Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Krajewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Krajewski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

3 maja 2015




1. Zasadniczo powinno być sześć negatywów. Zobaczymy, czy się uda. 
No więc piątek był pod znakiem podróży życia. Dawno, dawno temu, kiedy z wyglądało na to, że z kolegą Grzegorzem będziemy realizować pewien projekt medialny, zacząłem namawiać BMW, żeby pozwolili mi zrobić reportaż z produkcji i3 REX i później tym samochodem przyjechać do Polski. Z projektu medialnego nic nie wyszło. I to jest zła wiadomość. Choć może nie taka zła, bo jakoś powoli przestaję wierzyć, że byłbym w stanie robić dobry magazyn. Skoro się projekt nie chciał wyjaić, mnie też zaczęło nie stawać energii, by BMW namawiać.



Więc i3 zmontowano, przyjechała do Polski pewnie na lawecie. No i w końcu ją dostałem, co opisałem przedwczoraj.
Ale przez cały czas w mojej głowie urzędował pomysł przejechania elektrycznym samochodem 1000 km. No więc zacząłem go realizować.
Samochody BMW mają książeczki, do których wpisuje się kierowców, daty i przebiegi (prawdopodobnie chodzi o fotoradary). Z tej książeczki wynikało, że podczas dwóch poprzednich testów przejechano i3 po 20 km. Czyli nawet nie rozładował się akumulator.
BMW i3 REX nazywa się REX nie dlatego, żeby wzbudzić ciepłe uczucia wśród wielbicieli psów. REX pochodzi od nazwy Range Extender, czyli silnika chyba od jakiegoś skutera (jakiegoś skutera BMW), który napędza prądnicę zasilającą napęd auta.
To, co jest najbardziej przerażające w elektrycznych samochodach, to wizja rozładowania akumulatorów gdzieś w lesie, polu, czy gdziekolwiek, gdzie nie ma gniazdka. Bo prądu w wiaderku nie da się przynieść. Zanim człowiek się nauczy jak jeździć (bo jednak robi się to trochę inaczej niż normalnym autem), strach ten zdecydowanie zmniejsza radość, jaką daje elektryczny napęd.
No więc z i3 REX tego problemu nie ma. Znaczy jest o tyle, że zbiornik paliwa ma z dziesięć litrów. Więc, jeżeli się ktoś uprze, może to paliwo też dość szybko wypalić. Ale zawsze można wziąć do auta kanister. Na przykład 20 litrowy.

2. i3 to auto miejskie. Mimo położenia tylnych siedzeń nie udało się zmieścić półki łazienkowej. Znaczy wejść, to by weszła. Ale nie zmieściłby się wtedy iMac. Półka wróciła więc do domu. I to jest zła informacja, bo nie wiem, kiedy ją przywiozę.
Jakoś zapakowaliśmy auto. Trzy osoby z bagażami mogą się jakoś pomieścić. Ruszyliśmy na zachód.
Zaraz za Warszawą przyssałem się do Polskiego Busa. Kuźniaryzm level hard. Nie dość, że jazda w robionym przez autobus powietrznym tunelu powoduje mniejsze zużycie energii, to jeszcze się można do darmowego internetu podłączyć.
Polski Bus zjechał w Strykowie do Łodzi. Na drodze było pusto. Naród świętował Święto Pracy. BMW i3 mimo swojego dziwnego kształtu i jeszcze dziwniejszych kółek radziło sobie na autostradzie świetnie. Żadnych problemów z bocznym wiatrem. Silnika skuterowego prawie nie słychać, zwłaszcza, że niezależnie od prędkości pracuje chyba na stałych obrotach. Po 150 km zjechaliśmy na stację. Trochę wstyd było tankować pięć litrów. Metodą wracającego z Białorusi kierowcy zmieściłem jeszcze dwa litry. Wyjeżdżając ze stacji przykleiłem się do łotewskiego autobusu, za którym z prędkością 105 km/godz. dojechałem za Konin, gdzie opisywaną już dwukrotnie metodą zjechałem, żeby ominąć dwie bramki dr. Kulczyka. Za Wrześnią dolałem kolejne sześć litrów.
Słuchaliśmy na Spotify „Róże Cmentarne” Krajewskiego i Czubaja. Strasznie nudna książka.
W końcu dojechaliśmy na wieś. Spalanie wyszło poniżej pięciu litrów benzyny na 100 km. Przy średniej prędkości 97 km/godz.

3. Producent nie zaleca stosowania przedłużaczy. Ale co on tam wie. Użyłem 30-metrowego. Samochód naładował się w sześć godzin. A przynajmniej tyle miał się ładować, kiedy go podłączyłem. W domu zimno. Myszy dorwały się do torebki z kaszą. I to jest zła informacja. Bo strasznie przy tym naświniły.


4. Z okazji Święta Flagi pojechaliśmy do Świebodzina na zakupy. Najpierw do Lidla. Wśród pozostałości po tygodniu hiszpańskim udało się trafić białego tuńczyka w oliwie. Wybitna rzecz. 
Châteauneuf-du-Pape niestety już nie jest w promocji. I to jest zła informacja. No i jeszcze strzelił worek z kiszonymi ogórkami. Dobrze, że zauważył to kasjer. Ponoć najgorszą rzeczą jaką się kiedyś stała z samochodem testowym BMW, to było rozbicie w bagażniku słoika z ogórkami. Rozbity samochód można naprawić. Smród usunąć ciężko.
Z Lidla pojechaliśmy do Mrówki. Z Mrówki do Tesco. W Tesco – jak to w Tesco. Ciągle łypał na nas Bobek Makłowicz. Prawie kupiłem Esquire. Łamałem się. Bożena powiedziała, żebym przeczytał losowo wybrane zdanie z edytorialu. I jeżeli mnie zniesmaczy, to nie kupimy. Przeczytałem. Nie kupiliśmy.


5. Wróciliśmy do domu. Po drodze, w Ołoboku wpadając do sąsiada Tomka, żeby mu wręczyć dwa katalogi Muratora – taka aluzja, żeby się zaczął budować.
Korzystając z tego, że zielsko nie wyrosło jeszcze za bardzo dokończyliśmy porządki w sadzie. Znaczy usunęliśmy pościnane wcześniej gałęzie. A że były to gałęzie dzikiej róży, pokaleczyłem się niemiłosiernie. I to jest zła informacja.
Starszy Analityk Szacki zapytał mnie na Twitterze, czy będę kandydował do Sejmu. Nic mi o tym nie wiadomo, więc na wszelki wypadek zacząłem się googlować. Nie znalazłem żadnej informacji na ten temat, ale za to się dowiedziałem, że mój na portalu „Polityki” jakiś czas temu pojawił się mój tekst o elektronicznie-motoryzacyjny. Tekst napisałem do zupełnie innego medium. Nie mam pojęcia skąd się w „Polityce” wziął. Ale dzięki temu będę mógł mówić do Starszego Analityka Szackiego – mój kolego z łamów.

6. Obejrzeliśmy dość idiotyczny film polski „Yuma”. Wypadało go obejrzeć, bo akcja się dzieje w Lubuskiem. No i poszliśmy do sąsiadów świętować dziesięciolecie naszej obecności na wsi. Było bardzo miło. Tak miło, że nie pamiętam momentu, kiedy napisałem, że nie napiszę negatywów, bo nie jestem w stanie.
Pamiętam wrażenie, że Finlandia 0,7 smakuje inaczej niż ta z półlitrówki. I to jest zła informacja. Bo nie mam zamiaru więcej pić alkoholu. Nie sprawdzę więc, czy to prawda, czy mi się tylko wydawało.  

poniedziałek, 3 listopada 2014

3 listopada 2014


1. Trzeba było rano odwieźć Józkę i dziewczyny na dworzec. Rano, to za bardzo nie było, ale stres był.
Wszyscy poszli na peron przejściem podziemny, ja tradycyjnie, chciałem przejść przez tory, ale w ostatniej chwili zobaczyłem dwóch sokistów w odblaskowych kamizelkach. Zrobiłem więc nieprzepisowy w tył zwrot i przeszedłem dołem. Panowie sokiści z bliska fizjonomie mieli emerytowanych milicjantów, więc dobrze, że się nie zdecydowałem na konfrontację. Dobrze też, że ktoś panów sokistów ubrał w odblaskowe kamizelki, bo gdyby nie to, to pewnie bym się skonfrontował.
Pociąg tym razem nie był z Warszawy. Przyjechał z Gdyni. I Gdańska. Przed wojną pociąg z Berlina do Gdańska raczej nie jeździł przez Poznań.
Teraz jeździ. I jest to pociąg polsko-niemiecki. Jeżeli bilety kupimy w Niemczech są tańsze niż w Polsce. Nie wiedzieć czemu.
Chciałem napisać jakiś żart o eksterytorialnym korytarzu do Gdańska, płk. Becku, i polskich kolejach, ale mi przeszło.

Sprawdzałem którędy mógł przed wojną jechać pociąg Berlin–Gdańsk. Ze strony PKP Polskie Linie Kolejowe ściągnąłem „Mapę Linii Kolejowych w Polsce zarządzanych przez PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. oraz innych zarządców”. I już wiem.
Przy okazji zauważyłem linię kolejową nr 375. Z Toporowa do Międzyrzecza. Połowa tej linii jest od dobrych dziesięciu lat bez torów. Sprawdziłem. Mapa jest tegoroczna.
Wniosek z tego prosty. Linii kolejowych może być mniej niż nam się wydaje. I niezależnie od tego, jak wspaniałe jest Pendolino – to jest zła informacja.

2. Są momenty w życiu człowieka mieszkającego z kotami, które nie są fajne. I nie chodzi o ten moment, kiedy kot nasika ci do buta.
Kot Pawełek przyniósł do domu chyba nornicę. Zrobił jej krzywdę – wyglądało, że straciła władzę w tylnych łapkach. Uciekała piszcząc wlokąc je za sobą. Zleciała się reszta kotów. Zastanawiałem się co zrobić. Jestem czterdziestoparoletnim mężczyzną. Nie byłem w wojsku, nie potrafię zabić karpia, nie potrafię zabić myszy. Zwierzęta mordowałem jedynie samochodem. W sytuacji wyższej konieczności – ominięcie przekraczało moje umiejętności i mogło się skończyć katastrofą w ruchu drogowym. Albo prostym zaliczeniem rowu.
Przez czas, w którym się zastanawiałem czy walnąć młotkiem, czy siekierą, nornica gdzieś się schowała i przestała piszczeć. Więc – mając nadzieje, że koty ją wykończyły – wyparłem problem.
Zająłem się czymś innym. Szeroko rozumianym pakowaniem.
W końcu zauważyłem, że nornica leży na podłodze koło toaletki. Koty przechodziły koło niej niezainteresowane więc przekonany, że nie żyje postanowiłem ją pochować.
Okazało się, że żyje, tylko jest nieprzytomna.
Położyłem ją na parapecie. Po trzech kwadransach zaczęła się ruszać.
Zrezygnowałem z pomysłu wiezienia jej do weterynarza do Warszawy. Włożyłem ją do słoika dołożyłem trochę jedzenie. Słoik zakopałem w liściach, tak by się z niego mogła wyczołgać.
Muszę przyznać, że nie było to przyjemne popołudnie.

3. Dość wcześnie wyjechaliśmy. Mieliśmy koło drugiej, udało się chwilę po piątej. Jadąc słuchaliśmy „Skrzydlatą trumnę” Marcina Wrońskiego.
No i Wroński to nie jest Krajewski.
I to nie jest dobra informacja.
Krajewski czarnym charakterem jednej z książek zrobił lwowianina, który nazywał się jak mój dziadek lwowianin. 
Nazwisko niezbyt popularne. 
Wręcz rzadkie.

Kiedyś Krajewskiego pojechał portretować fotograf Golec. Poprosiłem, żeby zapytał o co […] chodzi. Fotograf Golec zapytał. Krajewski odpowiedział, że ma lwowską książkę telefoniczną z przedwojny. No i bierze z niej przypadkowo nazwiska. No i przypadkowo wziął akurat to.
No i przypisał je pedofilowi. A mógł wziąć na przykład: Polański. Byłoby bardziej prawdopodobnie.