1. Piątek. Krótko spałem. Wstałem. Pognałem na lotnisko. Na lotnisku byłem zdecydowanie za wcześnie. Nie lubię Balic. Są klaustrofobiczne. Z braku interesującego jedzenia objadłem się w saloniku mandarynkami, których powinienem unikać. Samolot odleciał o czasie, ale nie dawano drożdżówki, gdyż miały miejsce technical issues. Na lotnisku przez dobre pół godziny wypłacałem gotówkę, którą zażyczył sobie mechanik od skrzyń. COVID-u prawie już nie ma, a dalej się nie da wypłacić naraz więcej niż 800 zł. Potem z pomocą trzech autobusów dotarłem do Raszyna.
W Raszynie, przed warsztatem, stała Lawina. Piękna, lecz niemożebnie brudna.
Pan mechanik od skrzyń długo liczył pieniądze, gdyż bankomat wypłacał je w różnych nominałach. Po czym wręczył mi pisemną gwarancję. I poprosił, bym do niego zadzwonił, gdy dojadę do domu.
2. Do domu ruszyłem wieczorem. Skrzynia zmieniała biegi w zachwycający sposób. Zupełnie bez szarpnięć. Jechałem spokojnie, nie przekraczając dwóch tysięcy obrotów. Słuchałem „Trzech Panów K.”, których było dwóch. Miałem podejrzenia, że Kita ni w ząb nie rozumie, co mówi Kożuszek, a Kożuszek stracił ciąg na bramkę, więc Kicie odpuszcza.
Było miło, choć niezbyt ożywczo. Ożywiłem się dopiero, gdy panowie zajęli się Sławomirem Dębskim i Strategy&Future. Kita powiedział, że dobrze, iż taka dyskusja trwa. Czy coś w tym rodzaju. Poprzednio pisałem o tym, że S&F bywają śmieszni. Dziś napiszę o tym, że potrafią być szkodliwi.
Dykteryjka, która chodziła po mieście. Pominę nazwisko, bo bohatera mimo wszystko lubię. Otóż był sobie urzędnik, który zrobił oszałamiającą karierę w bezpieczeństwie. Tak szybką, że mimo pięknej nadbudowy, brakowało mu trochę bazy. I tej bazy szukał w publikacjach S&F.
Kiedyś trafił na spotkanie z DNI. Wychodząc z tego spotkania rzucił od niechcenia – chuja wiedzą.
[DNI – jakby ktoś nie wiedział – Director of National Intelligence, nadzorca CIA, NSA, DIA i FBI].
To co usłyszał od towarzyszy amerykańskich nie pasowało do wizji świata S&F. A przecież S&F to szanowani na całym świecie, a zwłaszcza za oceanem, poważni ludzie z olbrzymim wkładem w geopolityczny dyskurs.
Od dwóch godzin próbuję się przekonać, że chce mi się na ten temat pisać, choć i tak mało kto zrozumie, o co mi chodzi.
Gadanie o naszej bombie atomowej jest głupie. Chyba, że się chce zarobić na tym gadaniu pieniądze. Jeżeli zajmują się tym ludzie niepoważni, nie ma specjalnego problemu. Problem pojawia się wtedy, kiedy niby poważni dziennikarze chcący zmonetyzować popularność tych niepoważnych ludzi, włączają się w to gadanie. I zaczynają w to wciągać ludzi pełniących poważne funkcje. I wtedy ten głupi temat staje się tematem poważnym. Bo tak się jakoś przyjęło na świecie, że jeżeli ktoś na poważnym stanowisku coś mówi, to powinno to mieć znaczenie.
Dębski napisał o tym w zero.pl. Niestety, jak na krakowskiego intelektualistę przystało, użył zbyt wielu literek.
Tekst Dębskiego nie jest zaproszeniem do dyskusji. Tekst Dębskiego tę dyskusję zamyka. To zresztą widać po poziomie odpowiedzi na ten tekst.
A jeżeli panowie K. (przynajmniej w części) chcą dyskutować o polskiej bombie atomowej, to podrzucam doktrynę prezentowaną przed laty przez jednego z szefów BBN. Otóż uważał on, że Polska powinna mieć bombę atomową. Na Wolinie postawić wielką drabinę eskalacyjną, taką, żeby ją dobrze było widać z Niemiec. Na tej drabinie tę bombę powiesić na sznurku i postawić tam żołnierza z toporkiem. I rozkazem, że jeżeli tylko Ruskie przekroczą polską granicę, on ten sznurek tym toporkiem ma przeciąć. Muszę dodać, że autor tej doktryny prezentował ją na zamkniętych spotkaniach i nie na trzeźwo. To było jeszcze w czasach, kiedy trudno było mówić o obecności wojsk NATO w Polsce.
3. No więc jechałem spokojnie, nie przekraczając dwóch tysięcy obrotów. Słuchałem „Trzech Panów K.”, których było dwóch. Na wysokości Skierniewic coś chrupnęło i wyłączył się czwarty bieg. Zjechałem z autostrady. Zadzwoniłem do pana mechanika od skrzyń. Powiedział, żebym do niego jechał, ale powoli. Dojechałem. Po drodze się okazało, że nie ma wstecznego. Pan mechanik od skrzyń powiedział, że się nie mam niczym przejmować, że już zapłaciłem i on to naprawi, jak tylko zrozumie, co się stało, ale zajmie się tym w poniedziałek.
Wróciłem na Wilczą i z tej radości postanowiłem się napić. Więc się nie wyspałem.
Rano wsiadłem do pociągu. Oczywiście nie było gniazdek z prądem. Więc zamiast to pisać po drodze, piszę to po nocy.

Widzę że w temacie naprawy automatycznych skrzyń w amerykańskich samochodach od 30 lat nic się nie zmieniło. I to jest zła informacja
OdpowiedzUsuń