1. Przy śniadaniu poznaliśmy hiszpańskiego księcia i krakowskiego ułana. Krakowski ułan opowiedział o pomniku Żołnierza Polskiego w Sandau (Elbe). Pomnik, według opowieści ułana, postawili mieszkańcy miasta w podzięce za to, że polscy kawalerzyści, zająwszy miasto, uchronili jego mieszkanki od bliższego poznania bohaterskich żołnierzy radzieckich.
Obejrzałem sobie pomnik w Googlu. Dwujęzyczna inskrypcja brzmi: Żołnierzom I Armii Wojska Polskiego, którzy w dniu 3.V.1945 r. dotarli w okolicy Sandau do Łaby, wnosząc u boku Armii Radzieckiej wkład w wyzwolenie narodu niemieckiego spod jarzma faszyzmu.
W tej wersji historii naziści cierpieli katusze podbici przez faszystów. Nic dziwnego, że w Niemczech na pomysł usuwania pomników nie jest tak popularny, jak u nas. Pomników, które swoją drogą, formą, bardzo podobne są do tych, jakie usuwamy w Polsce.
2. Trenowaliśmy z pieskiem w parku Jordana. Zastanawiające, jak bardzo park zmalał przez ostatnie ćwierć wieku. Piesek do ćwiczeń podchodził ze sporą rezerwą, ale to się ma szansę zmienić.
Mademoiselle Wassermann powiedziała ponoć w Polsce24, że cały Kraków modli się o powrót profesora Majchrowskiego. W jej wypowiedzi brakło oświadczenia – Kraków to ja.
Z kilku przeprowadzonych przeze mnie rozmów wnoszę, że krakowianie nie chcą powrotu czegokolwiek. Chcą zmiany. Bardzo poważnej.
3. Wracaliśmy bez jakichś specjalnych kłopotów. Poza tym, że ze słonecznych 10 stopni w Krakowie dojechaliśmy przez ulewny w sumie deszcz i później mgły, do 0 stopni i delikatnego śniegu na wsi.
Po drodze słuchaliśmy „Trzech Panów K.”. Tym razem nie będę się czepiał Kacpra Kity, choć jako człowiek dobrze pamiętający lata osiemdziesiąte, mam inną definicję komunisty. W mojej Włodzimierz Czarzasty się nie mieści. I mógłbym to w sumie uzasadnić, ale teraz mi się nie chce.
Bardziej zdziwił mnie dr Deutschland sączący spiskową teorię o amerykańskich źródłach informacji o koleżance Czarzastego.
IMHO nie ma w tej sprawie niczego, czego by nie miały nasze służby. Bardziej niż w amerykańską zemstę, uwierzyć mogę we wkurw naszego rodzimego deep state'u.
Swoją drogą, coraz bardziej irytuje mnie dyskusja o Czarzastym. O tym kim jest powszechnie przecież wiadomo. Kolejne rewelacje tej wiedzy nie poszerzają. Wszystkie mieszczą się w nakreślonych wcześniej ramach. Wydaje mi się, że powinniśmy się zająć tym, kto się zgodził na to, żeby Czarzasty został marszałkiem Sejmu. Decyzyjna postać miała dostęp do tych informacji. Miała też narzędzia, by wymóc na Czarzastym zmianę decyzji. I mianowanie na stanowisko marszałka na przykład którejś z w pełni przez niego kontrolowanych dziewcząt, przepraszam osób kobiecych, czy jak tam te osoby się identyfikują.
Czarzasty nie jest jedyną osobą w otoczeniu postaci decyzyjnej, która – nie bójmy się tego słowa – nieco śmierdzi. Aż trudno uwierzyć, że osoba decyzyjna zupełnie do tego nie przywiązuje wagi. Czyżby wciąż żyła w świecie, w którym skończyła się historia?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz