czwartek, 6 kwietnia 2017

6 kwietnia 2017


Misia 
27.04.09–06.04.17

piątek, 3 marca 2017

3 marca 2017




Kiełbasa a sprawa polska

1. W Zakopanem [i Chicago] wychodzi „Tygodnik Podhalański” od prawie 28 lat. Ważna gazeta. Choć lokalna. Jerzy Jurecki – jej ojciec i matka – wielce jest zasłużony w promowaniu lokalnej prasy. Ja tam czasami uważam lokalną prasę za jedyną, która się zajmuje sprawami realnie dotykającymi czytelników. Ale nie o tym.
Tygodnik Podhalański” wrzucił tweeta ze zdjęciem jedzącego nie bardzo widać co PAD. Z komentarzem „Kiełbaska w piątek na Kasprowym, jak górale zobaczą to będzie chryja”.

Wszyscy słyszeliśmy o postprawdach i fejknewsach [niech mi Rada Języka Polskiego wybaczy tę pisownię]. Rzadko się zdarza idealny przykład tego, na czym fejknews i jego dotkliwość polega. Mamy w żartobliwym tonie skomponowaną informację. Na pierwszy rzut oka nic poważnego. Któż poważny będzie się zajmował kiełbasą. Większość w ogóle tego tweeta nie zauważy. Ale tylko do czasu. Do czasu aż ktoś nie napisze, że katolik jedzący kiełbasą w wielkopostny piątek jest oszustem. Ktoś inny to podejmie. Wtedy odbiorcy przestają widzieć nieważną kiełbasę. Widzą uzasadniane określenie „oszust”.
Cóż więc robić? Prostować?
[Nie napisałem jeszcze –co ważne – że kiełbasa ze zdjęcia była w rzeczywistości faszerowanym serem pomidorem. Smacznym]
Jeżeli będziemy prostować – czy nie narazimy się na zarzut, że zajmujemy się pierdołami? Kiełbasą?
Cóż, w obu sytuacjach czeka nas – excuse le mot – gównoburza.


Mnie się wydaje, że prostować trzeba.

W 2015 r. otoczenie Donalda Tuska puszczało w Brukseli fejkową informację, że nie został on zaproszony na inaugurację prezydentury PAD. W jej przeddzień napisało o tym europejskie Politico. Napisało zakładając, że otoczenie Przewodniczącego Rady Europejskiej nie będzie żywe oczy okłamywać dziennikarzy. Sprostowałem koło północy. Pomogło. Politico do rana tekst poprawiło.
http://www.politico.eu/article/not-invited-polands-duda-to-tusk-ceremony-warsaw-civic-platform-law-justice/

Innym razem (parę tygodni wcześniej) dzwoniłem do redaktora Wielińskiego z „Wyborczej”, że o kontaktach ministra Szczerskiego z ambasadorami Francji i Niemiec napisał łatwo weryfikowalne bzdury – tym razem się nie udało. Pozostał zamknięty na argumenty.

2. Zadzwoniłem więc do redaktora Jureckiego, żeby mu wytłumaczyć, że „kiełbasa” jest pomidorem. Najpierw nie chciał wierzyć, poźniej zaczął tłumaczyć, że sprawa jest bez znaczenia. Próbowałem mu wyjaśnić, że dla jednych nie ma, dla innych jednak znaczenie ma – zwłaszcza po lekturze komentarzy do tego nieszczęsnego postu. Odpowiedział, że komentarzy nie czyta i mnie to też sugeruje. Odpowiedziałem, że wygraliśmy wybory, bo pilnowaliśmy internetu. W znaczeniu: czytaliśmy komentarze i reagowaliśmy na nie. Na przykład prostując kłamstwa. Skończyliśmy rozmowę pozostając przy własnych zdaniach.

3. Napisałem prostującego tweeta. Informacja o „kiełbasie” powoli zaczęła rozchodzić się po portalach. Wtedy okazało się, że redaktor Jurecki mnie nagrał i postanowił fragment naszej rozmowy wrzucić do sieci.
Drugi raz w życiu coś takiego mnie spotkało – pierwszy raz był, gdy zadzwoniło do mnie polonijne radio z Wielkiej Brytanii [według tamtejszych przepisów dziennikarz może nagrywać bez uprzedzenia i publikować później nagranie].
Cóż, gdybym tym razem wiedział, że i w jakim celu jestem nagrywany – mówiłbym może trochę bardziej składnie.

Trudno mi mieć jakieś specjalne pretensje o to nagrywanie – wszystkim powtarzam, że w czasach milionów smartfonów w każdej chwili ktoś może nasze zachowanie uwiecznić, zachowywać się więc należy porządnie.

Gdy później rozmawiałem z redaktorem Jureckim przyznał, że zawsze nagrywa rozmowy telefoniczne [to dla niektórych może być ważna informacja]. Obiecał zweryfikować kwestię menu.
Ciekawe, czy zweryfikowana informacja rozejdzie się podobnie jak fejk.

Ktoś się może zastanawiać po co pisać tyle słów o „kiełbasie”. Ktoś, kto nie zauważył, że ten tekst jest jednak o prawdzie. Prawdzie w czasach postprawdy.  

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

21 sierpnia 2016


1. Już tu pisałem, że dzień wyjazdu jest raczej dniem zmarnowanym.
W nocy lało. Bardzo, choć wieczorem nie bardzo na to wyglądało. Choć wieczorem sąsiad Gienek ostrzegał, że lać może.
Przez noc nowym – tym razem działającym – prostownikiem doładowywałem akumulator w 735. Prostownik był niby hermetyczny, dlatego się zdziwiłem, że zaparował mu wyświetlacz. Niewiele myśląc rozkręciłem urządzenie i wylałem z niego pół szklanki wody. Co było interesujące nie tylko ze względu na jego hermetyczność, ponieważ dziwne było, że aż tyle wody się w środku zmieściło.
Posadziliśmy włoski orzech. Pierwszy nie przeżył spotkania z panami kopaczami od kanalizacji. Ten, na razie wygląda bardzo obiecująco.
Na wsi używam crocsów. Chyba od dziesięciu lat. Lat temu z osiem, usłyszałem, że crocsów nie znosi natenczas młoda warszawska lewica, bo są bardzo popularne wśród izraelskich żołnierzy na przepustkach. A izraelscy żołnierze są źli, bo źle traktują Palestyńczyków.
Crosców nie lubiła także młoda warszawska prawica niepodległościowa, bo nosił takie Adam Michnik. Na moje oko nosił crocsów podróbki, ale młoda warszawska prawica niepodległościowa nie zawsze lubi przyglądać się detalom.
Ja, w każdym razie crocsy lubię i używam przez większą część roku. Wymieniając je czasami na gumofilce.
Jakiś wybitny dziennikarz kiedyś napisał, że crosców producent ma problem z modelem biznesowym, bo są to buty właściwie niezniszczalne, więc klienci wciąż używają tych samych zamiast wymieniać je na nowe co roku.
Nie jest prawdą, że są one niezniszczalne. Po prostu się wycierają – czyli ich ubywa. Więc moich dziesięcioletnich prawie nie ma. Na tyle nie ma, że jakiś dziwny kolec przebił mi podeszwę w wbił się w mą lewą stopę. I to jest zła informacja.

2. Czytam „Porozumienie przeciw monowładzy”. Jestem niby na początku, ale wciąż nie znalazłem czegokolwiek z tego, o czym w dziesiątkach tekstów rozpisywali się dziennikarze, a tysiącach postów podjęły media społecznościowe.
Nie ma się czemu dziwić. W mediach mamy dziś do czynienia z monetyzacją hejtu. Nice chce mi się teraz rozpisywać na czym to polega. I to jest – być może – zła informacja.

3. Dawno temu, chyba w grudniu. Znaczy – na pewno w grudniu, stało się w beemce coś takiego, że przestała wiedzieć, że ma włączone światła. Znaczy – przestała włączać oświetlenie tablicy rozdzielczej, zmieniać wyświetlacz w radio i – przede wszystkim – awanturować się, kiedy wysiadając zostawiało się włączone światła. I to jest raz. Z miesiąc temu gazownik zauważył, że pasek klinowy od pompy wody i alternatora jest postrzępiony, i że trzeba go zmienić. I to jest dwa. Wtedy umówiłem się z mechanikiem Jackiem na wymianę pasków, razem z wymianą amortyzatorów, ale na skutek zbiegów okoliczności nie udało się tego zrobić. A przez zamieszanie z tym związane, o pasku zapomniałem. I to jest trzy.
No więc wracaliśmy do Warszawy. Całkiem żwawo. No i za Strykowem nagle naraz zapaliła się kontrolka ABS, ładowania i hamulców. Najpierw pomyślałem, że problem jest z kontrolkami. Chwilę później komputer zgłosił problem z temperaturą płynu chłodzącego. Wtedy wpadłem na to, że strzelił pasek klinowy. Zjechałem na pobocze i zadzwoniłem do kolegi Piotra, króla Skierniewic z prośbą o pomoc w znalezieniu holownika. Odnalazł takiego natychmiast. Niestety, proces jego przyjazdu zajął godzinę. Dojechaliśmy na najbliższy parking. Przy stacji BP. Pan holownik zaczął zmieniać pasek. Zajęło to ze dwie godziny, bo generalnie nie było zbyt wygodnie. Asystowałem mu w miarę możliwości. Co było trudne, bo przez cały czas bolała mnie dziura w lewej stopie. Po wszystkim okazało się, że strzeliła chłodnica. Czyli cała robota o tyle na nic, że jechać się nie da. Więc samochód znowu wciągnięto na lawetę i pojechaliśmy do Warszawy. Nie będę pisał, co było złą informacją. Proszę sobie wybrać. Dojeżdżając do Warszawy, powiedziałem panu holownikowi, żeby skręcił w prawo [w stronę lotniska], zapominając o tym, że w tym celu trzeba skręcić w lewo. Pojechaliśmy więc w przeciwną stronę. By dojechać na Szyszkową jechaliśmy przez Ursus, gdzie się zgubiłem. W międzyczasie zaczął wydzwaniać do mnie taksówkarz, którego wcześniej zamówiłem. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Pan holownik popatrzył na mnie w sposób taki, z którego można było wywnioskować, że gdybym mu powiedział, że jedziemy na Szyszkową, dojechałby sam. O wiele szybciej. Warsztat mechanika Jacka jest obok parkingu. Panowie parkingowi mają klucze do jego bramy. Poprosiłem, zlustrowali lawetę, dali klucze, powiedzieli: ale Jacek jest chyba na urlopie.
Wstawiłem beemkę, zamknąłem bramkę, oddałem klucze, podjechaliśmy do bankomatu, zapłaciłem panu holownikowi, jedziemy do domu. Po drodze okazało się, że nie wziąłem z auta worka z jedzeniem.
Dobrą informacją jest, że zdążyliśmy do domu przed świtem.


sobota, 20 sierpnia 2016

20 sierpnia 2016



1. Wstałem wcześnie. Przeczytałem w „Plus Minus” sylwetkę Michaiła Gorbaczowa pióra Andrzeja Łomanowskiego.
Andrzeja poznałem w „Przekroju”. Dla rozmów z nim przy papierosie warto było wtedy palić.
Dziś zbyt rzadko mogę czytać jego większe teksty. I to jest zła informacja.

2. Pojechaliśmy z Bożeną do miasta. Do Grene, po paski klinowe do kosiarki i na targ, po pomidory. Gruntowe są po 2,50.
Jeden ze sprzedających na targu [nazywanym tu rynkiem] panów stwierdził, że przypominam mu prof. Modzelewskiego.I nie jest to dobra informacja, bo o samym profesorze nie miał zbyt wysokiego zdania. Porozmawialiśmy chwilę o podobnościach. Pan uważał, że każdy ma swojego sobowtóra. Opowiedział, że spotkał kiedyś człowieka identycznego z kolegą, którego dwa tygodnie wcześniej pochował. I, że nie było to przyjemne. Przysłuchujący się rozmowie klient opowiedział, że oskarżył kiedyś nie tego, co trzeba brata. Byli tak podobni, że mu się pomylili. Ledwo się udało wyprostować sprawę przed zarzutami prokuratorskimi. Opowiedziałem na koniec, jak kiedyś ktoś wynalazł zdjęcie, na którym syn płk. Kadafiego wygląda zupełnie jak mój brat. Nie udało mi się teraz znaleźć tego zdjęcia. I to jest zła informacja.
Na stacji przy Tesco kupiłem gaśnicę. Jestem więc znowu przygotowany.

3. Nowy pasek klinowy zrewolucjonizował pracę z kosiarką listwową – nie spada, mimo iż zacząłem wykonywać dziwne rzeczy.
Sprzątnęliśmy kolejny kawałek parku. Może nie tak spektakularny, jak przed tygodniem, ale zawsze jakiś.
Bożena uporała się z właściwie całym drewnem, jakie podwykonawca Enei odzyskał z resztek wyciętego przez siebie sadu.
Wieczorem wpadliśmy na chwilę do sąsiadów. Było tradycyjnie miło. Pojawiły się grzyby. Nazbierali ich sporo.
Ja, wcześniej po tym, jak dolałem olej do skrzyni w 750, pojechałem na krótką przejażdżkę. W miejscu, gdzie zwykle sprawdzam, czy nie ma grzybów – grzybów nie było. Nie było też części lasu, bo został wycięty. Za to ten kawałek, który wycinany był lat temu dziewięć – już trochę odrósł. Dopiero, kiedy tu przyjechałem dotarło do mnie, że las to zasadniczo takie samo pole, jak na przykład z kukurydzą. Tyle, że żniwa nie są co roku. Redaktor Wajrak pewnie ma ten temat inne zdanie. Ale kiedyś, na papierosie w „Przekroju” usłyszałem, że tłumaczył kiedyś przed laty, że zwierzęta mają taką blokadę, która uniemożliwia im rozmnażanie się wewnątrz rodzeństwa. Tłumaczył koleżance, która w to uwierzyła, bo to przecież redaktor Wajrak.
Strasznie łatwo stać się w Polsce autorytetem. I to jest zła informacja.  

piątek, 19 sierpnia 2016

19 sierpnia 2016



1. Wstaliśmy zadziwiająco późno. I to jest zła informacja.
Bożena wysłała mnie z misją obudzenia dziewczyn. Wymyśliłem odrażająco dotkliwy sposób. Biorę leżący koło łóżka telefon, ustawiam budzik na za pięć minut i kładę na tyle daleko od łóżka, żeby było trzeba wstać, by budzik wyłączyć.
Bycie nibydziadkiem dostarcza wielu dziwnych przyjemności.

2. Po długo trwającym śniadaniu śniadaniu przez czas jakiś zajmowałem się drewnem. Nie tak może efektywnie, jak bym chciał. Wsiadłem więc do auta i pojechałem do Tesco oddać zepsutą pilarkę. Najpierw podjechałem do Mrówki, żeby kupić tarczę do krajzegi. Miły pan nie był mi w stanie wyjaśnić na czym polega w efekcie różnica pomiędzy taką, która ma zębów 40, a inną, która ma ich 80. Wziąłem więc najtańszą.
W Tesco spędziłem 40 minut przy ladzie w oczekiwaniu, aż przyjdzie ktoś z obsługi. W końcu zobaczyłem kierownika sklepu, dzięki którego protekcji udało się doprowadzić do tego, że sprawa została rozwiązana.
W Lidlu przeprowadziłem zabawny dialog z panią kasjerką.
Ona [widząc pięć paczek sera Gran Padano]: Faktura?
Ja: Nie, żarłok.
Ona: A, smakosz.
Od tygodnia chodzi za mną Orangina. I to jest zła informacja, bo nie ma jej w Lidlu.

3. Wymieniłem tarczę w krajzedze. Nowa rżnie jak stara. I to jest zła informacja. Jednak z tymi zębami, to o coś chodzi.
Wykosiłem część parku wokół grabu/lipy. Z niewiadomych przyczyn znowu zaczął mi spadać klinowy pasek, więc koszenie nie było tak przyjemne jak ostatnio.
Później 750 pojechaliśmy z Tośką po Józkę na dworzec. Pociąg spóźnił się dwadzieścia minut.
Wyremontowano podziemne przejście pod peronami. Ściany wyłożono granitowymi płytkami. Z jednym wyjątkiem. Podczas remontu odkryto niemiecki napis: wyjście do miasta. I na peron, z którego odchodzą pociągi do Sulechowa. Znaczy, odchodziły. Dziś nie odchodzą. Dziś torów już nie ma. Znikły w latach dziewięćdziesiątych. Wydaje mi się, że za unijne pieniądze zrobiono na części szlaku ścieżkę rowerową. Zarosła, bo nikt nią nie jeździł.
Zazwyczaj, kiedy wracam z Berlina jeżdżę bocznymi drogami. Przez małe wsie, bardzo podobne do tych, po naszej stronie Odry. Czasem na przejeździe kolejowym przepuszczam pociąg wielkości przegubowego autobusu. Niemców utrzymują takie linie. Ale to oni przegrali wojnę.

czwartek, 18 sierpnia 2016

18 sierpnia 2016


1. Przyjechał dzień wcześniej wezwany pan od satelitarnych anten. Zasadniczo, to miał być w piątek, ale się okazało, że ma okienko.
Dawno, dawno temu czyli pewnie ze trzy lata, panowie z jego firmy zamontowali nam antenę. Kiedy montowali – wszystko było ok. Kiedy pojechali – zaczęły znikać kanały. Później zaczęły się też pojawiać, by na koniec zniknąć zupełnie. Poza chyba TVP Info, które akurat dostępne jest telewizji naziemnej. Znakomita większość kanałów dostępnych w telewizji naziemnej serwuje rzeczy tak słabe, że oglądanie ich może powodować nieodwracalne zmiany w mózgu. I to jest zła informacja.
Pan od satelitarnych anten wymienił talerz. Znaczy, użył talerza, który został po czasach, kiedy zażywałem satelitarnego internetu. Zdecydowanie większego, niż używany dotychczas. Ustawił, podłączył, zaczęło działać. Wyjaśnił, że jakiś czas temu Cyfra zmieniła sposób nadawania i teraz na małych talerzach nie działa. Nikomu nie powiedzieli, ludzie są wściekli, a on musi wysłuchiwać. Takie czasy.

2. Pojechałem do Gniezna. Przez Poznań. Droga dobra. Jedzie się szybko. Trochę się po Gnieźnie pokręciłem. Całkiem ładne miasto z całkiem zgrabnym rynkiem z widokiem na katedrę. Katedra duża. Widać ją z daleka. Kiedy patrzyłem z daleka dotarło do mnie, że nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy uzyskała dzisiejszy wygląd. I to jest zła informacja.

3. Z Gniezna pojechaliśmy na północny-wschód. W stronę Żnina. Na obóz harcerski. Poprzednio, na obozie harcerskim byłem tak dawno, że trudno mi sobie przypomnieć, kiedy to było. I to jest zła informacja.
Mieliśmy z Druhem Podsekretarzem podobne spostrzeżenie. Zupełnie niezależnie rozpoznaliśmy zapach. Mokry brezent połączony z lasem i czymś jeszcze. Zapach harcerskiego obozu.

Wracając, zgubiłem kwit na A2. Musiał mi wypaść z auta, kiedy się na chwilę zatrzymałem. Zastanawiałem się, czy Autostrada Wielkopolska aby nie naliczy mi opłaty manipulacyjnej w wysokości na przykład stu złotych. Nie naliczyła. Zapłaciłem jedynie maksymalną stawkę, jaką mógłbym zapłacić. Czyli dokładnie tyle, ile miało być.
Sowy [kanie] z pobocza znikły, mam nadzieje, że komuś smakowały.   

środa, 17 sierpnia 2016

17 sierpnia 2016


1. Cały wtorek rżnięcia z niewielką dawką rąbania. Bardzo niewielką. Góra gałęzi znika. Nie tak szybko, jakbym chciał. I to jest zła informacja.

2. Środa – podobnie. Przy drugim akacjowym klocku szlag trafił ponoć austriacką pilarkę marki Straus. I to jest zła informacja.
Akację rżnie się słabo. Za to świetnie rąbie. Lipę – przeciwnie.
Pojechaliśmy do Tesco. Kanie [Sowy] przed Lubogórą wciąż rosną. Zareklamowałem cyfrowy prostownik, bo się okazało, że na skutek awarii systemu wciąż nie można zwracać ani wystawiać faktur. Zanim zareklamowałem – myślałem, że zniosę jajko czekając z pół godziny aż ktoś z obsługi podejdzie do punktu obsługi klienta. Po dwudziestu paru minutach, pozostawiając przy ladzie punktu panią, której źle naliczono marchewkę udałem się na poszukiwanie kogoś, a najchętniej kierownika. Spotkałem panią, która wykładała na półki coś tam ze śtaplarki. Zaczepiłem. Odpowiedziała, że skoro nikt nie przychodzi, znaczy nikt nie może. W sumie – logicznie. W końcu przyszła pani, która była tak ujmująco miła, że odechciało mi się awanturować w związku z półgodzinnym czekaniem.


3. Postanowiłem ruszyć kosiarkę. Najpierw musiałem ją zatankować. Oczywiście przy okazji rozlałem trochę benzyny. Rozlewając pomyślałem, że lepiej by było, żeby się od jakiejś iskry nie zapaliło. Później zabrałem się za poprawianie masy – bo jest problem z odpalaniem. Przypadkiem z masą zwarłem plus akumulatora. No i zaczęło się palić. Konkretnie – zaczęła się palić benzyna rozlana na plastikowym zbiorniku, w którym było dziesięć litrów benzyny. Poleciałem do beemki. Gaśnica nie dość, że była w bagażniku, to jeszcze była sprawna. Po chwili mocowania się z zawleczką udało mi się pożar ugasić nim zbiornik eksplodował. Niewiele brakowało. I to jest zła informacja.
Kiedy miałem lat ze trzy, mieszkaliśmy w Tarnobrzegu. Przy ulicy chyba Waryńskiego. No i wtedy wybuchła nam kuchenka gazowa. Znaczy, nie cała kuchenka, tylko jeden z kurków. Nagle odleciał i z miejsca po nim buchnął płomień. Taki metrowy. Odciął mnie ten płomień w kuchni. Chyba ze strachu, bo nie wiem jaki by miał być inny powód postanowiłem się z tej kuchni wydostać i rzuciłem się w ten ogień. Nic mi się oczywiście nie stało. Ktoś chyba powiedział, że kiedy dorosnę – zostanę strażakiem. Nie zostałem. Choć mam słabość do gaśnic. Jutro będę musiał kupić nową do beemki.