środa, 31 grudnia 2014

1 stycznia 2015


1. Miałem w tym roku napisać tekst o służbie zdrowia. O tym, co widziałem, kiedy umierała moja babcia. Nie udało mi się. I to jest zła informacja.

Babcia w wieku prawie 88 lat trafiła na ostry dyżur chirurgiczny ze złamaną nogą. Postanowiła pójść do kościoła. Kościół z XVII wieku. Drewniany. Żeby wejść, trzeba przekroczyć konstrukcyjną belkę. No i na tej belce babcia się potknęła.

Miała zostać zoperowana. Niestety ogólny stan był zły. Ordynator tłumaczył, że szpital nie jest przygotowany do takich sytuacji. Chciał babcię wysłać do szpitala, który przygotowany był. Stacja krwiodawstwa etc. Generalnie bał się odpowiedzialności.
I chyba miał problem z podjęciem decyzji.

Zawieszenie trwało chwilę. Nie bardzo wiedziałem co robić. W końcu jeden z lekarzy, przerwał grę w sapera i wyjaśnił mi co się dzieje.
Otóż szpital nie służy do leczenia ludzi, tylko wykonywania procedur medycznych. Bo takie zakontraktowane są przez NFZ. Przyjmując moją babcię ze złamaną nogą, zajął się wykonaniem procedury „złamana noga”. Za wykonanie procedury „złamana noga” szpital dostanie z góry ustaloną kwotę i nie ma możliwości, żeby tę kwotę cokolwiek zwiększyło. Koszty badań i konsultacji przypadku mojej babci już przekroczyły tę kwotę. Ale to jakoś jest wpisane w ryzyko – szpital dostaje ekstra pieniądze za ostry dyżur.
Więc to, że babcia czeka na zabieg, nie ma służyć wymuszeniu łapówki, bo łapówek się teraz brać zupełnie nie opłaca. Tylko wynika z asekuranctwa ordynatora. Że sam zabieg jest prosty, że można go zrobić w każdej chwili. Kiedy tylko ordynator się zdecyduje. Po paru dniach babcia będzie wypisana. Bo tu jest chirurgia. Tu się nie leczy, tu się operuje. I za to płaci NFZ.
Lekarz – wyluzowany starszy gość. Przez parę godzin operował, resztę dyżuru przesypiał, bądź grał w sapera.
Przy okazji opowiedział mi o największym problemie szpitali – lekarz rodzinny dostaje budżet na każdego pacjenta. W ramach tego budżetu powinien wykonywać badania z którymi wysyła pacjenta do szpitala, żeby ten wykonał jakąś procedurę medyczną.
Innymi słowy – pacjent do szpitala powinien trafiać z diagnozą.
Lekarze rodzinni wystrajkowali sobie to, że pieniądze nie wydane na pacjentów trafiają do ich kieszeni. Więc zamiast wysyłać do szpitala pacjentów zdiagnozowanych, wysyłają pacjentów z podejrzeniem. Więc badania musi robić szpital. Niestety NFZ mu za to nie oddaje pieniędzy, bo wypłacił je już lekarzom rodzinnym. Szpitale więc mają deficyt. Narastający.

Potwierdziła mi to pielęgniarka pracująca w SOR w innym szpitalu. Lekarze rodzinni potrafią namawiać pacjentów, którzy mają jechać na planowy zabieg, by dzwonili po pogotowie, mówiąc, że nastąpiło pogorszenie stanu. Dzięki temu lekarz nie musi płacić za transport.

Ordynator zdecydował się na wysłanie babci karetką do szpitala wojewódzkiego. Z 50 kilometrów w jedną stronę. Babcia spędziła na izbie przyjęć chyba kwadrans. Jakiś lekarz coś podpisał, wsadzono ją znowu do karetki i wróciła. Podobny do piłkarza Lewandowskiego kierowca karetki aż mnie przepraszał, że brał udział w czymś tak idiotycznym.

Babcię zoperowano. Wszystko poszło gładko, choć ordynator przed zabiegiem krzyczał na babcię (słabo słyszała), że może operacji nie przeżyć. Później było różnie. Babcia była raz w lepszym, raz w gorszym stanie. Szpital zrobił to, za co zapłacił mu NFZ, więc wiadomo było, że się zaraz będzie chciał babci pozbyć.
Próbowałem rozmawiać z lekarzami o tym, czy jest jakiś oddział, gdzie by ją można było przenieść – w gorsze dni leżała w malignie. Dałem sobie spokój, kiedy jeden powiedział, że lepiej, żeby umierała w domu.

Musiałem wrócić do Warszawy. Opiekę nad babcią przejęła matka. Udało mi się ubłagać ordynatora, żeby babcię wypisano dzień później, by matka zdążyła dojechać z Niemiec, gdzie pracuje. Karetka przywiozła babcię do domu. Po kilku godzinach wylądowała w stanie ciężkim w innym szpitalu (zapalenie płuc). Jej stan zaczął się poprawiać. I nagle zmarła.
Znajoma pielęgniarka sugerowała, żeby sprawdzić, czy dostała odpowiednie leki. Nie zrobiliśmy tego.
Drugi szpital jeden z pierwszych w sprywatyzowanych w okolicy. Delikatnie mówiąc – śmierdzący. 

Dowiedziałem się później przypadkiem, że lekarz rodzinny, który się zajmował moją babcią (kiedyś nie przepisał jej leków na ciśnienie, tłumacząc, że wyczerpał jakiś limit – babcia się nie awanturowała, zaczęła brać co drugi dzień, wypisał, kiedy poszedł do niego przyjaciel matki) zarabia rocznie kilkaset tysięcy złotych.

System ochrony zdrowia korumpuje lekarzy (chodzi mi o 'korupcję' w pierwotnym tego słowa znaczeniu). Nikt nic z tym nie robi.
Brałem kiedyś udział w twitterowej dyskusji z ministrem Arłukowiczem. Kiedy zapytałem go, czy to prawda, że do kieszeni lekarzy rodzinnych trafiają niewydane na pacjentów pieniądze – zamilkł.

Kiedy dziś widziałem Arłukowicza z Neumannem mówiących o dobru pacjenta – nie mogłem im uwierzyć. Firmują zły system. Zajmują się nim wyłącznie pod koniec grudnia. Kiedy pojawia się problem, którego nie mogą nie zauważyć. Nie może nie widzieć go lek. med. Ewa Kopacz.
Pewnie dlatego życzyła nam zdrowia.

Punktów 2. i 3. dziś nie będzie. Wystarczy pierwszy.

Miejmy nadzieje, że w 2015 nastąpi jakaś poważna zmiana.

PS. Na korkowej tablicy w pierwszym szpitalu był napis „Salus aegroti suprema lex”. 


http://blogroku.pl/2014/kategorie/1-stycznia-2015,ayz,tekst.html

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza