poniedziałek, 1 czerwca 2020

31 maja 2020


1. Niedziela. Śniadanie przy telewizorze. Bóg mi świadkiem – nic nie pamiętam z przedpołudniowej publicystyki. Utarczkę pomiędzy Sławkiem Sierakowskim a red. Grochal ale nie na tyle dokładnie, żeby móc przytoczyć jakieś z niej słowa. Czyli chyba lepiej było oglądać Domo+. Choć nie wiadomo, bo „Ucieczka na wieś” zrobiła się jakaś nudna. I nie mogę jakoś ostatnio trafić na „Wielkie Projekty”. Na Turbo też dawno nic ciekawego nie widziałem. Słowem: niedzielne oglądanie telewizji traci sens. I to jest zła informacja.

2. Z linką od kosiarki poszedłem do sąsiada Tomka. Poczęstowano mnie kawą. Sypaną. Kawy zasadniczo nie piję. Zwłaszcza sypanej. Chyba, że jestem u sąsiadów. Synowie sąsiadów wywierali na rodzicach presję, by zmontować trampolinę, którą mieli dostać na dzień dziecka. Nieskutecznie wywierali presję.
Sąsiad Tomek będzie coś robił dla Toyoty. Znowu. Poprzednim razem opowiadał historię o jakichś ptakach, które gnieździły na hali. (Gnieździć bardziej mi się podoba niż gniazdować, choć pewnie nie do końca to samo znaczy). Że pilnował, że by podczas prac nie stała się tym ptakom jakaś krzywda. I że przyszedł inżynier jakiś japoński i go pochwalił, bo ptaki w fabryce są ważne.
Linka od kosiarki będzie musiała pojechać do Międzyrzecza. I to jest zła informacja, bo nie do końca wiadomo kiedy wróci.

3. Zagryzłem zęby i zacząłem naprawiać urodzinowy zegar. Czyli powtórzyłem walkę z wahadłem. Po pierwszej – zegar przestał chodzić. Poprawiłem. Zaczął. Ale wciąż się spóźniał.
Z obciętej rurki plastikowej (Bożena zrobiła z nich abażury do lamp w salonie na piętrze – nie wszystkie użyła) zrobiłem dystans, który umożliwił uniesienie soczewki wahadła. Wahadło zaczęło się więc wahać szybciej. Przeczytałem na mądrym zegarmistrzowskim forum, że czy waha się dobrze, będzie wiadomo po czterdziestu ośmiu godzinach. I to jest zła informacja.

Zegar pochodzi z Schwenningen, gdzie w 1844 roku Friedrich Mauthe założył fabrykę zegarów. Orzeł z FMS w szponach oznacza, że powstał po 1925 roku. Czyli jest młodszy od mojej świętej pamięci babci. Jak również starszy od mojego młodszego brata, bo firma upadła w 1975.
Posiadacze garbusów, którym udało się przejechać bezawaryjnie 100 tys. kilometrów dostawali zegarek tej firmy. Dużo mniejszy. Mój by się w garbusie nie zmieścił. Chyba, że w wersji z odsuwanym dachem.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza