czwartek, 19 lutego 2026

18 lutego 2025



1. Wygląda na to, że w Krakowie zebrano już podpisy potrzebne do zorganizowania referendum. Teraz zbierane są dodatkowe, na wypadek, gdyby ktoś przeprowadził modną ostatnio akcję dorzucania list z fałszywymi podpisami, by zmylić organizatorów.
Ze wsi mam do Krakowa i do Warszawy podobny dystans. O ile w Krakowie wciąż słychać głosy wątpiące w sukces referendum, w Warszawie mówi się o kandydatach. Dziś usłyszałem, że nie będzie wspólnej osoby kandydującej Razemków i Lewicy (tzw. Nowej). Ma się odbyć bratobójcza, choć w tym przypadku siostrobójcza walka pomiędzy osobą radną Owcą, a osobą poselską Gosek-Popiołek. Zandberg w pierwszej turze ostatnich wyborów prezydenckich uzyskał w Krakowie z 10 procent. Obie osoby potencjalnie kandydujące to obok Zandberga, co najwyżej stały, więc sukcesu – w tym przypadku zbliżenia się do jego wyniku – im nie wróżę.
Ma się odbyć debata pomiędzy Janem Hoffmanem, przewodniczącym komitetu referendalnego, a niejakim Sękiem, wiceprezydentem miasta. Niejaki Sęk zaczepiał mnie kiedyś na Twitterze. Z ciekawości sprawdzałem, kto zacz. Patrząc na jego facebookowe profilowe zdjęcie, muszę przyznać, że dobrali się z Miszalskim jak w korcu maku.
To, co napisałem wyżej, jest niskie. Ale co poradzę na to, że właśnie taki jestem.

2. Prawdopodobnie istnieją różne rodzaje raków. Te, których używam, gdy śnieg się klei, nie zdają egzaminu, bo szybko zaczynam nosić ze sobą tyle śniegu, że zęby raków nie dochodzą do lodu. Dziś wywaliłem się raz. Raz ledwo co udało mi się utrzymać pion. Za to piesek był bardzo grzeczny.
Byliśmy w Zielonej. Galerie handlowe są trudne. Zwłaszcza, jeżeli się człowiek zdążył od nich odzwyczaić. W środku miasta pani policjantka łapała ludzi na radar. Znaczy laser. Nim ją zauważyłem, zastanawiałem się, dlaczego dwupasmową ulicą wszyscy jadą 40 km/godz.

3. W związku z wczorajszym sukcesem „Sicario: Day of the Soldado” wywarłem presję i obejrzeliśmy pierwsze „Sicario”. Bardzo to jest dobre.
Dziś moją ulubioną sceną było, jak szef tłumaczył wątpiącej Emily Blunt, że decyzje podejmują urzędnicy wybierani, a nie mianowani, więc nie ma się czym przejmować.
W Ameryce największą władzę ma urzędnik wybierany z największą legitymacją. I to ma sens. W Polsce – nie. Niemiłościwie nam panujący premier uzyskał niecałe 2,5 procenta głosów.
Marszałek Sejmu uzyskał promil głosów. Marszałek Senatu jeden procent.
Oczywiście system jest taki, że Donald Tusk, maksymalnie mógłby uzyskać niecałe osiem procent (tylu głosowało w sumie wyborców w jego okręgu).
A władzę realnie ma większą niż prezydent, za którym stoi ponad połowa wyborców.
Mam nadzieję, że za mojego życia uda się zmienić tę nieszczęsną konstytucję. Na razie nie widać na to szans. I to jest zła informacja.





 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz