piątek, 1 maja 2020

30 kwietnia 2020



1. Nie ma kotów, więc są myszy. Myszy bywały też, kiedy były koty. Ale o ich istnieniu dowiadywaliśmy się, kiedy koty jakąś dopadały. No więc nie ma kotów, są myszy. Właściwie mysz. Dyskretna. Potrafi wsadzić głowę do kuchni i popatrzeć chwilę i powoli się wycofać w związku z naszą w kuchni obecnością. Bożena zastała ją kiedyś w łazience. Grzała się na ciepłej podłogowo grzanej podłodze.
Siedziałem sobie przy kuchennym stole szukając na Allegro kolejnej dyskusyjnie potrzebnej rzeczy. Usłyszałem nagle (tak właściwie to „nagle” nie jest dobrze oddającym tę sytuację słowem, bo to jednak był proces ale jakoś pasuje do „usłyszałem”) dziwne dźwięki dochodzące z szafki koło pieca. Dziwne dźwięki. Странные звуки. Były w czytance rosyjskiej об Артеке, mekce pionierów nad Czarnym Morzem. Konkretnie na Krymie. Artek powstał na chwilę przed urodzinami mojej świętej pamięci babci. Przed rewolucją teren był własnością łódzkiego przemysłowca Gustawa Biedermanna, który miał tam winnicę. Biedermann był synem farbiarza i wnukiem pastora. Winnicę pewnie wycięto.
Podmiot liryczny czytanki usłyszał dziwnie dźwięki, których sprawcą był delfin. Ja – mając świadomość, że nie przebywam w mekce sowieckich pionierów nad Morzem Czarnym nie spodziewałem się delfina. Wyjąłem jedną szufladę – nic. Wyciągnąłem drugą – mysz. Zaczęliśmy się sobie przyglądać. W końcu mysz nie wytrzymała napięcia i uciekła. Była dużo większa niż te, które dziesiątkowały koty. No i miała jasny brzuszek. Nie zdążyłem jej zrobić zdjęcia. I to jest zła informacja.
(A może Rosja zajęła Krym, bo pionier Putin nie zakwalifikował się na pobyt w Arteku i miał w związku z tym kompleks, który postanowił rozwiązać? Nie takie rzeczy się zdarzają w wielkiej polityce.)
Nie miałbym nic do myszy, żeby nie to, że tak brudzą.

2. Obejrzeliśmy „15:17 do Paryża”. Bożenie podobał się mniej. Mnie podobał się bardziej. Od „Gran Torino” przewartościowałem mój stosunek do Eastwooda. Znaczy zmieniłem zdanie, ale „przewartościowanie” brzmi mądrzej.
Filmy Eastwooda pokazują co robić, by zachować się jak trzeba. Żaden z naszych reżyserów nie potrafi robić takich filmów. I to jest zła informacja. Lepszym filmem niż „15:17 do Paryża” jest „Sully”. O pilocie, który wylądował na Hudson. U nas nikt nie zrobił filmu o kapitanie Wronie. Może i dobrze. Historia niesprawdzonego bezpiecznika. W finale pan Kapitan zaprasza gości podczas lotu, lat parę po wypadku do kabiny pilotów, żeby sobie z nimi zrobić selfie.

3. Matka wróciła do Polski. Polskie służby konsularne wsparte zostały przez przedstawiciela niemieckiego medium. Na dźwięk tytułu das Amt natychmiast ustawił się w pozycji zasadniczej. Muszę przyznać, że zdecydowanie wolę współpracować z dziennikarzami niemieckimi, niż polskimi z niby tych samych wydawnictw. Niby tych samych, choć niekoniecznie. Lat temu wiele usłyszałem, że menedżerowie z niemieckich mediowych koncernów traktują pracę w Polsce jak zsyłkę. Znaczy – nie jest to pierwszy garnitur. I to jest zła informacja. Choć często garnitur ten jest od Hugo Bossa. Dlatego ponoć prezydent Kwaśniewski, kiedy chciał coś załatwić w naszych mediach, dzwonił do Niemiec. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza