1. Siedzę w hotelowym lobby. Przy stoliku obok niemieccy opiekunowie młodzieżowej wycieczki. Siwy facet i sześć do ośmiu nauczycielek. Zupełnie nieperwersyjnie – wiem, że kiedy zaczynam się tłumaczyć, zaczyna to brzmieć zupełnie przeciwskutecznie – nie mogę się oprzeć wyobrażaniu sobie całego tego towarzystwa w mundurach projektu Hugona Bossa. Niezależnie od jakości właściwego projektu, krawcy mieliby niełatwe zadanie dostosowując je do konkretnych osób. Najłatwiej by było z siwym panem, którego zauważyłem z dziesięć godzin wcześniej, kiedy rozdawał młodzieży karty do hotelowych pokoi. Kadra siedzi w lobby, tymczasem młodzież opanowała hotelowe korytarze. Tyle dobrze, że się uśmiecha i nie jest tak głośna, jakbyśmy sobie mogli wyobrażać.
Młodzież czasem przemyka przez lobby w małych grupach. Przemykając wyraża kadrze uszanowanie, to uśmiechami, to skłonieniami głów.
Na drugim planie, pod prezentującym narciarskie skoki telewizorem, siedzi gruby facet w typie Brytyjczyka. Przed nim stoi półtora piwa, gdyż bar teoretycznie zamknięto dwadzieścia minut temu.
Gdybym wyjął z uszu słuchawki, być może usłyszałbym o czym rozmawiają Niemcy. Wydaje mi się, że raczej nie o historii polsko-niemieckich stosunków. Najprawdopodobniej o tym, że zawód nauczyciela nie jest dziś tak szanowany w Bundesrepublice jak kiedyś. Siedzimy jakieś sto metrów od mostu, którego poprzednika Niemcy wysadzili w 1945 roku. Zrobili to z takim zaangażowaniem, że ślady tego wysadzania w nawet oddalonych kamienicach widać do dziś. Jedna z pań nauczycielek wygląda jak bohaterka „The Americans”. Tylko starsza. Inna sprawa, że bohaterka „The Americans” byłaby dziś starsza. Zdecydowanie bardziej niż grająca ją aktorka.
Brytyjczyk na drugim planie jedną ręką podpiera głowę jak „Myśliciel” Rodina, w drugiej trzyma telefon. Gdyby za czasów Rodina były smartfony, rzeźba prawdopodobnie wyglądałaby inaczej.
Niemiecka ekipa wycofała się na z góry zaplanowane pozycje, zostaliśmy z Brytyjczykiem i snującą się młodzieżą, której nikt nie powiedział, że po drugiej stronie ulicy jest wciąż funkcjonujący bar.
Brytyjczyk poszedł. Obsługa wyłączyła telewizor. Nic więcej ciekawego w tym lobby raczej nie zobaczę.
2. Przez całą środę obserwowałem w aplikacji DHL przemieszczanie się kuriera z częściami do Suburbana. W tej samej aplikacji napisano, że będzie przed 12:15. Był po 18:00. Zasadniczo, gdybym był wydzwonił go koło południa, mógłbym podjechać do Świebodzina i mieć z głowy. Tak musiałem mechanika odwiedzić w domu. Powiedział, że w czwartek skończy.
Bardziej prawdopodobne jest, iż zadzwoni i powie, że czegoś mu jeszcze brakuje. Ja to zamówię, po trzech dniach będzie to w Polsce, dwa dni się będzie odprawiać, później dzień przeleży w jakimś magazynie, a na koniec będę w aplikacji obserwował przemieszczanie się kuriera.
3. Nie powinienem tego robić, bo działanie to wiele ma wspólnego z dźganiem niezbyt długim kijaszkiem gniazda os, ale silniejsza ode mnie jest potrzeba napisania paru słów o Strategy&Future. Choć nie tyle o samej S&F, co bardziej o jej wyznawcach. S&F. SF, czy nawet bardziej SciFi. Tego wyznawcy nie widzą, choć naprawdę nieźle świadczy to o poczuciu humoru pomysłodawców nazwy. Jeśli mam być szczery, a ja od dzisiaj chcę być szczery, jestem cichym wielbicielem Jacka Bartosiaka. Uwielbienie moje do Jacka Bartosiaka wynika z zazdrości. Otóż wymyślił on oszałamiający sposób na monetyzowanie – excusez le mot – pierdół.
Zdecydowanie większym wielbicielem jestem pisarza, który się nazywał Tom Clancy. Powiem więcej. Tom Clancy miał wielki wpływ na moje życie, gdyż – podobnie jak inni jego czytelnicy – uważam, że każdy polityk powinien być jak Jack Ryan. Wyglądać przy tym jak Harrison Ford.
Mimo jednak tego nigdy nie uważałem, że najlepszym sposobem na zablokowanie Chin jest włączenie Rosji do NATO, a likwidacją napięć na Bliskim Wschodzie, przekazanie nadzoru nad Jerozolimą Gwardii Szwajcarskiej.
Podejrzewam, że Jacek Bartosiak chciał być jak Tom Clancy. Brakło mu niestety talentów pisarskich, więc zajął się projektowaniem świata. I – poniekąd jak Tom Clancy – próbował wejść w gry komputerowe.
Jacek Bartosiak pracuje w branży, która nazywa się rozrywką. Mistrzostwo polega na tym, że większość jego klientów tego nie zauważa. Wierzą w to, że biorą udział w czymś naprawdę ważnym. Że nie jest to, może nie zwykły, ale jednak stand up.
Ze dwa lata temu – szczerze mówiąc – z wypiekami na twarzy, oglądałem ekipę S&F na zorganizowanej przez samorząd jednego z województw imprezie promującej szeroko rozumiany biznes. Widziałem lokalnych przedstawicieli branż różnych, którzy dyskutowali z ludźmi z S&F na temat sytuacji na Morzu Południowochińskim z przekonaniem, jakby to miało jakieś znaczenie. Każda złotówka, jaką organizatorzy zapłacili S&F, była naprawdę dobrze wydana. Goście czuli się, jakby brali udział w jakimś tajnym sprzysiężeniu. Choć chyba jednak nie tajnym. Ale bardzo ważnym.
I dopóki S&F zajmuje się swoją podstawową działalnością, czyli dostarczaniem tego rodzaju rozrywki, naprawdę ich szanuję. Gorzej, kiedy próbują się zajmować realnym światem. Jak na przykład Albert Świdziński próbujący recenzować Sławomira Dębskiego. Wtedy są śmieszni. A kiedy ludzie z S&F są śmieszni, ich wyznawcy zaczynają być agresywni. Co jest poniekąd zrozumiałe. Generalnie nie przepada się za tym, kiedy idole idą w śmieszność.
Największym sukcesem S&F jest wykreowanie grupy bezkrytycznych wyznawców. S&F to chyba pierwszy przypadek stand upu, który zamienił się w sektę.

Był już wcześniej (w sumie wciąż jest) taki stendaper - JKM. Też z wyznawcami, którzy stali się sektą…
OdpowiedzUsuńOn też zaczarował całą masę ludzi prosta receptą na skompilowany świat. Tele ze 20lat wcześniej
Za odniesienie do mistrza Lecha, nie pierwsze już na tym miłym blogu, szacuneczek.
OdpowiedzUsuń