sobota, 12 sierpnia 2017

12 sierpnia 2017



1. W nocy padało. Wieczorem się na to zanosiło. Obudziło mnie koło siódmej. Z braku pomysłu na życie zająłem się czyszczeniem wentylacji w Suburbanie. Model z 1995 roku nie ma kabinowego filtra, więc cały syf, który wpada przez wlot powietrza na podszybiu wbija się w parownik.
I wbity – rzeczony parownik zatyka. Parownik zatkany, kompresor klimatyzacji kompresuje, silnik wentylacji dmuch, a w środku efekt żaden.
Bogu dzięki wymyślono Googla i Youtube. Nie chwaląc się [cóż to za idiotyczne stwierdzenie] poznałem panią, w której garażu wymyślono Googla, która jest prezesem Youtube.
Otóż mogę się założyć, że jeżeli istnieje jakaś czynność, którą kiedykolwiek będzie trzeba wykonać z jakimś samochodem, istnieje człowiek, który ją już wykonał, nagrał to komórką i wrzucił na Youtube. Pan, który czyścił, gdzieś na środkowym zachodzie klimatyzację w Suburbanie z 1995 roku sugerował, że uda się wyjąć wentylator bez wyciągania komputera samochodu. Mnie się nie udało. Z pomocą Józki [ma drobne dłonie] udało się wydłubać sporo syfu z czegoś, co mieszkaniec środkowego zachodu nazywał airboksem. Zgodnie z sugestiami napchałem do środka mnóstwo czyszczącej chemii, skręciłem wszystko, później z radością obserwowałem jak z poszczególnych kanałów wylatuje piana. Cała procedura była zasadniczo prosta. Jedyny kłopot – musiałem iść do Józka, ojca sąsiada Tomka pożyczyć małą grzechotkę z osprzętem, którego nazw nawet nie znam. Na przykład taką sprężynę, którą się z jednej strony przypina do grzechotki, z drugiej do tego niby klucza [bo jak się tam nazywa to coś z numerem w tym przypadku siedem].
Naprawianie tej wentylacji zajęło mi parę godzin, nie miałem więc czasu na przeglądanie mediów. I to jest zła informacja.

2. Bożenie urwał się koniec wydechu. Dzień wcześniej, kiedy wróciliśmy z krajzegą, porwała Suburbana i ruszyła nad jezioro w Łąkiem, żeby przywieźć stamtąd dziewczyny. Niestety drogi są trzy. Bożena pojechała przez las, chwilę po jej wyjeździe dziewczyny wróciły przez Ołobok. DO tego nie wzięła telefonów, więc mogliśmy sobie dzwonić z dobrą nowiną. Pozytyw jest taki, że wracając przez las znalazła końcówkę, którą wcześniej zgubiła.
No więc wydech był w dwóch, różnej długości kawałkach. Trzeba było coś z tym zrobić. Pojechaliśmy z Michałem i dziewczynami do Świebodzina. Jeździliśmy o jeździli, okazało się, że znalezienie spawacza chcącego się spawaniem wydechu zająć jest problemem. Znalezienie w ojczyźnie spawalnictwa. Problem udało się w końcu rozwiązać – umówić na piątek.

W calu nabycia podzespołów koniecznych do remontu krajzegi udałem się do hurtowni elektrycznej przy Lidlu. Wchodzę i słyszę jak dwóch panów z obsługi rozmawia o wpływie geopolityki na politykę polską. Aż żal było przerywać. Cóż, przerwałem kiedy doszli do Traktatu lizbońskiego „mówię ci, to jednak była zdrada”. Nie wiedziałem, czy gniazdo siłowe, które mamy w kuchni to 16 czy 32. Bożena musiała mi przysłać zdjęcie. Zanim doszło, panowie zaczęli rozmowę o Polinie [upraszczając: Żydzi rządzą światem i kazali nam to muzeum postawić]. Odbierając kupione rzeczy próbowałem tłumaczyć sensowność Polinu z punktu widzenia naszej racji stanu. Mam wrażenie, że bez specjalnego efektu. I to jest zła informacja. Swoją drogą na Twittetrze już zacząłem występować jako „ten Żyd z pałacu”. Po tym, co o Żydach usłyszałem od panów z hurtowni – to chyba komplement.

3. Wróciliśmy, coś trzasło i szyba w tylnych lewych drzwiach przestała się zamykać. To zła informacja.
Dokończyliśmy „Władcę pierścieni”. Mam nadzieję, żę jakiś Netflix zamówi od reżysera zrobienie remake'u. Kompletnego. Niech trwa swoje dwadzieścia godzin.
To, że w obecnej wersji nie ma sceny, w której hobbici wracają do domu i robią powstanie może świadczyć, że autor filmu mało z książki zrozumiał. ​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​​

Tomasz Lis ogłosił, że w związku z tym, że PAD objął patronatem Maraton Warszawski – nie weźmie w nim udziału.
Wcześniej biegał w maratonie patronowanym przez prezydenta Komorowskiego. W „Newsweeku” wisi na ścianie zdjęcie red. Lisa z panią Clinton. Ciekawe, czy rośliny z którymi się fotografuje też usychają.  

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza