czwartek, 15 stycznia 2015

16 stycznia 2015


1. Właściwie nie spałem, więc trudno powiedzieć, od którego momentu jest dzisiaj. Oglądałem sejm. Zasadniczo zmarnowany czas, bo nic z tej dyskusji nie wynikało i to jest zła informacja. Z drugiej to, że przemawiali prawie wyłącznie Ślązacy, że też mieli świadomość, że z dyskusji nic nie wyniknie, że jest środek nocy i prawie nikt obrad nie ogląda, było jakoś budujące.

Przez noc zmienił się wygląd gazeta.pl. Rano na Twitterze pojawiły recenzje niezbyt – powiedziałbym – korzystne. Cóż, po tym jak gazeta.pl zaczęła chcieć kasę za obcowanie z jej – excusez le mot – kontentem, przestałem tam wchodzić. Więc zupełnie mnie nie rusza nowy wygląd tej strony.

2. Nagle się okazało, że frank zaczął kosztować 5 zł. Później spadł do 4,10. Potem znowu skoczył. Patrzyłem jak skacze rata kredytu. Ciekawe doświadczenie.
Pamiętam jak pan z banku namawiał nas na franki. Kulturalny, ubrany, inteligentny. Tłumaczył, że rząd Szwajcarii nigdy nie dopuści do zbytniego wzrostu wartości franka, bo Szwajcaria eksportuje i gdyby frank podrożał, eksportować by było trudno, więc eksporterzy by wymogli na rządzie interwencję. Sprawdzało się przez jakieś dwanaście lat.
Kilka lat później Bożena chciała zmienić bank. Na mBank. Prawie podpisała umowę. Pan zapomniał powiedzieć jej, że przy dwukrotnym przewalutowaniu straciłaby jakieś 40 tysięcy. Miał pełną tego świadomość. Liczył, że się tego nie sprawdzi. Mało brakowało.

Z jednej strony trudno wymagać od Państwa, żeby pomagało grupie obywateli, która wzięła kredyty we frankach i teraz ma w związku z tym kłopoty. Choć z drugiej strony ktoś kiedyś zgodził się na to żeby matura z matematyki przestała być obowiązkowa. Ktoś przez lata nie dopilnował, żeby w szkołach uczono praktycznych podstaw ekonomii.
Jednocześnie ktoś doprowadził do tego, że banki w Polsce mają nieskończenie lepszą pozycję niż ich klienci. Banki przy kredytach hipotecznych ponoszą praktycznie minimalne ryzyko. Klient, który zaczyna mieć kłopoty jest załatwiony, bo to, że bank przejmie nieruchomość rozwiązuje problem tylko do wysokości kwoty, którą bank uzyska ze sprzedaży tej nieruchomości. Resztę też trzeba spłacić.

Wyobraźmy sobie sytuację: młode małżeństwo, dziecko w drodze. Wynajmują mieszkanie, zarabiają. Wychodzi im, że gdyby kupili na kredyt płaciliby podobne pieniądze. Do tego mieszkania drożeją. Więc trzeba się spieszyć. Idą do banku. Mają taką zdolność za słabą na złotówki, ale z kłopotami wystarczającą do kredytu we frankach. Nikt w banku ich nie przestrzega, że cokolwiek ryzykują. Wręcz przeciwnie. Biorą kredyt. Kupują. Przez jakiś czas jest ok. Potem frank rośnie. Na początku jakoś sobie dają radę, ale jest ciężko. Frank rośnie bardziej. Mieszkania przestają drożeć. Frank rośnie. Bank zaczyna mieć pretensje, bo mieszkanie jest mniej warte niż kredyt. Muszą płacić jakieś dodatkowe ubezpieczenie. Płacą, chociaż jest naprawdę ciężko. Mijają lata, oni wciąż więcej są winni niż pożyczyli. No i nagle frank przebija cztery złote, czyli kosztuje dwa razy więcej niż w momencie, kiedy brali kredyt. Bank w każdej chwili może od nich zażądać zwrotu kredytu – nieruchomość ma już wartość 40% kwoty.
Żąda. Nie są w stanie spłacić. Bank sprzedaję mieszkanie za mniej niż jego rynkową wartość (kto mu zabroni). Oni zostają na lodzie mając do spłaty kwotę wyższą niż wzięli.
Ich wina mogli nie brać kredytu w walucie, w której nie zarabiają.

Po ostatnich wyborach Prezes Trybunału Konstytucyjnego nazwał ludzi, którzy mieli problem z „listami zbroszurowanymi” – analfabetami. Chwilę później te słowa skomentował prof. Osiatyński – demokracja jest też dla analfabetów.

Państwo nie może zakazać ludziom ryzykownych działań (choć właściwie często to robi). Ale powinno pilnować, żeby obywatele zdawali sobie sprawę z ryzyka. I pilnować, żeby było sprawiedliwie, żeby w kontaktach z czymś tak mocnym jak bank człowiek miał jakiekolwiek szanse. Nie jest w tym skuteczne. I to jest zła informacja.

3. Spotkałem się z Henrykiem Umawialiśmy się z rok. Więc do końca nie wierzyłem, że nam się uda spotkać. Henryk wrócił z Las Vegas. Był na CES. Targach użytkowej elektroniki. Rozmawialiśmy więc o telewizorach. Trzeba się nauczyć nowego skrótu: SUHD.
To Ultra HD (znane też jako 4K) tylko lepsze. Henryk próbował mi tłumaczyć jak to działa, ale chyba muszę zobaczyć. W każdym razie, jeśli ktoś rozważa kupno telewizora, to niech się wstrzyma. I na pewno nie kupuje Full HD. Teraz telewizor musi być krzywy, ale odwrotnie niż kiedyś – wklęsły. Nie – wypukły.

Na CES wszyscy jeździli autonomicznym mercedesem. Ja w przyszłym tygodniu będę jeździł częściowo autonomiczną A7.
Długo nie pogadaliśmy, bo Henryk musiał wracać do domu i pracować (zawsze to robi).

Wróciłem do domu i zacząłem oglądać sejmowe głosowania nad reformą górnictwa. Przykre doświadczenie. Właściwie można by zlikwidować Parlament. Posłowie głosują to, co im każe kierownictwo partii. Więc nie ma sensu ich tylu utrzymywać.
Pięć lat temu dostałem zdjęcie instrukcji głosowania dla posłów PO. „Podczas głosowań proszę patrzeć na rękę posła S. Karpiniuka”
I to strasznie zła informacja. Uratować nas mogą chyba tylko okręgi jednomandatowe.

Poseł Wipler nazwał panią Premier „Lawirantką” doprowadzając do furii posłów PO. I PSL. Jeden z posłów klubu PSL (zresztą do niedawna w Twoim Ruchu Palikota) chyba nie zrozumiał co to słowo znaczy i wykrzyczał, że poseł Wipler zachowuje się jak menel spod budki z piwem. Chciałbym wiedzieć, gdzie taka budka jest. I gdzie ci menele, którzy takich słów używają.

Koalicja głosowanie wygrała. Naszła mnie myśl, ze teraz pan Prezydent ustawę zawetuje, żeby pokazać, że Konstytucja i los ludzki jest mu bliski.
Jakiś sens tej reformy górnictwa musi być. A jakoś nie chcę wierzyć, że chodzi tylko o to, żeby rozwalić je tak jak się to udało ze stoczniami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz