sobota, 30 stycznia 2016

29 stycznia 2016


1. Jak za pionierskich czasów [kiedy siedzieliśmy przy Foksal] w Piekarni Szwajcarskiej przy Hożej kupiłem sok pomidorowy i dwa piwne precle. Pustą butelkę i papierową torbę wrzuciłem do kosza na placu Trzech Krzyży.
Na Wiejskiej, kawałek za Edipresse minęła mnie prezydencka kolumna. Z ochronnego audi pomachał do mnie BOR-owiec.

Kiedy mijałem wejście do Edipresse przypomniał mi się dr Kulczyk. Byłem świadkiem takiej sceny: podjechał Phaeton. Wysiadł ochroniarz. Otworzył drzwi. Po chwili ze środka wychynęły nogi w brązowych butach. Później sam Doktor. Podszedł do drzwi. Chwycił za uchwyt. Pociągnął. Nic. Jeszcze raz. Dalej nic. Zaczął szarpać. Ochroniarz skoczył w kierunku przycisku dzwonka. Zadzwonił. Drzwi otworzyły się majestatycznie. Doktor wszedł do środka.
W ubiegłym roku sporo się w naszym kraju zmieniło. Nieodwracalnie.

Zeszłoroczna przepustka sejmowa wciąż działa. I to dobra informacja. Złą jest, że nie bardzo wiadomo, kiedy zrobią mi nową.


Redaktor Adamek napisała na Twitterze, że korpus dyplomatyczny na exposé się nie za bardzo stawił. Dołożyła do tego zdjęcie pustej galerii. Pojawiły się od razu komentarze typu: nic dziwnego, kto tam będzie ględzenia Waszczykowskiego słuchał.
Problem polegał na tym, że ja, z mojego miejsca, widziałem galerię pełną. Prawie. Galerię oznaczoną literkami CD. Przelazłem naprzeciwko – do loży prasowej. No i faktycznie z tamtej strony widać było pustki. Podszedłem do znanej mi od lipca pani z Kancelarii Sejmu i zapytałem jak to z tymi galeriami jest. Odpowiedziała, że korpus siedzi zawsze między środkiem a dziennikarzami. Między Prezydentem a środkiem są miejsca dla gości Kancelarii.
W międzyczasie temat pustych miejsc korpusu zaczął żyć własnym życiem. Jako dowód na oczywistą porażkę polityki zagranicznej rządu.
Bogu dzięki obecność dyplomatów zauważyło parę jeszcze innych osób. Red, Adamek mimo to
uparła się, że dyplomatów jest mniej niż kiedyś.

2. Z Sejmu poszedłem do Kancelarii. Udało mi się załatwić kilka spraw. Nie udało się jednej. Trafiłem do tzw. BOP-u. Dyrektor Strużyna był ostatni raz w pracy.
Pracował w Kancelarii od samego początku, a nawet wcześniej, bo zaczął w 1984 roku. Czyli za Jabłońskiego.
Powinien napisać książkę, a jeżeli mu się nie będzie chciało pisać, to ją jakiemuś dziennikarzynie podyktować. Wiedza jego jest wyjątkowa. Znał wszystkich prezydentów. Prezydenckie żony. Wszystkich prezydenckich ministrów. Organizował wszystkie prezydenckie inauguracje, podróże, święta.
Już widzę, że teraz jego fenomenu nie opiszę. Powinienem wrzucić tu którąś z jego opowieści. Niestety nie mogę tego zrobić.
Niby jest umowa, że dyrektor Strużyna będzie dalej nam pomagał, ale jakaś epoka dobiegła końca. I to jest zła informacja.

3. Pan prezydent spotkał się z Wicekanclerzem Niemiec. Rozmowa trwała z pół godziny dłużej niż planowano. Wiadomo – mamy najgorsze stosunki w historii, a przynamniej tak niektórzy wybitni specjaliści twierdzą.

Wieczorem była gala „Gazety Polskiej”. Druga na jakiej byłem. Poprzednia skończyła się wieczorem z Agentem Tomkiem. Przeprowadziliśmy wtedy ciekawą rozmowę o samochodach. I motocyklach. Na przykład Harley-Davidson to świetny motor dla agenta pod przykryciem. Jeździ powoli, robi mnóstwo hałasu, a nikt jego użytkownika nie traktuje poważnie.
Tym razem Agenta Tomka nie było. Za to był mój kolega Bartek, który ma na imię Tomek. I jego ojciec Witek, który ma na imię Ryszard. Bartkowi na dniach rodzi się syn. Nie zapytałem jak będzie miał na imię ani jakiego imienia będzie używał. I to jest zła informacja.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza