1. Trzeci dzień oglądałem ostatni odcinek „Trzech Panów K.” Przez pierwsze dwa wyprowadzał mnie z równowagi Kacper Kita. Wydawało mi się, że poza – excusez les mots – gówniarskim nieco dopieprzaniem się do współuczestników dyskusji nic specjalnego nie wnosił. Dziś powiedział dwa zdania, które uzasadniły jego udział.
Byliśmy na spacerze z pieskiem w lesie, z którego wyszliśmy na chwilę na pola. No i na polach bawiło stado koziołków, czy jak się tam sarny z rogami nazywają. Piesek, jak stado zobaczył, z ekscytacji o mało jajka nie zniósł. Nie próbował mi urwać ręki, co mu się chwali.
2. Odwieźliśmy Tośkę do Świebodzina na pociąg. Wielosezonowe opony na rynek australijski budzą we mnie pokorę wobec warunków atmosferycznych. RCB ostrzegało przed marznącym deszczem, jechałem więc z prędkością dobrze rozpędzonego roweru. Na stacji automat poinformował, że po torze pierwszym przejedzie pociąg bez zatrzymania, żeby zachować ostrożność i odsunąć się od torów. Pociąg tak długo nie nadjeżdżał, że zacząłem podejrzewać, że to pociąg niewidzialny. W końcu pojawiły się światła i rycząca syrena. Bardzo rycząca. Bardziej niż w takich sytuacjach zwykle. Zacząłem się zastanawiać o co chodzi, gdy z ciemności wychynęła drezyna, czy jak się nazywa takie niewielkie coś z paką i małym dźwigiem.
Berlin–Warszawa Express przyjechał o czasie. Odjechałby też o czasie, gdyby nie jakaś pani, która w ostatniej chwili wybiegła z podziemnego przejścia. Przez to pociąg odjechał z piętnastosekundowym opóźnieniem, które pewnie uległo zmianie.
3. Wieczorem obejrzeliśmy drugi odcinek, drugiej serii „Hijack”. Jest wyraźnie głupsza niż pierwsza seria. I to jest zła informacja. Może dlatego, że dzieje się w Niemczech, a tam zbyt mądrze być raczej nie może.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz