środa, 22 kwietnia 2015

22 kwietnia 2015


1. Mam dwie historyjki na później. Jedną strasznie śmieszną, drugą trochę straszną. Ani jednej, ani drugiej teraz nie opiszę. Ale postaram się to zrobić za jakiś czas. Gdybym zapomniał – w tym miejscu zostawię sobie podpowiedź. „Problem wykrywaczy metali”

Zacząłem czytać „Ubeka” red. Rymanowskiego. Mam poważne obawy, że Molke (pod takim poznałem go nazwiskiem) zrobił w konia autora. I to jest zła informacja. Chyba, że później coś się zmieni. Nie mam za bardzo czasu na czytanie, więc dokończenie chwilę mi zajmie. I to jest jeszcze gorsza informacja.

2. Naszła mnie dziwna konstatacja. W Nowej Soli stoi największy na świecie krasnal. Ma nawet certyfikat Guinnessa. Jest – nie bójmy się tego słowa – brzydki. Jak krasnal. Tylko bardziej. Bo jest wielki.
Wpadłem kiedyś na pomysł, żeby zrobić sobie krasnala większego o pięć centymetrów. Postawić w parku i złośliwie chichotać na myśl o prezydencie Nowej Soli, który w okolice swojego krasnala zainwestował jakieś worki pieniędzy.

Z sześćdziesiąt kilometrów na północ, w Świebodzinie stoi inna, przez jakiś czas największa na świecie figura. Też estetycznie dyskusyjna. Choć nie aż tak jak krasnal.
Obie figury generują ruch turystyczny. Z tym, że ta druga bardziej. O wiele bardziej W powstanie tej drugiej nie zaangażowano publicznych pieniędzy. I teraz zgadnijcie, która powoduje większy hejt. Której sensowność powstania jest bardziej podważana?
Krasnal vs Chrystus? Problem jak z pilotowego odcinka „South Parku”. Tylko pozbawiony właściwej serialowi głębi.

O świebodzińskim Chrystusie wszyscy opowiadają ten sam dowcip. Z tym, że nikomu się nie chce sprawdzić kiedy zbudowano „Tesco”. I to jest zła informacja.


3. Od rana było wiadomo, że MON podjął decyzję o zakupie Patriotów i francuskich helikopterów. Przy takich przetargach strasznie trudno jest cokolwiek ogarnąć, bo dziewięćdziesiąt procent dostępnych informacji generowane jest przed lobbystów. Nauczyłem się nie zastanawiać nad tym, co jest technologicznie lepsze, co gorsze, bo często się okazuje, że na dłuższą metę nie ma to znaczenia.
Dziesięć lat temu byłem redaktorem naczelnym serii „II wojna światowa [coś tam dalej w tytule było, ale nie pamiętam]”. Do książek dodawane były filmy produkcji Discovery. Jeden był o PzKpfw VI i M4. Znaczy o tym jak wyglądały pojedynki Tygrysa z Shermanem. Znaczy trudno to nazwać pojedynkami, bo na jednego Tygrysa potrzeba było trzech Shermanów. A może nawet czterech. Nie pamiętam. Wydawać by się więc mogło, że Tygrys był lepszym czołgiem. Ale z filmu wynikało, że niekoniecznie. Bo czasem najlepsza broń wcale nie jest najlepsza.

Kiedyś, po informacjach że będziemy się starać o Tomahawki. Mój wewnętrzny trol kazał mi się wdać w dyskusję z jednym z twitterowych specjalistów od bezpieczeństwa, kiedy ten załamał ręce nad decyzją i zaczął wychwalać jakieś francuskie odpowiedniki. Wieloletnie doświadczenie odebrało mi wiarę we francuską myśl techniczną. Francuscy inżynierowie potrafią zrobić ładne i ciekawe rzeczy. Ale jakoś zawsze się później okazuje, że jest z nimi coś nie tak.
Mój oponent wychwalał francuskie rakiety pisząc o ich bojowych zastosowaniach. Ja poddawałem je pod wątpliwość na podstawie przeczuć związanych z francuską elektroniką użytkową. W końcu doszło do wojny o Falklandy, kiedy Argentyńczycy z starszych francuskich rakiet zatopili jakieś brytyjskie okręty. Wypadało już sięgnąć do źródeł. No i przeczytałem, że obie rakiety okazały się być niewybuchami. Znaczy walnęły w okręty. Nie wybuchły. Tylko wylało się z nich paliwo i wybuchły pożary, który okręty zatopił.

No i właściwie tyle chciałem napisać o pomyśle kupowania francuskich śmigłowców. Które – jakby nie były świetne, są francuskie. I to jest zła informacja.
Gdyby były francusko-polskie to bym się pewnie nie czepiał.


Gdyby były francusko-polskie to bym się pewnie nie czepiał.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza