze nie sprawdzałem poziomu płynu chłodzącego, mimo iż symptomy jego braku były oczywiste.


 

niedziela, 11 stycznia 2026

10 stycznia 2026


 

1. Film o Wilhelmie Tellu był może nieco lepszy. Dowiedziałem się z niego, że ważny udział w narodowo-wyzwoleńczej walce Szwajcarów mieli migranci z Bliskiego Wschodu. Człowiek uczy się całe życie.

Dla równowagi obejrzeliśmy później „Code of Silence”. Też zły, za to z Chuckiem Norrisem. Jak przystało na przenoszonego boomersa, złe filmy z lat osiemdziesiątych dają mi poczucie bezpieczeństwa.
Śp. Henry Silva wygląda, jakby to na nim testowano botoks przed wprowadzeniem na rynek. Przesadnie testowano. Ciekawe, czy w Sheridan Express wciąż sprzedają polish hamburgers.

Mazurek bez Stanowskiego nudzi. W znaczeniu: powtarza rzeczy, które mówił wcześniej. Czekam na start portalu. Mam nadzieję, że będzie to dla Kanału ożywcze.


2. Mróz zelżał. Nie marzną mi więc już tak paluszki. Byliśmy w lesie. Można odnieść wrażenie, że nie ma ani kawałka niezadeptanego jakimś kopytkiem bądź raciczką śniegu. Ruch jak na Marszałkowskiej. Tyle że zwierząt nie widać. Jedynie ślady.
Kiedy leźliśmy przez ten zaśnieżony las, przypomniał mi się odcinek „Band of Brothers”, ten o sanitariuszu w Bastogne. Bardzo to był dobry serial.


3. Mój ulubiony podkast. „Trzech Panów K.”. Odcinek z wczoraj. Przez większość czasu solidaryzowałem się z panem Kożuszkiem, gdyż Kacper Kita – mam wrażenie – wyprowadzał mnie, podobnie jak pana Kożuszka, z równowagi.

W Krakowie przeszła demonstracja w proteście przeciw strefie czystego transportu. Nawet dwie demonstracje. Zadzwonił do mnie w tej sprawie mój osobisty ojciec, który wypiera fakt istnienia SCT i to, że nie będzie mógł sobie kupić wymarzonego volkswagena T4. Ojciec uważa, że gdyby SCT istniała, to byłby to tak idiotyczny pomysł, że ludzie musieliby się zbuntować.
Coś w tym może być. Krakowska wersja strefy jest jeszcze głupsza niż warszawska. I do tego zdecydowanie głupiej wprowadzana. Ale nie ma się czemu dziwić, kiedy się porówna urzędujących prezydentów obu miast.
To w sumie niesamowite, że w Krakowie Platforma Obywatelska nie mogła znaleźć na takie stanowisko kogoś, kto nie jest – nie bójmy się tego słowa – pajacem.



sobota, 10 stycznia 2026

9 stycznia 2026



1. Wizyta w Gminie nie była wcale taka dotkliwa. Śmietnik jedyne: 120 złotych. Mógłbym takie palić częściej niż raz na pięćdziesiąt trzy lata.
W budynku czuć napięcie związane z nadchodzącym systemem do faktur. Tym rządowym, co to ma nie działać.
Zawsze mi się ten pomysł podobał. W znaczeniu: podoba mi się, że Państwo pracuje nad tym, żeby uniemożliwić kręcenie wałków. Nawet takich drobnych. Niestety, patrząc na ministra finansów i jego sukcesy, obawiam się, że system się, excusez le mot, wypierdoli, po czym jego wprowadzenie zostanie przesunięte ad calendas Graecas.

2. Cała chyba Koalicja wrzuca posty, w których wyraża pretensje do prezydenta Nawrockiego, że nie dowiózł Mercosur. Nie jest to jakoś specjalnie mądre. Polityka europejska nie jest polityką zagraniczną i – jak postanowił dawno temu TK – jest w gestii premiera. Więc jeżeli posłowie Koalicji opowiadają, że coś nie zostało dowiezione – realnie oskarżają szefa rządu.
Inna sprawa, że koledzy z Pałacu mogli wcześniej w sprawie Mercosur komunikować używając nieco innej formy.

Kupiłem żeliwne drzwiczki do pieca. Będę je wmurowywał w wyczystkę, którą z kolei odkułem parę dni temu. Komin, jak na dwadzieścia lat używania – całkiem czysty.
Wyczystka poniemiecka, więc standardowe drzwiczki wyczystkowe nie pasują. Pan w budowlanej hurtowni powiedział, że szamotowa zaprawa jakoś te drzwi zwiąże. Nie wiem, ale się przekonam.
Od dwóch dni nawiedzam wulkanizatora i ciągle się okazuje, że jest zajęty. Ludzie są na etapie wymiany opon wielosezonowych na zimowe. Ja sobie moje wielosezonowe na rynek australijski chwalę. Choć jeżdżę z prędkością załadowanej furmanki. Ale czy ja się muszę gdzieś spieszyć?

3. Tym razem obejrzeliśmy film niemiecki. Wojenny. „Czołg”, w oryginale „Der Tiger”. Kinematografii niemieckiej należy unikać z tych samych powodów, co kinematografii polskiej.
Nie bardzo wiedziałem, o czym ten film jest. Wyglądał na hołd składany niemieckiemu przemysłowi wojennemu. Pociski z T-34 odbijają się od Tygrysa, jak groch od ściany, zaś te z Tygrysa, wręcz przeciwnie. W środku czołgu pełno miejsca, nie tak jak w Rudym 102. No i najważniejsza ciekawostka. Nie wiedziałem, że Tygrys był na początku przystosowany do przekraczania przeszkód wodnych po dnie. Myślałem, że to późniejszy pomysł radzieckich inżynierów.
Mieliśmy potem dobrych czołgistów z Wehrmachtu i złe SS. Dobry czołgista z Wehrmachtu uronił nawet łzę, gdy złe SS paliło mieszkańców ukraińskiej wsi w cerkwi.
Na koniec się okazało, że dobrzy czołgiści są jednak źli i spotka ich za to kara.
Nie było za to mordujących żydów polskich partyzantów. Może dlatego, że wszystko dzieje się nad szeroko rozumianym Dnieprem.

Jutro, do śniadania, będziemy oglądać film o Wilhelmie Tellu. Może będzie lepszy.




 

piątek, 9 stycznia 2026

8 stycznia 2026


1. Do serii idiotycznych rzeczy, które udało mi się zrobić w ciągu ostatnich kilku tygodni, doszło spalenie śmietnika. Tak że tylko kółka po nim zostały. Śmieszniej by było, gdyby został fragment dekla z napisem: Keine heiße Asche einwerfen, bo, jak wszystkie w okolicy, śmietnik był poniemiecki. 
Zaczęło się od tego, że postanowiłem wyczyścić kominek. Naiwnie założyłem, że skoro paliłem w nim czternaście godzin wcześniej, to już się wszystko wypaliło. Zwłaszcza, że popiół był zimny. Odpaliłem odkurzacz. No i się okazało, że pod popiołem było trochę żaru. I ten żar odkurzacz zassał, przy okazji go rozdmuchując. Miałem więc dymiący odkurzacz. Niewiele myśląc, wywaliłem jego zawartość do śmietnika i zasypałem śmietnik śniegiem. Postałem chwilę, nie dymiło się, więc stwierdziłem, że wszystko jest w porządku i udałem się do zajęć. To było wczoraj. Dzisiaj się okazało, że śmietnika nie ma. Znaczy: jest plama roztopionego plastiku, kupka popiołu i koła, a raczej to, co po nich zostało. 
Na tzw. małym dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego stoją śmietniki. Ten z papierem zwykle się przesypuje. Zapytałem tam kiedyś dwóch stosunkowo wysokich rangą urzędników, czy nie marzyli kiedyś o podpaleniu śmietnika. Jeden z nich zaczął się dziwnie wiercić. Po czym się przyznał, że na jednym z warszawskich osiedli zrobił to w wieku nastoletnim. I że czuje z tego powodu wstyd. 
Co ja mam powiedzieć? Jestem po pięćdziesiątce, zrobiłem to bez świadomości, a do tego jutro będę musiał pojechać do Gminy, do wszystkiego się przyznać i negocjować nowy śmietnik. Mógłbym niby próbować zrzucać winę na kolegę urzędnika, który zrobił coś takiego w młodości, ale nie sądzę, żeby ktoś tę narrację kupił. 

2. Mam świadków na to, że od prawie roku powtarzam, że Trump to jedna z lepszych rzeczy, które nas spotkały. Że trzeba kupić tonę popcornu i spokojnie czekać na to, co się wydarzy. Spokojnie. Zamiast się ekscytować każdym wypowiadanym przez niego słowem. Patrząc na komentariat, nie jest to specjalnie modna postawa, czemu nie ma się co dziwić, gdyż komentariat nie byłby komentariatem, gdyby w histeryczny sposób nie komentował wszystkiego, co widzi, słyszy, albo mu się tylko wydaje. 
A jak już skomentuje, to się robi zakładnikiem tych własnych komentarzy. Jestem sobie w stanie wyobrazić, jak komentariat komentowałby zbombardowanie przez Trumpa Moskwy. „To dowód na przegrywanie przez Stany walki o prymat w Eurazji”, albo „w USA zwycięża postawa izolacjonalistyczna, decyzja o ataku jest na to dowodem”, czy „widać, że Trumpowi bliżej jest do Putina niż do europejskich demokracji”. „Trump, jak Putin, nie szanuje międzynarodowego prawa”. 
Ale chyba jednak nie powinienem się wypowiadać w poważnych, geopolitycznych kwestiach. Jestem przecież człowiekiem, który nieintencjonalnie spalił śmietnik. 

3. Obejrzeliśmy „Black Bag” Sodenbergha. Polska szkoła tłumaczenia tytułów nazwała ten film „Szpiedzy”. Tuzy polskiego wywiadu nie ubierają się tak dobrze, nie mają takich gabinetów ani nie jeżdżą takimi samochodami. Ciekawe dlaczego? 
Dzień wcześniej zmarnowaliśmy prawie osiem godzin, oglądając „Breslau”. Zasada: wystrzegaj się polskich produkcji, nie jest wcale taka głupia. Najwyżej przejdzie ci koło nosa jakiś jeden niezły film, ale ile czasu zaoszczędzisz, nie oglądając setek złych. 
Niby pomysł na scenariusz jakiś był, ale szkoda, że zupełnie ahistoryczny. W 1936 roku większość nazistów to byli gówniarze przed czterdziestką. Dziadów w wieku Holtza raczej nie było. W rzeczywistości funkcję podobną do Holtza pełnił von dem Bach-Zelewski (zapisał się chłop później w naszej historii). Miał wtedy 37 lat, a nie prawie sześćdziesiąt. 
Swoją drogą zderzenie nazistowskiej gówniarzerii z pamiętającymi cesarskie czasy dziadami to też mogłaby być interesująca – przepraszam za wyrażenie – kanwa dla kryminalnego serialu. 
Generalnie nie polecam. 
Za to polecam łańcuchy. Moje wielosezonowe opony na rynek australijski zupełnie sobie nie radziły w kopnym śniegu. Na szczęście przypomniałem sobie o tym, że ze piętnaście lat temu kupiłem łańcuchy. Udało mi się je znaleźć i udało mi się je założyć. Ależ to jest wspaniały wynalazek. 







 

poniedziałek, 15 grudnia 2025

15 grudnia 2025


1. Dziś krótko i niekoniecznie chronologicznie. 

Niemiłościwe panujący nam pan premier ogłosił, że Centralny Port Komunikacyjny będzie się teraz nazywał Port Polska. Podejrzewam, że twórca tej nazwy oglądał przed laty „Przystanek Alaska”. Swoją drogą jeden z przykładów polskiej szkoły tłumaczenia tytułów. 
Posty na ten temat kończone były przez wielu parlamentarzystów Koalicji słowem „Duma”. Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie stał aby za tym pomysłem Marcin Duma, ale ten dość szybko się na Twitterze od Portu Polski odciął. 
Później ktoś (chyba z Tak dla CPK) zauważył, że Centralny Port Komunikacyjny wcale się teraz nie będzie nazywał Port Polska, bo do tego trzeba zmienić ustawę.
Cóż, hasztag Platformy #RobimyNieGadamy, po uzupełnieniu o znaki przestankowe brzmi: Robimy? Nie, gadamy. 

Rozmawiałem w zeszłym tygodniu z pewnym krakowskim samorządowcem, który pojechał mi w pewnym momencie profesorem Markowskim: że niby wyborcy Koalicji nie kupią byle czego, bo podchodzą do wszystkiego bardziej krytycznie. Pan premier ma na ten temat najwyraźniej inne zdanie. #RobimyNieGadamy #ZmiłościDoPolski. 

Swoją drogą wiedzę na temat tej bardziej radykalnej części wyborców Koalicji można uzyskać słuchając na Twitterze dyskusji Radia Rebeliant. Ostatnio jedne z nich wyjaśnił skąd weto w sprawie kryptowalut. Otóż za sfałszowanie wyborów sędzia Marciniak wziął w kryptowalutach (tego że wybory sfałszowano, nie trzeba przecież tłumaczyć), weto było po to, żeby to nie wyszło na jaw. 

2. Przedziwna imba na temat samochodu na Łotwie. Zwykle samochód podstawiają gospodarze, chyba że nie mają pancerki. Wtedy jedzie z Polski. Placówki nie mają takich samochodów. 
Tak, przedstawiciele ambasady biorą udział w ustalaniu takich spraw, są też na lotnisku. Ale w tym przypadku bym się ich akurat nie czepiał. 
Do tego coś jest z tym zdjęciem nie tak. Jeżeli to jest powitanie, to gdzie są ludzie, którzy witają – powinni być pomiędzy samochodem a trapem. Bardziej to wygląda na pożegnanie. Ale naprawdę nie będę wydzwaniał, żeby się dowiedzieć, co się tam stało. 
Pamiętam raz historię, kiedy placówka nie dopilnowała. Nikt nie sprawdził samochodów. Dopiero człowiek z Pałacu, który był w forpoczcie, poszedł zobaczyć auto. No i się okazało nie do końca sprawne. Kiedy się wyawanturował, gospodarze podstawili drugi samochód. Złoty, za to niekompletny. Brakowało kilku plastikowych elementów. 
Cóż, ważne, że jeździł. 
Nasz ambasador – swoją drogą ważna postać polskiej dyplomacji – kiedy człowiek z Pałacu wyraził zdziwienie, że placówka tego nie sprawdziła, odpowiedział, iż on się takimi rzeczami nie zajmuje i nie będzie zajmował. 
Coś w tym w sumie było, gdyż był on trochę jak ekscelencja Brzezinski. 
Mark Brzezinski wprowadził do protokołu funkcję ambasadorskiej konkubiny, nasz ambasador zaś miał zwyczaj na oficjalnych uroczystościach występować raz z własną małżonką, raz z panią, która nie była tą małżonką. Gospodarze mieli z tym pewien problem, ale się zbyt głośno nie skarżyli. 

3. Od paru dni obserwuję, jak – wydawać by się mogło – poważni ludzie ekscytują się faktem, że prezydent nie będzie w Pałacu zapalał chanukowych świec. Pierwszy krok na drodze do wielkości Polski. 
Chodzi mi niestety po głowie pomysł, żeby przy najbliższej okazji przemycić do Pałacu chanukiję i zapalić w jakimś kącie świeczkę. A nawet kilka świeczek. Mam nawet pomysł, w czyim to zrobić gabinecie. 

A tak poważnie, to czym my się zajmujemy? 
Rząd – symulowaniem zmiany nazw inwestycji. Lud twitterowy – zabłoconym autem. Komentariat – wstawaniem z kolan poprzez niezapalenie świecy.

To nie jest kraj dla starych ludzi.






 

poniedziałek, 8 grudnia 2025

8 grudnia 2025

 


1. Dużo latam. Więcej nawet, co wydaje się nieprawdopodobne, niż za czasów państwowej służby. Dziś – na przykład – spędziłem cztery godziny na lotnisku w Babimoście. Pierwsze dwie czekając na to, aż zejdzie mgła, następne dwie na kontrolera, aż wróci z przerwy. Doświadczenie historyczne mówi, że obecność kontrolera na lotnisku w Babimoście jest nieco przeceniana. 

W zeszłym tygodniu wracałem z Krakowa. Zostawiłem w samolocie telefon. Fakt ten dotarł do mnie dopiero, gdy wysiadałem z autobusu. Poszedłem więc do hali bagażowej, do Lost&Found. Miły pan gdzieś zadzwonił. Powiedział, że telefon jest, ale przyniesie go ktoś za jakąś godzinę. Zasugerował, że nie ma co czekać, żebym pojechał do miasta, jak wrócę, to odbiorę. Pojechałem więc do miasta. Nie miałem telefonu, więc nie mogłem kupić biletu na pociąg aplikacją. Nie było biletomatu, kupowałem u konduktora. Okazało się, że konduktorska maszynka do kart nie współpracuje z metalowymi kartami Revoluta. Miałem – dzięki Bogu – jeszcze inną. Załatwiłem, co miałem załatwić i po dwóch godzinach pojawiłem się na Okęciu. Musiałem wziąć papierową kartę pokładową, bo nie miałem telefonu. Bogu dzięki, miałem dowód osobisty. Przeszedłem Security i wyszedłem do hali bagażowej, do Lost&Found. Inny miły pan powiedział, że nie ma mojego telefonu, ale jak wrócę za 45 minut, to będzie. Przeszedłem przez Security, zjadłem coś w hali odlotów i wyszedłem do hali bagażowej, do Lost&Found. Ten sam miły pan powiedział, że nie ma telefonu. Gdzieś zadzwonił i potwierdził, że telefon leży w szafie. Ale że go się nie da przynieść, bo jest za mało czasu do odlotu. I w sumie szkoda, że nie przyszedłem wcześniej, bo ktoś mógłby po telefon pójść, a tam jest daleko. Z kwadrans w jedną stronę. Po raz kolejny przeszedłem przez Security (za każdym razem szukano na mnie śladów materiałów wybuchowych, bo się podejrzanie kręciłem po lotnisku) i poleciałem do Zielonej. 

Mili panowie z Lost&Found wyglądali na zdecydowanie młodszych niż „Miś”, jednak świetnie by się w tamtej rzeczywistości odnaleźli. Inna sprawa, można to jakoś zrozumieć. Poza rzeczami pozostawionymi na pokładach samolotów zajmują się oni zagubionym bagażem. A do tego trzeba wypalić w sobie resztki współczucia. Przy mnie tłumaczono anglojęzycznemu byłemu obywatelowi ZSRR, że jego bagaż nie poleciał razem z nim i dopiero za cztery dni będzie ten bagaż mógł na Okęciu odebrać. Wszystko z profesjonalnym uśmiechem. Nie mamy pańskiego płaszcza…


Telefon odebrał następnego dnia mój brat. Odebrał i wysłał Inpostem. Tym razem dotarł po dwóch dniach. Kiedy poprzednim razem wysyłałem telefon Inpostem, zapodział się gdzieś na sortowni i dotarł po ponad tygodniu. Ale Inpost przynajmniej płaci podatki w Polsce. W każdym razie tak mówią. 


À propos Inpostu, w zeszłym tygodniu byłem na imprezie inaugurującej polską edycję magazynu „GQ”. Do samego magazynu mam stosunek osobisty. Prawie dwadzieścia lat temu pracowałem przy poprzedniej próbie wypuszczenia na rynek polskiej wersji. I muszę przyznać, że te parę tygodni miało naprawdę znaczący wpływ na moje dalsze zawodowe życie. Odnoszę wrażenie, że były to najlepsze czasy tego magazynu. W Polsce nie ma zwyczaju, żeby magazyny lajfstajlowe robić dla dorosłych ludzi. W Polsce z zasady robi się je głupio. Albo mądrze, tyle że z gówniarskiego punktu widzenia. Być może dlatego próby lokalizowania porządnych magazynów kończą się porażkami. Tak jak było z „Esquire” czy jest z „Vogue”. 
Jim Nelson, ówczesny redaktor naczelny „GQ”, szanował czytelników. Nie marnował ich czasu, na przykład sesje mody, której ci czytelnicy na pewno by na siebie nie założyli. No i przede wszystkim teksty. Publikowano teksty autorów, którzy mieli coś do powiedzenia. To też rzecz niespotykana w polskim lifestylu. No i zdecydowanie nie było tam zwyczaju wchodzenia – excusez le mot – w dupę bohaterom. Mimo iż zwykle nie byli to aktorzy tefałenowskich telenowel, tylko zdobywcy Oscarów.
Cóż, nie zabrałem się jeszcze za polską edycję. Odwlekam to, kultywując nadzieję, że będzie lepiej niż zwykle. Zacznę pewnie od dwóch rozmów. Z Radkiem Sikorskim i Michałem Sołowowem. Chętnie bym poczytał, jak się ma atomowy biznes Sołowowa, o którym to biznesie mówiono w Warszawie, że podpisanie na niego umów było jednym z powodów istnienia trzeciego rządu Mateusza Morawieckiego. Nie przeczytam, bo najprawdopodobniej przeprowadzający wywiad dziennikarz pewnie nic na ten temat nie wiedział. Podobnie Radka Sikorskiego nie zapytano, co miał w głowie, kiedy publikował na Twitterze tweet o Nord Stream, który odbił się tak dużym echem wśród globalnej dyplomacji.
Sama impreza inauguracyjna. Ciekawe dla mnie doświadczenie, gdyż na poprzedniej tego rodzaju byłem dobre dziesięć lat temu. Towarzystwo się nieco zmieniło. Mnóstwo nic mi nie mówiących nowych twarzy. A stare też jakieś inne. Generalnie poziom warszawskiej chirurgii plastycznej pozostawia wiele do życzenia. Twarze jak od sztancy. No i wszechobecny Ozempic. Ciekawe, kiedy się okaże, że jednak jest jakaś kara za jego nadużywanie. 
Na imprezie wystąpił jakiś polskojęzyczny Koreańczyk z Konkursu Chopinowskiego. Niestety słabo było słychać, bo brzęk kieliszków bywał głośniejszy niż fortepian.

Ten sam fortepian wystąpił tydzień później na imprezie z okazji dwudziestolecia polskiego Google.
Tym razem grał Polak. Też z Konkursu Chopinowskiego. Piękne ten fortepian ma brzmienie. Shigeru Kawai. Na tej imprezie poznałem ponaddwumetrowego niegdysiejszego wiceministra finansów. Ciekawe to było doświadczenie. No i sztuczna inteligencja Google zrobiła mi portret konny. 
Impreza była w hotelu Warszawa. Wracałem per pedes. Pod Domami Centrum postanowiłem zgodnie z polityką prezydenta (miasta stołecznego – nie szydzę z przykrej sytuacji 1 czerwca) Rafała Trzaskowskiego – piesi first, sforsować Marszałkowską. Nie spodobało się to zmotoryzowanemu patrolowi państwowej policji. Policjant zaczął mnie obsztorcowywać. Robił to głupio, bo zadawał pytania. Ja na wszystkie logicznie odpowiadałem. Przykład – On: Ale po torowisku? Ja: Ale o tej porze tramwaje już jeżdżą. I tak parę razy. W pewnym momencie myślałem, że się zagotuje, a za każdym razem mówiłem mu, że ma rację i że nie powinienem tego był robić. Skończyło się na tym, że mnie odeskortowano do przejścia dla pieszych. Gdybym nie był starym dziadem, to by pewnie nie zdzierżył i kończyłoby się to dla mnie dużo gorzej. 

2. „Trzej Panowie K.”. Sponsoruję ten podkast jakąś obraźliwie niską kwotą. Polecam Państwu po pierwsze tego podkastu słuchać, po drugie też go sponsorować. Bo jest to wyraźnie lepsze niż krajowa średnia w temacie komentowania geopolitycznej rzeczywistości. 
Cóż, okazało się, że jednak dzieli mnie z panami K. pokoleniowa przepaść. W znaczeniu: żaden nie liznął historii rosyjskich ruchów rewolucyjnych. Nie żebym był jakimś specjalistą od tego. Miałem homeopatyczne ilości wiedzy na ten temat podawane, bez specjalnego zaangażowania ze strony nauczycieli w szkole podstawowej, bo w liceum to już profesorowi Eminowiczowi nie chciało się nawet wspominać na ten temat. 
Zadałem panom K. tzw. leninowskie pytanie. Czyli pytanie z tytułu słynnej nigdyś broszury z 1902 roku „Co robić?”, w której Włodzimierz Iljicz napisał jak zorganizować rewolucyjną partię i przygotować ruch robotniczy do skutecznej walki. 
Cóż, z perspektywy stu lat z okładem można odpowiedzieć: На ленинский вопрос „Что делать?” есть ленинский ответ: больше расстреливать.

Wypadało, żebym się przyczepił do Kacpra Kity, który mówił dużo o francusko-chińskich kontaktach. Cóż, po Paryżu Xi był (też państwowo) w Budapeszcie. No i był też wcześniej w Polsce. Zaś PAD był trzy razy w Chinach. Ale wiadomo, co Macron, to Macron. 


3. Obejrzeliśmy „Comey Rule”. Serial o Jamesie Comeyu, dyrektorze FBI w latach 2013–2017. Na podstawie jego książki „A Higher Loyalty: Truth, Lies, and Leadership”. Głównym bohaterem drugoplanowym jest oczywiście Donald Trump, który Comeya – oczywiście niesprawiedliwie – odstrzelił. 
Bardzo dobrze, że teraz ten serial obejrzałem, bo przypomniał antytrumpową histerię z początków jego prezydentury. A przede wszystkim rosyjskie ślady. Świetnie mi się to wpisało w obecną dyskusję na temat amerykańskiej polityki. 
Otóż nasz największy problem z polityką prezydenta Trumpa polega na tym, że jej nie rozumiemy. Bo ona jest inna niż ta, do której się przez dekady przyzwyczailiśmy. Nie mamy narzędzi, żeby ją rozumieć. Poza jednym. Doświadczeniem. Jeżeli sobie przypomnimy te wszystkie czerwone lampki, które się zapalały w 2016 czy 2017 roku – rosyjskie koneksje, niszczenie NATO etc. – i popatrzymy, jak się to skończyło w 2020, czyli obecnością amerykańskich żołnierzy na wschodniej flance, zgodami na nasze zakupy amerykańskiego sprzętu, blokowaniem Nord Stream 2, umowami z Polską, które umożliwiły ułatwiły później Bidenowi przerzucenie brygady do Rzeszowa przed wybuchem pełnoskalowej wojny na Ukrainie, uzbrojeniem Ukrainy w rakiety przeciwpancerne, a przede wszystkim realnym wzmocnieniem NATO, bo przecież gdyby nie Trump, nie wzrosłyby wydatki na obronność państw członkowskich (choć w tym przypadku nie można pominąć udziału Władymira Putina), widać wcale nie jest tak, jak się większości wydawało, że będzie. 
Histeria dziś jest podobna jak wtedy. Mimo iż mamy tamto doświadczenie. Chyba że nie mamy. 
Problem chyba jednak polega na tym, że komentator, który zapytany o politykę Trumpa odpowie, że nie ma co histeryzować, trzeba ze spokojem czekać i że patrząc na efekty pierwszej kadencji Trumpa uzyskanie tego spokoju nie powinno być specjalnie trudne, nie będzie już więcej o to pytany, bo taka odpowiedź będzie się słabo klikać. 
I to jest zła informacja. 


sobota, 29 listopada 2025

29 listopada 2025


1. Moje letnie opony nie są tak do końca letnie. Są wielosezonowe, całkiem wysoko oceniane przez australijskich kierowców. Nie byłem w Australii, więc nie wiem, jakie tam mają zimy. Nasza zaskoczyła mnie rano, gdyż przed wyjazdem na lotnisko musiałem omieść pokryte dziesięciocentymetrową warstwą śniegu auto. Robota była nieco syzyfowa, gdyż co zmiotłem, napadywało od nowa. 

W każdym razie udało mi się ruszyć. Co jest o tyle ważne, że brak zimówek przede wszystkim generuje problemy z trakcją. W kwestii zimówek jestem mądry, gdyż kilkanaście lat temu firma Pirelli zawiozła mnie, wraz z grupą żurnalistów z całego świata do Karelii, by pokazać, że opony zimowe mają sens. Pokazywano w sposób taki, że rosyjski kierowca Formuły 1 wsiadł w samochód z letnimi oponami i najpierw na śniegu nie mógł ruszyć, później nie mógł stanąć i walnął w ścianę z tekturowych pudeł. Gdy przesiadł się do auta z zimowymi oponami, mógł ruszyć, ale nie mógł stanąć i walnął w ścianę z tekturowych pudeł. Firma Pirelli zawiozła nas do Petersburga biznes klasą, położyła w najdroższym petersburskim hotelu i karmiła w najlepszych knajpach, więc wiedza o tym, że opony letnie różnią się od zimowych jakoś mi się utrwaliła. Był to jedyny mój pobyt w Rosji. I wystarczy. Więcej widzieć nie muszę. 


Na lotnisku w Babimoście otwarto – budowany od nie pamiętam kiedy – pawilon odlotów. Przy okazji zmieniono organizację punktu kontroli bezpieczeństwa. Jakoś tak wyszło, że kolejki zrobiły się większe niż wcześniej. Ale to i tak nie miało znaczenia, bo samolot wystartował z godzinnym opóźnieniem. Coś przez chwilę udawało, że jest zepsute, a potem trzeba było samolot odladzać. 


Dzień wcześniej oglądaliśmy „September 5”. Nawet dziś da się zrobić dobry film. Przy tym całkiem nienachalny. Ciekawe, czy ludzie, którzy nie liznęli newsowej telewizji nawet w tak minimalny sposób jak ja, zauważą, ile w tym filmie się dzieje. 

Mam wrażenie, że reżyser (Niemiec) najsłabiej poradził sobie z niemieckością Niemców, a scena wypędzania z reżyserki, uzbrojonej w pistolety maszynowe, policji nie wyszła mu zupełnie. Ale może gdyby wyszła, film przestałby być nienachalny. 


2. TSUE postanowiło, że w Polsce będą małżeństwa jednopłciowe. Kilkanaście lat temu tłumaczyłem pewnemu mojemu koledze, że jeżeli nie wprowadzimy do naszego prawa jakichkolwiek związków partnerskich, prędzej czy później, unijni urzędnicy wpiszą nam to do prawa zdalnie, w taki sposób, że nam to wyjdzie bokiem. Razem z małżeństwami i prawem do adopcji. Kolega kupił ten pomysł. Wielokrotnie mówił później o ustawie o osobie najbliższej. 

Niestety na słowach się skończyło, a można było spokojnie sprawę przeprowadzić. Brakło odważnego. Dziś każdy z posłów będzie mógł tłumaczyć swojej garstce wyborców, że to nie on, że to zła Bruksela. Choć w tym przypadku ta Bruksela to akurat Luksemburg. Mogę sobie spokojnie wyobrazić, że część prawicowych posłów jest wyrokiem TSUE zachwycona, bo jeszcze łatwiej im będzie w mediach perorować, jacy to są konserwatywni i jakie zło się zadziało. I że każden jeden 

na to nie pozwala. I że kiedy jego ugrupowanie zdobędzie znowu władzę, to coś z tym zrobi. 



Cała nasza polityka coraz bardziej sprowadza się do pokrzykiwania. Najbardziej to widać w sprawach zagranicznych. Kiedy ktoś napisze, że w kwestii dyplomacji powinna być zgodna współpraca ponad podziałami nie umiera żaden mały kotek. Tylko dlatego, że wszystkie do tego przeznaczone wyzdychały już ze ćwierć wieku temu. 

Teraz jeszcze zdychają te, które mają zdychać, kiedy kto mówi, że polityka zagraniczna jest zakładnikiem polityki krajowej. Tak jest w większości nowoczesnych demokracji. Polską specyfiką jest fakt, że u nas nie jest to polityka krajowa. U nas jest to polityka powiatowa. Politycy u nas walczą o głosy. Nie dla partii, tylko dla siebie. O te kilkaset głosów, które potrzebują by mieć pewność, że żaden nikt z listy ich nie przeskoczy. 

Niestety w Polsce parlamentarzyści mogą być ministrami. Swoją drogą mam wrażenie, że mało kto się oburza tym przecież wyraźnym łamaniem trójpodziału. 
Kończy się to w sposób, który pięknie podsumował Maciej Kożuszek. W imię idiotycznej licytacji kto bardziej nie pozwoli się traktować Ukraińcom, ogłosiliśmy, że żaden polski żołnierz nogi swojej nie postawi na ukraińskiej ziemi. 
Abstrahując od tego, że dziś każdy, kto tylko może, śle na Ukrainę swoich obserwatorów, żołnierzy, którzy na własne oczy obserwować mogą na czym polega nowoczesna wojna. Bo o tym, że jest to wojna inna, niż wszystkie poprzednie, wiedzą wszyscy. Ze dwa lata temu słuchałem, jak dowódca jednej z jednostek naszych specjalsów opowiadał o tym, jak gościli grupę ukraińskich weteranów i wyciągali od nich opowieści o okopowej wojnie, której wcześniej nie trenowali, bo przecież ostatnia taka była ponad sto lat temu. Świat, o którym wiadomo, że historia się nie skończyła, wymaga specyficznego zaangażowania. Dyrektor Ołdakowski opowiadał dekadę ponad temu, że do Muzeum przyjeżdżali brytyjscy żołnierze. Przyjeżdżali, żeby rozmawiać z powstańcami. I były to bardzo konkretne rozmowy. Techniczne wręcz. Brytyjczycy tłumaczyli, że powstańcy mieli doświadczenie z walk miejskich. Niespisanie tych doświadczeń byłoby marnotrawstwem. Nie dopytywałem, czy polscy wojskowi robili tak samo. Domyślałem się, że gdyby robili, dyrektor Ołdakowski nie byłby tak zdziwiony. 
Ale od tego abstrahując, ogłaszając, że nie wyślemy ni żołnierza, wyłączyliśmy się z rozmów pokojowych, mimo iż jesteśmy nimi bardziej niż inni zainteresowani. A, jak zauważył kolega Kożuszek, ci, którzy byli chętni do wysyłania wojsk, wcale ich nie muszą wysyłać. I to raczej dla wszystkich jest oczywiste. A zasadniczo by wystarczyło, żebyśmy tylko nie krzyczeli, że na pewno nie wysyłamy. 
Swoją drogą powinniśmy tłumaczyć ludziom, że w świecie, o którym wiadomo, że historia się nie skończyła, wojsko jest po coś. Na przykład po to, żeby się bić o interesy Polski poza Polski granicami. 


Na zwanym portalem X Twitterze napisano, że pani Suchanow nie dostała dostępu do niejawnych, bo brała udział w protestach, albo coś w tym stylu. Nie chce mi się szukać. 
Z tego, co pamiętam, ABW nie podaje informacji o powodach nieprzyznania dostępów. Zresztą nawet chyba nie informuje o tym, że dostępów nie przyznało. Po prostu nie przyznaje. I po jakimś czasie zaczyna być wiadomo, że coś jest nie tak. 
Jest to zupełnie inna sytuacja, niż w przypadku cofnięcia dostępów.
Jeżeli mam do wyboru wersję, że ABW wypuściła informację z niejawnej przecież procedury przyznawania dostępu, albo że ktoś (nie ABW) w tej sprawie dezinformuje, wybieram wersję drugą. 

3. Byłem w zeszłym tygodniu w sądzie. Tym razem cywilnym. Sprawa karna (słynny paragraf 212) w pierwszej instancji skończyła się uniewinnieniem, w drugiej umorzeniem. Profesor Chmaj postanowił powalczyć jeszcze w Sądzie Najwyższym, lubuski podatnik zapłaci. 

W sprawie cywilnej zdecydowaliśmy się na ugodę. Z paru powodów. Po pierwsze, żeby nie narażać na nowe traumy pani, która przyszła do nas z prośbą o pomoc. Nie mogę napisać, jak wyglądało jej przesłuchanie w sprawie karnej, bo była niejawna. Ale napisać, że to było złe, to nic nie napisać.
Po drugie, za obsługę prawną płacił były nasz pracodawca. Po trzecie, orzekający sędzia, bardzo kulturalny i sympatyczny człowiek, był z punktu widzenia demokracji walczącej neosędzią. Kiedy byśmy wygrali, profesor Chmaj by najprawdopodobniej się do tego przyczepił. Po czwarte, pani marszałek Polak nie jest już panią marszałek, tylko panią poseł. Ktoś ją do tego Sejmu wysłał. Reprezentuje te parę tysięcy Lubuszan, którym to odpowiada. Mimo na przykład rtęci w Odrze.
Po piąte, od sprawy minęło już parę lat. Nikt poza bezpośrednio nią dotkniętymi o niej nie pamięta. I po szóste, udał się niezły trolling. Otóż treść ugody sprowadza się do tego, że przepraszamy panią Elżbietę Annę Polak za to, że posądziliśmy ją o to, że pełniąc funkcję Marszałka Województwa Lubuskiego odpowiadała za to, co się w Urzędzie Marszałkowskim działo. Pani Ela się pod tym radośnie podpisała. Dzieli się tą radością ze swoimi wielbicielami w mediach społecznościowych.

Euforia pani Eli z powodu zawarcia ugody była do przewidzenia, stąd wynikło czasochłonne uzgadnianie treści oświadczenia. Ugodę zawarto, żeby zakończyć proces, tylko tyle i aż tyle. Granicą kompromisu było podpisanie się pod treścią zgodną z prawdą, a więc zgodnie z prawdą, autorzy nie chcieli narażać na tzw. szwank dobrego imienia pani Eli ani przypisać jej odpowiedzialności za agendy Urzędu Marszałkowskiego, nad którymi nie całkiem panowała. Nie zapanowała też nad euforią, która jest o tyle niezrozumiała, o ile zawarcie ugody przez panią Elę było poprzedzone zrozumieniem jej treści i dobrego obyczaju, który nakazuje powściągliwość po osiągnięciu porozumienia z przeciwnikiem. Ale cóż… cieszmy się ze wzbogacenia języka ogólnego o nową kolokację „zawierać ze zrozumieniem” czy też zawierać ze „zrozumieniem” (ugodę).

Ostatnie zdanie wymaga przeczytania posta pani Eli. Ale chyba można to sobie darować. 

Byłem na premierze polskiej edycji magazynu „GQ”. Ale o tym napiszę kiedy indziej, bo mam do tego tytułu osobisty stosunek.