poniedziałek, 3 listopada 2014

3 listopada 2014


1. Trzeba było rano odwieźć Józkę i dziewczyny na dworzec. Rano, to za bardzo nie było, ale stres był.
Wszyscy poszli na peron przejściem podziemny, ja tradycyjnie, chciałem przejść przez tory, ale w ostatniej chwili zobaczyłem dwóch sokistów w odblaskowych kamizelkach. Zrobiłem więc nieprzepisowy w tył zwrot i przeszedłem dołem. Panowie sokiści z bliska fizjonomie mieli emerytowanych milicjantów, więc dobrze, że się nie zdecydowałem na konfrontację. Dobrze też, że ktoś panów sokistów ubrał w odblaskowe kamizelki, bo gdyby nie to, to pewnie bym się skonfrontował.
Pociąg tym razem nie był z Warszawy. Przyjechał z Gdyni. I Gdańska. Przed wojną pociąg z Berlina do Gdańska raczej nie jeździł przez Poznań.
Teraz jeździ. I jest to pociąg polsko-niemiecki. Jeżeli bilety kupimy w Niemczech są tańsze niż w Polsce. Nie wiedzieć czemu.
Chciałem napisać jakiś żart o eksterytorialnym korytarzu do Gdańska, płk. Becku, i polskich kolejach, ale mi przeszło.

Sprawdzałem którędy mógł przed wojną jechać pociąg Berlin–Gdańsk. Ze strony PKP Polskie Linie Kolejowe ściągnąłem „Mapę Linii Kolejowych w Polsce zarządzanych przez PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. oraz innych zarządców”. I już wiem.
Przy okazji zauważyłem linię kolejową nr 375. Z Toporowa do Międzyrzecza. Połowa tej linii jest od dobrych dziesięciu lat bez torów. Sprawdziłem. Mapa jest tegoroczna.
Wniosek z tego prosty. Linii kolejowych może być mniej niż nam się wydaje. I niezależnie od tego, jak wspaniałe jest Pendolino – to jest zła informacja.

2. Są momenty w życiu człowieka mieszkającego z kotami, które nie są fajne. I nie chodzi o ten moment, kiedy kot nasika ci do buta.
Kot Pawełek przyniósł do domu chyba nornicę. Zrobił jej krzywdę – wyglądało, że straciła władzę w tylnych łapkach. Uciekała piszcząc wlokąc je za sobą. Zleciała się reszta kotów. Zastanawiałem się co zrobić. Jestem czterdziestoparoletnim mężczyzną. Nie byłem w wojsku, nie potrafię zabić karpia, nie potrafię zabić myszy. Zwierzęta mordowałem jedynie samochodem. W sytuacji wyższej konieczności – ominięcie przekraczało moje umiejętności i mogło się skończyć katastrofą w ruchu drogowym. Albo prostym zaliczeniem rowu.
Przez czas, w którym się zastanawiałem czy walnąć młotkiem, czy siekierą, nornica gdzieś się schowała i przestała piszczeć. Więc – mając nadzieje, że koty ją wykończyły – wyparłem problem.
Zająłem się czymś innym. Szeroko rozumianym pakowaniem.
W końcu zauważyłem, że nornica leży na podłodze koło toaletki. Koty przechodziły koło niej niezainteresowane więc przekonany, że nie żyje postanowiłem ją pochować.
Okazało się, że żyje, tylko jest nieprzytomna.
Położyłem ją na parapecie. Po trzech kwadransach zaczęła się ruszać.
Zrezygnowałem z pomysłu wiezienia jej do weterynarza do Warszawy. Włożyłem ją do słoika dołożyłem trochę jedzenie. Słoik zakopałem w liściach, tak by się z niego mogła wyczołgać.
Muszę przyznać, że nie było to przyjemne popołudnie.

3. Dość wcześnie wyjechaliśmy. Mieliśmy koło drugiej, udało się chwilę po piątej. Jadąc słuchaliśmy „Skrzydlatą trumnę” Marcina Wrońskiego.
No i Wroński to nie jest Krajewski.
I to nie jest dobra informacja.
Krajewski czarnym charakterem jednej z książek zrobił lwowianina, który nazywał się jak mój dziadek lwowianin. 
Nazwisko niezbyt popularne. 
Wręcz rzadkie.

Kiedyś Krajewskiego pojechał portretować fotograf Golec. Poprosiłem, żeby zapytał o co […] chodzi. Fotograf Golec zapytał. Krajewski odpowiedział, że ma lwowską książkę telefoniczną z przedwojny. No i bierze z niej przypadkowo nazwiska. No i przypadkowo wziął akurat to.
No i przypisał je pedofilowi. A mógł wziąć na przykład: Polański. Byłoby bardziej prawdopodobnie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza