środa, 8 sierpnia 2018

7 sierpnia 2018



Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Tym razem obudziła mnie krajzega konkretnego sąsiada. Konkretnie tego konkretnego, którego obejście jest między nami a kościołem. Robi chłop drewno. Na zimę. Albo na handel. Obudziłem się z bolącym przy przełykaniu gardłem. I to jest zła informacja, bo mało jest rzeczy tak męczących jak szeroko rozumiane przeziębienie przy trzydziestoparostopniowym upale.

2. Udałem, że nic mi nie jest i zabrałem się za przerabianie fragmentu parku na trawnik. Czyli grabienie, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, ciąganie włóki, grabienie, zbieranie zagrabionego, wywożenie zagrabionego, grabienie, ciąganie włóki płaską stroną, sianie i walcowanie.
A wszystko to z „Raportem Pelikana” z Audioteki. Grisham cudownie jedzie po wynaturzeniach powodowanych dożywotnią nieusuwalnością sędziów amerykańskiego Sądu Najwyższego. Książka z 1992 roku. Wszyscy palą papierosy. Również studenci na zajęciach. Wykładowca prawa romansuje ze studentką. Zupełnie jak natenczas na Prawie na UJ-ocie. Z tym, że w książce naraz tylko z jedną. I romans nie jest wymuszony zaliczeniem.
To właściwie niewyobrażalne jakim bagnem był na początku lat dziewięćdziesiątych Wydział Prawa. Dziś niewyobrażalne. Zwłaszcza kiedy się słucha wielkich słów ówczesnych tego wydziału profesorów.
Film „Raport Pelikana” pomija chyba osiemdziesiąt procent skomplikowania książki. I to jest zła informacja.
Zwalcowany przyszły trawnik podlałem. Teraz trzeba będzie parę dni zaczekać.

3. Rozgrzany pracą postanowiłem naprawić lodówkę. Side by side. Samsung. Chyba przeklętą. Od zeszłego roku wymieniliśmy dwa kompresory. Naprawy trwały, bo naprawiaczowi z Zielonej Góry zawsze czegoś brakowało i musiał przyjeżdżać drugi raz. Psuł mu się samochód, jechał do sanatorium i tym podobne.
Lodówka w końcu zaczęła działać. Trwało to nawet ze trzy miesiące. Aż nagle stało się tak, że zamrażarka mroziła jak trzeba, za to lodówka nie schodziła poniżej 12 stopni. Miało to swoje plusy – piwo było w przyjemnej temperaturze. Gorzej zresztą zawartości. Godzinami patrząc na ręce zielonogórskiego naprawiacza czegoś tam się nauczyłem. Wyszło mi, że skoro mrozi, to nie jest problem z czynnikiem i kompresorem. Dobrałem się do wymiennika w części chłodzącej. Okazał się zalodzony. Z kolei jego grzałka, która powinna być do niego przymocowana, spadła i zaczęła wytapiać plastik obudowy. No i czujnik temperatury wiszący zupełnie nie tam, gdzie być powinien. Udało mi się to wszystko jakoś poskładać. No i lodówka zaczęła znowu chłodzić. Marnuję się w tej centralnej administracji. I to jest zła informacja.
Przypomniało mi się, że mnie boli gardło. No i się wyleczyłem połową butelki Beefeatera. Cóż, jak dokładnie trzy lata wcześniej raczył stwierdzić ksiądz infułat Bielański – sierpień jest miesiącem trzeźwości, nie abstynencji.

wtorek, 7 sierpnia 2018

6 sierpnia 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Tym razem obudziła mnie piła łańcuchowa konkretnego sąsiada. Konkretnie tego konkretnego, którego obejście jest między nami a kościołem. Robi chłop drewno. Na zimę. Albo na handel. 
Szybka prasówka. Tygodniki, rubryki plotkarskie. „Wprost”, jak to „Wprost”. Większa połowa o lewicach. Gociek z Gmyzem bez informacji z MSZ. Sygnalista jakoś specjalnie się nie kryje z tym, że większość jego rubryki to realizacja interesów. Mam narastające wrażenie, że byłbym w stanie robić najlepszą rubrykę plotkarską w mieście. I to jest zła informacja, bo jej przecież robił nie będę.

2. Od dawna chwalę „Fakt”, że ma najlepiej robione teksty polityczne w mieście. Że na jeden, tysiąc znakowy tekst miewają materiału, z którego gwiazdy naszej publicystyki typu Michała Krzymowskiego zrobiłyby wieloodcinkowe story.
Roberta Felusia – naczelnego „Faktu” znam z ćwierć wieku. Pracowaliśmy razem przy Wielopolu, w Pałacu Prasy – byłym budynku IKC.
Swoją drogą, nie wiedziałem, że Marian Dąbrowski, twórca Ilustrowanego Kuryera Codziennego był fundatorem krakowskiego Pomnika Nieznanego Żołnierza. Krakowska legenda głosi, że Dąbrowski w testamencie zarzekł, że Pałac Prasy ma po wsze czasy być siedzibą prasy. Spadkobiercy te wsze czasy skrócili chyba do 2011 roku. I to jest zła informacja, bo pan Marian chyba zasłużył sobie, by jego polecenia traktować poważnie.

3. Ale nie o tym. Zaraz się okaże, że przyjdzie mi cofać moje dla „Faktu” pochwały. I nie chodzi tu o prostą politykę, bo dziennikarz jest od tego, żeby się czepiać. Chodzi o to, że dobry dziennikarz czepia się w sposób bezdyskusyjny.
„Fakt” przyczepił się prezydenckiej wizyty w Australii. A jako że specjalnie nie było czego – zaczęli kombinować. Nie będę przeprowadzał analizy tekstu, w którym Mikołaj Wójcik widzi problem w konieczności lotu ochrony czy tym, że wcześniej do Australii poleciała grupa przygotowawcza. [Była kiedyś taka wizyta, która nie została odpowiednio przygotowana i wiemy jak się to skończyło]
Problem polega na tym, że jestem się w stanie założyć, kto ten temat „Faktowi” nadał. I gorszą informacją jest nie to, że akurat ta osoba to zrobiła, a to, że „Fakt” to łyknął. A ja już nie mogę tak redakcję chwalić.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

5 sierpnia 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Nad ranem nadchodziła burza. Ubiegłotygodniowa trauma wyrwała mnie z łóżka i zmusiła do oblecenia domu w poszukiwaniu otwartych okien. Drżąc zasnąłem. Burza przeszła właściwie bezobjawowo. Przewróciła tylko stojący na schodach do domu hibiskus.
Wstałem nieprzytomny. Późno. I to jest zła informacja.
Za to, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, w niedzielny poranek nawet nie próbowałem włączyć telewizora.

2. Wiskoza w porządku. Nie uruchamia się wiatrak elektryczny. Z dwojga złego to chyba dobra informacja. Pewnie, gdybym zrozumiał filozofię VAG-a, byłbym w stanie określić, co zaniemogło.

Nie ma upału. W domu temperatura spadła o trzy stopnie. Jest przyjemnie. A to tylko trzy stopnie. Zabrałem się za składanie szafy bibliotecznej, której dostawa kilka dni temu wyrwała mnie z łóżka. To było drugie podejście. Za pierwszym razem okazało się, że środkowe drzwi się nie zamykają. Rozebrałem, złożyłem i znowu się nie chciały zamknąć. Przyjrzałem się im dokładniej. Mimo identycznych zdobień okazało się, iż pochodziły z innego mebla. I to jest zła informacja, bo trzeba je będzie nieco przerobić. I będzie to musiał zrobić pan Stolarz, któremu zajmie to z półtora roku. Bo w międzyczasie złamie sobie rękę, obetnie palec, zmiażdży stopę. Ale w końcu wydobrzeje. I zrobi nawet ładnie. Syn pana Stolarza nie poszedł w ślady ojca. Pracuje dla podwykonawcy Orange i zakładał mi światłowód, o czym mi z dumą pan Stolarz opowiedział, kiedy przywiózł nie pamiętam co, co na pewno robił przynajmniej osiem miesięcy, bo jego pracownik przeszedł na emeryturę, a o pracownika teraz trudno. Bo nic nie potrafią a pieniędzy chcą. I strach, żeby warsztatu nie podpalili.

3. Wieczorem byłem z Tośką w Tesco. Kupić farbę w promocji tanią, bo się okazała bardzo dobra. Kupiłem trzy. Zapłaciłem, patrzę na rachunek – są nie po dwanaście, a czterdzieści pięć złotych. Do punktu obsługi klienta. Pani ze mną do miejsca, gdzie stoi farba. Duży napis dwanaście. I mały: czterdzieści pięć. Bo wymieszane stały. Dałem się zrobić jak dziecko. I to jest zła wiadomość, bo od dwudziestu prawie dziewięciu lat żyję w wolnorynkowej rzeczywistości.

Później wieczorem wpadł sąsiad Tomek. Opowiedział historię o tym jak zginął syn sąsiadki naszej od strony przeciwnej niż sąsiad Gienek. Dwadzieścia osiem miał lat i wszyscy go lubili. Kupił poloneza Caro. Nowego. Wracał drogą od strony Skąpego, wyprzedzał kombajn, który wcześniej sam zamówił, żeby mu wykosił i wyprzedzając wyleciał na zakręcie. Walnął bokiem w akację. Licznik stanął na 120 km/godz. Kombajnista zgasił kombajn i biegiem trzy kilometry leciał, żeby pogotowie wezwać. Czasy były sprzed komórek. Pogotowie się nie mogło do środka auta dostać – wszystkie drzwi poblokowane. Sąsiad Tomek kluczem chyba czternastką drzwi odkręcał, bo miał jako czternastolatek ręce drobne i tylko on dał radę. Do dziś wszystko pamięta, a to już ponad dwadzieścia lat.
Droga na Skąpe kręta, strasznie dziurawa i wąska – tutejszą metodą jedna nitka asfaltu i szerokie pobocze, by się dało mijać. Kiedy są liście na drzewach – słabo widać, co za zakrętem. 

niedziela, 5 sierpnia 2018

4 sierpnia 2018



Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Obudził mnie (za wcześnie) dźwięk młota walącego w coś. Wstałem, przeprowadziłem rozpoznanie, z którego wyszło, że młot musiał być naprawdę duży. Podobnie coś, w co walił, albowiem ten, który walił nie był żadnym z naszych bliskich sąsiadów, a huk był naprawdę poważny.
W hurtowni koło Lidla kupiłem siedem metrów przewodu 5x2,5. I puszki. W Lidlu nie kupiłem miniaturowych chryzantem 2,50 za sztukę. W Tesco kupiłem farbę emulsyjną białą. W promocji. 15 zł za wielkie wiadro. Kupiłem. W Mrówce farbę wodną, której litr kosztował trzy razy więcej niż 9 litrów tej z Tesco.
Termometr miejscami wskazywał 36 stopni. Czyli generalnie więcej niż chwilowe spalanie. Zatankowałem gaz. Czekając na miejsce przy dystrybutorze, z niepokojem obserwowałem wskaźnik temperatury silnika. Wskazówka powoli mijała 120 stopni. Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że w audi temperatura pływa. W E32 wskazówka trzymała się środka skali. Chyba, że coś było nie tak.
Niby w instrukcji A8 napisano, żeby się nie przejmować. Chyba, że wskazówka osiągnie czerwone pole (130 stopni). Ale i tak trzeba będzie sprawdzić wiskozę. I to jest zła informacja.

2. Kupiłem na Allegro skaner diagnostyczny VAG. Mały. Za stówkę. Podłączam co chwilę i wciąż nic nie rozumiem. Gdybym dwadzieścia lat jeździł Golfem, pewnie wszystko byłoby inaczej.
Z kupowaniem audi było tak – E32 przywiozło nas ze wsi do Warszawy. Na podwórku, po zgaszeniu silnika usłyszałem bulgotanie płynu chłodzącego. Dziwne to było, bo do samego końca trasy układ trzymał temperaturę. Następnego dnia dolałem płynu ale nie odpalałem silnika. Dzień później ruszyła Bożena. Nie wyjechała z bramy, bo ktoś blokował wyjazd. Zgasiła. I już nie mogła zapalić. Rozrusznik nie był w stanie obrócić.
Jako, że auto stało w bramie – laweciarz bez problemu je załadował i zawiózł do mechanika Jacka. Mechanik Jacek zadzwonił po paru godzinach, że woda w cylindrach, trzeba więc ściągać głowicę, a on się tym przez przynajmniej dwa miesiące nie zajmie, bo mocy przerobowych nie ma. Czyli, że nie mamy auta. Suburban wciąż miał być w przyszłym tygodniu a jeździć trzeba. Przez chwilę jeździliśmy Kaplowozem, który przestał być Megane Cabrio, a się stał E46 dwulitrowym dieslem. Też kabrioletem. Przez chwilę nawet mi się dwulitrowy, prawie nic nie palący diesel spodobał, ale jakoś mi przeszło. Za dużo zbyt byle jakich ofert.
Zacząłem szukać E65. Siódemka to jednak siódemka. Niestety, co się jakaś ciekawa pojawiała, to się natychmiast sprzedawała. Frustrujące.
Trochę na skutek sugestii pana Mirka (kierowcy Druha Podsekretarza) – że tylko mercedes – rozglądałem się za CLK. Dwa tygodnie przeglądania ogłoszeń było na tyle męczące, że zdecydowaliśmy coś kupić. Pożyczyliśmy volvo S90. Bardzo fajny samochód. Szkoda, że nie robią sześciocylindrowych. [Tak, drogi Staszku, wiem, ma to ekonomiczne, ekologiczne i logiczne uzasadnienie. Ale szkoda, że nie robią sześciocylindrowych] I pojechaliśmy oglądać E65 pod Wrocław. Znaczy mieliśmy. Bo najpierw w Warszawie oglądaliśmy S80. V6. Ponoć jakiegoś celebryty. Nawet jak na moje standardy zbyt brudne w środku. S80 takie same, jak to, którym jeździ sąsiad Tomek. Z tym, że on ma diesla D5. No więc mieliśmy jechać pod Wrocław oglądać E65, które miało jeden plus – instalację wtrysku gazu w fazie ciekłej. I mnóstwo minusów – właściwie brak wyposażenia. No i przez chwilę ten plus przysłonił mi minusy. Przez chwilę. I zamiast pod Wrocław pojechaliśmy do Leszna.
W Lesznie stał CLK. Pięknie sfotografowany. Stał w komisie. Komis nieczynny, bo sobota, choć otwarty. Zanim pojawił się właściciel obejrzałem samochód. Zgodnie z radą pana Mirka sprawdziłem progi. Znaczy wsunąłem rękę w miejsce, gdzie próg być powinien. Były dziury, z których wysypywała się szpachla. Swoją drogą nie wpadłem na to, że można szpachlować progi. Z daleka samochód wyglądał świetnie. Z bliska kojarzył mi się z zapastowanym brudem.
Przyjechał właściciel. Popatrzył na volvo i zapytał, czy na pewno ma przynosić kluczyki. Porozmawialiśmy chwilę. Wyleczyło mnie to z CLK (W208). Ponoć nie da się znaleźć niezardzewiałego.
Dojechaliśmy na wieś. Wieczorem zacząłem przeglądać ogłoszenia sprzedaży w promieniu 50 km. Wyskoczyło mi A8, 4,2. W Zielonej Górze. Emerytowany borowiec Ryba, który w przerwach w byciu borowcem, poza byciem rolnikiem zajmował się handlem samochodami powtarzał, że jeżeli A8 to albo z benzynowym 2,4 albo 4,2. Bo reszta to kłopoty. Samochód miał mieć jednego właściciela w Niemczech i 180 tys. przebiegu.
Zielona Góra okazała się Nową Solą. Samochód zakurzony. Widać, że długo stał. Człowiek, który sprzedawał jeździ ciężarówką gdzieś do Niemiec. No i tam zobaczył, że stoi. To kupił i ciężarówką przywiózł. I teraz sprzedaje.
Zauważyłem, że auto jest na fałszywych niemieckich blachach. Niemieckie tablice rejestracyjne są ważne, jeżeli mają okrągłe naklejki legalizujące. Te w miejscu naklejek miały napis, że są nieprawdziwe. Zapytałem o TÜV. Nie było. Pytam o umowę z niemieckim właścicielem. Nie ma. Są dwa briefy, czyli jakby karta pojazdu i dowód rejestracyjny. Pytam, jak mam zarejestrować samochód, bez umowy z niemieckim właścicielem. Odpowiedział, że sam sobie taką umowę wypiszę. I kwotę niższą wpiszę, to i akcyza niższa będzie. I że wszyscy tak robią. Nie mógł zrozumieć dlaczego mnie te argumenty nie przekonują. Próbowałem mu tłumaczyć, że autem bez przeglądu, na fałszywych blachach nie mogę jechać do Warszawy. On na to, że policja się nie pozna, że blachy nie są w porządku.
Kiedy tak gadaliśmy – podszedł do volvo i zobaczył przepustkę Kancelarii. Ucieszył się, powiedział, że popiera rząd i żeby tych wszystkich złodziei i oszustów do więzień powsadzać.
No i nie kupiliśmy tego samochodu. Za to Bożena powiedziała, że może jeździć A8.
Wróciliśmy do domu. Zacząłem szukać. Znalazłem we Wschowie. Dzwonię:
–Dzień dobry, ja w sprawie A8. 
–Której?
–Słucham?
–Której, bo sprzedaję trzy.
–Co pan, zbierasz te A8?
–Nie, od dziesięciu lat serwisuję A8.

No pojechaliśmy i kupiliśmy. I jak na razie jest bardzo dobrze.
Tylko nie ogarniam VAG-a i to jest zła informacja.

3. Zamiast siedmiu metrów kabla 5x2,5 trzeba było kupić dziesięć. I to jest zła informacja, bo sposób prowadzenia przewodu w piwnicy wygląda teraz bardzo prowizorycznie.
Z pomocą sąsiada Tomka uruchomiliśmy pompę. Najpierw leciała brudna woda. Potem już czysta. Trzeba będzie zbadać, czy się nadaje do czegoś poza podlewaniem. Jeżeli się będzie nadawać – znaczy, że wykonaliśmy kolejny krok ku niezależności.





piątek, 3 sierpnia 2018

3 sierpnia 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Ciężka noc. Wstałem, pojechałem po pompę. Pan z tribalem obsługiwał trzyosobową rodzinę zainteresowaną pompą zintegrowaną z hydroforem. I ojca z synem kupujących różne elementy hydrauliczne. Ojciec miał większą ode mnie brodę i koszulkę z promującą koncertową trasę zespołu Nazareth.
Pompa, sterownik, linka, rury, zawór, złączki, szlauch. Wyszło 1200 zł. I to jest zła informacja. Przyjrzałem się tribalowi Pana z tribalem i wyszło mi, że to jednak chyba nie był tak do końca tribal. Pompa ledwo weszła na tylne siedzenie auta. Rury ledwo weszły do bagażnika. Jak to dobrze, że jednak nie zdecydowaliśmy się na CLK.

2. Pojechałem do Świebodzina kupić bezpiecznik. Trójfazowy. Hurtownia przy Lidlu była już zamknięta. Spóźniłem się dziesięć minut. Przypomniało mi się, że przy Kilińskiego jest sklep elektryczny. Wydawało mi się, że tam zawsze sprzedawały panie, a tym razem był pan. Miał bezpiecznik. Miał też żarówki ledowe, po które wysłała mnie Bożena. Upierał się, że czterowatowa odpowiada tradycyjnej czterdziestce. Ja tam żarowe czterdziestki pamiętałem jako mniej świecące. Wziąłem trzy żarówki. Pan policzył mi za dwie. Powiedziałem, że muszę częściej do jego sklepu wpadać. Zasugerował na to, że wcale nie jest powiedziane, że następnym razem też dostanę rabat.
Odwiedziłem jeszcze Mrówkę i Lidla. W Mrówce dotarło do mnie, że jestem jednak pół metra niższy, niż mi się wydawało. W Lidlu chyba niczego nowego się nie dowiedziałem.

Wracając, przez mój nowy zestaw głośnomówiący porozmawiałem z ojcem. W jego bardziej lub mniej świeżo kupionym VW przestała działać klimatyzacja. I to jest zła informacja, bo może się okazać, że samo dobicie czynnika nie pomoże.

3. Wyrwałem sąsiada Tomka z poobiedniej drzemki i zmusiłem do pomocy w topieniu pompy. Zajęło nam to ze dwie godziny. Najzabawniej wyglądał moment, gdy przez park przesuwała się pięcioosobowa procesja niosąca całą długość pompy i rury. Tym razem nie było kogo namawiać na wejście do studni. Zrobiłem to sam. I kiedy sobie to przypominam – mam wrażenie, że wciąż coś po mnie łazi. Nie uruchomiliśmy pompy, bo zabrakło siedmiu metrów kabla 5x2,5. I dwóch hermetycznych puszek. Przyjdzie mi jutro znów jechać do Świebodzina. I to jest zła informacja, bo hurtownię elektryczną chyba zamykają o pierwszej, a już jest druga. Więc jak wstanę, pewnie będzie dziesiąta.

czwartek, 2 sierpnia 2018

2 sierpnia 2018



Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Przyleciałem w nocy do Babimostu. Najpierw na Okęciu lazłem do bramki na końcu świata. Trzydziestej którejś. Chwilę mi zeszło, bo nie wszystkie taśmociągi działały. Doszedłem, kiedy przez sąsiednią bramkę przelewała się kolejka zmierzających do Barcelony. Albo Madrytu. Ale raczej Barcelony. Linią lotniczą, jakiej wcześniej nie zauważyłem. Kolejka znikła. Wpuszczacze, którzy mają jakąś nazwę – Agenci? nie pamiętam – wezwali ze dwa razy, w dwóch językach, pasażerów by się stawili celem boardingu. Przyszła jakaś pani. Zniknęła za bramką. Wpuszczacze się rozpłynęli. Upłynęło z 10 minut. Z tego czegoś nieopodal, co trudno nazwać fotelami, bo fotele jednak są choć trochę wygodne – wstało trzech zalegających tam przynajmniej od czasu, kiedy przyszedłem młodych ludzi. Podeszło do moich wpuszczaczy i zaczęło pytać o samolot do Barcelony. Albo Madrytu. Ale raczej Barcelony. Moi wpuszczacze odpowiedzieli, że chyba odleciał. Młodzi ludzie zapytali, czy coś tym można zrobić. Moi wpuszczacze odpowiedzieli, że raczej nic. Zacząłem się zastanawiać, czy jeżeli ci młodzi ludzie by się udali do któregoś ze sklepów, celem kupienia flaszki (bo cóż innego im pozostało), to czy sklep by im tę flaszkę sprzedał, mimo i karty pokładowe mają na odleciany samolot. Nie dowiem się tego raczej i to jest zła informacja. Choć może nie tak bardzo, bo ta wiedza nie jest chyba warta przeżycia doświadczenia niezauważenia odlotu własnego samolotu. Rzut beretem od bramki.

2. No więc przyleciałem do Babimostu. Przyjechała po mnie Bożena. Wyszło, że jechała tyle, co ja leciałem. Stanęliśmy na rynku w Sulechowie. Rynek w tym przypadku nazywa się plac Ratuszowy. Poprzednio byłem tam w 2015 r. Dudabusem. Kandydat poprosił mnie, bym mu przyniósł kawę. Nie mogłem znaleźć kawiarni. Na rogu był bar, którym rządził – na oko – Wietnamczyk. Zrobił tę kawę, mimo iż nie należała do serwowanego asortymentu. Pogadaliśmy chwilę. Był przekonany, że będzie zmiana.
W domu poleciałem od razu zobaczyć jak się ma trawa. Miała się nieźle.
Rano obudził nas pan, który przywiózł kupioną przez Bożenę bibliotekę. I to jest zła informacja, bo środowy upał mnie wykończył, więc godzina snu więcej by się przydała.

3. Podłączyłem do A8 chińskie ustrojstwo umożliwiające podłączenie iPhone do klasycznej nawigacji z dwutysięcznego roku. Zadziałało od razu i muzyka via bluetooth i zestaw głośnomówiący. Niestety nie udało mi się dobrze ułożyć przewodów i nawigacja nie do końca siadła na swoje miejsce. I to jest zła informacja, bo chyba będę musiał dostać się do tych przewodów z innej strony a tak do końca nie wiem jeszcze jak to zrobić.

Pojechaliśmy do Łagowa popływać wodnym rowerem. Przez Poźrzadło. Na wysokości wieloma dyplomami docenianej restauracji Defka minął nas pan, który na nosie miał wariację na temat lustrzanych Aviatorów Ray-Bana. Na torsie zaś dumnie niósł T-shirt z napisem „jebać to gówno”. Po angielsku. Cienias.

niedziela, 29 lipca 2018

28 lipca 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Przyjechał pan z Orange pomierzyć światłowód. Wyszło mu, że nie działa. Właściwie nic dziwnego, gdyż organoleptycznie można było osiągnąć podobny wniosek bez użycia specjalnego sprzętu. W każdym razie światłowód naprawić może jedynie podwykonawca. Oznacza to tyle, że będzie działać najwcześniej w poniedziałek. A to jest zła informacja.

2. Zmarła Kora. I to jest generalnie zła informacja. Z rzeczoną kojarzy mi się kilka sytuacji. Po pierwsze, że byłem na koncercie Maanamu w 1979 roku. W Myślenicach. Na Zarabiu. A może to było w 1980? Choć to mało prawdopodobne, bo w 80. w Myślenicach byłem w trakcie moskiewskiej Olimpiady, czyli po Opolu. A po Opolu Maanam raczej by na niebiletowanym koncercie w amfiteatrze pod Krakowem raczej nie występował.
Druga sytuacja działa się w mrokach stanu wojennego. Jak powszechnie wiadomo ojciec mój był trenerem sekcji siatkówki Gwardyjskiego Towarzystwa Sportowego „Wisła”. Kora jakoś do niego dotarła. Ojciec twierdzi, że jeden z synów Kory chodził ze mną, bądź z bratem moim do klasy. Ja na ten temat mam inne zdanie. W każdym razie Kora dotarła do niego z pomysłem koncertu. Za ówczesnej komuny organizacją koncertów zajmowała się jakaś państwowa agencja. Chodzi mi po głowie nazwa „Pagart”, ale nie pamiętam, czy aby „Pagart” nie zajmował się wyłącznie koncertami zagranicznymi. No i zasada była taka, że agencja sprzedawała bilety, a artysta dostawał pieniądze zgodnie z rozdzielnikiem. Artysta klasy A – 48,75, artysta kasy C – 32,50. Niezależnie od liczby sprzedanych biletów. Strasznie niesprawiedliwie. Kora przyszła z pomysłem, że jeżeli współorganizatorem koncertu będzie milicyjny klub, to państwowa agencja się nie będzie czepiać, więc klub z Maanamem się uczciwie podzieli kasą. I Maanam zarobi uczciwe pieniądze. Pomysł nie wypalił, choć mój ojciec bardzo się starał pomóc. Wyszedłem w ten sposób na głupka, bo wcześniej zdążyłem obiecać kolegom z klasy darmowe bilety,
No i na koniec nagle się okazało, że pracuję w redakcji „Malemena” z matką wnuka Kory.

3. Karol, syn sąsiada Tomka obchodził urodziny. Wielce interesująca, wielopokoleniowa impreza. W ramach około imprezowych spacerów trafiłem po wielu latach trafiłem na przystanek autobusowy, stojący dwa metry od naszego ogrodzenia. Na ścianach ktoś czarnym pisakiem wypisał wiele głębokich myśli typu: „Pamiętaj. Mimo iż jesteśmy od siebie daleko to śpimy pod jednym niebem”. Przeszło mi przez myśl, że to kolega Kapla. Wychodził co rano niby biegać, a tak naprawdę pokrywał przystanek sentencjami. Ale to jednak nie był jego charakter pisma.
Wieczorem przyjechała służba drogowa, by zmienić organizację ruchu. Od teraz pierwszeństwo ma droga z Ołoboku. Logicznie. Zanim świadomość zmiany dotrze do wszystkich będzie kilka wypadków. I to jest zła informacja.


Imprezę urodzinową zakończyła burza, która szła znad Odry. Szła, ale w ostaniej chwili nas ominęła. Więc przestawianie samochodów nie miało sensu.