sobota, 4 października 2014

4 października 2014



1. Obudziłem się za wcześnie. Pożytek z tego był taki, że posłuchałem parę rozdziałów audiobooka „Lewa Wolna” Mackiewicza. Sowieci dotarli pod Radzymin.
Wcześniej młoda nauczycielka, sekretarz łomżyńskiego Rewkomu skarżyła się Marchlewskiemu, że komitet został opanowany przez przez miejscowych endeków.
Takie to nasze polskie dzieje.

Do pokoju weszła mi sikorka. Nie leciała, tylko weszła. Na nogach. Ale jak weszła, to zaczęła latać, bo się wystraszyła. Udało mi się ją wypuścić, zanim zrobiła sobie krzywdę. Okazało się, że były dwie. Druga czekała na balkonie.

Po śniadaniu poszliśmy z kolegą Grzegorzem do sauny. Chodzę do sauny zbyt rzadko. Średnio raz na osiem lat. I to jest zła informacja, bo sauna jest ok.
Minister Obrony Albanii ma na imię Mimi. To w Polsce mało znany fakt.

2. Odwiedziliśmy znajomego kolegi Grzegorza – pana Jana.
Pan Jan opowiadał, o czym nie pamiętałem, że w maju 1981 roku ,dyrektorzy państwowych firm zyskali prawo do podejmowania 'rynkowych' decyzji. Znaczy mogli na przykład coś sprzedać prywatnej inicjatywie. Pan Jan kupił wtedy halę, zlecił, by wybudowano ją w Milanówku.
Później kupując od kilku państwowych firm po kawałku skompletował przędzalnię wełny.
W dzień po rozpoczęciu produkcji do firmy przyszło dwóch smutnych panów i zaczęło kontrolę, która trwała kilka miesięcy. W końcu przyszło pismo treści: kontrola zakończyła się negatywnie. Pan Jan pojechał więc do ministerstwa, by się dowiedzieć co to znaczy. Negatywnie, czyli wszystko jest w porządku.
Komuny już nie ma od 25 lat, a kontrol dalej jak przychodzi, to po to, żeby coś znaleźć. I to jest zła informacja.
Rozmawialiśmy o kondycji Rzeczypospolitej. Pan Jan uważał, że Polacy dziś są jak Amerykanie w połowie XIX wieku. Jak się z nim nie zgadzałem – Amerykanie mieli swoją konstytucję, a nasz system nie działa.
Zgodziliśmy się (a przynajmniej tak mi się wydaje), że w Polsce 25 lat temu zabrakło mężów stanu, takich na miarę Ojców Założycieli. Jak sympatycznym człowiekiem Tadeusz Mazowiecki by nie był, to jednak całej Polski nie mógł swoim umysłem ogarnąć.
Pan Jan przypomniał postać pierwszego RP ambasadora w Brukseli, który za własne pieniądze kupił tam pałacyk, po czym przekazał go Rzeczypospolitej (drugiej).
W III RP kierunek przekazywania majątków jest odwrotny.
A jak ktoś się burzy, to mu redaktor Żakowski od razu wyjeżdża, że to z zawiści.
O Mazowieckim pan Jan przypomniał swoją z jakimś wspólnym ich znajomym rozmowę.
Pan Jan zapytał go, dlaczego premier nie zajmie się drogami – krwiobiegiem kraju.
Nie zajmie się, bo nie ma prawa jazdy – odpowiedział znajomy pana Jana.

Wsiedliśmy do Kaplowozu i zaczęliśmy podróż do Warszawy. Wyjazd z Krakowa zajął nam chyba ze dwie godziny. Korek skończył się w Słomnikach.
Wcześniej Pan Jan powiedział coś, co brzmiało: świetnym symbolem polskich rządów jest wyjazd z Krakowa w kierunku Warszawy.

3. Jakoś dojechaliśmy. Rozstaliśmy się na rogu Poznańskiej i Wilczej. Wpadłem na moment do Beirutu, gdzie Krzysztof i żydowski księgowy Maciek pili wino i dyskutowali.
Żydowski księgowy Maciej nie mógł przeżyć wypowiedzi ministra Szczurka w sprawie trzech miliardów, które stracił budżet, bo ktoś czegoś nie dopilnował.
–Mówi, że to bez znaczenia dla budżetu, a trzy miliardy to prawie dziesięć procent deficytu. On się natychmiast powinien podać do dymisji. Ale się nie poda. Chyba, że znajdą mu zegarek, którego nie wpisze. Oni wszyscy wstydu nie mają.
Różnych ludzi różne rzeczy doprowadzają do pasji. Maćka najwyraźniej nonszalancki stosunek do liczb.

Później zeszło na profesora Hartmana. I było zdecydowanie dosadniej. Zgodziliśmy się, że to, że Hartman gdziekolwiek uchodzi za autorytet, to zła informacja.

Kiedy z osiem godzin wcześniej żegnaliśmy się z panem Janem, narzekaliśmy, że nie ma z kim rozmawiać o poważnych sprawach. To jednak nie jest prawda.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza