piątek, 8 stycznia 2021

8 stycznia 2021


 1. Rano przez chmury widać było słońce. Mam wrażenie, że to po raz pierwszy w tym roku. 


Mamy w domu niedokończone ogrzewanie podłogowe. Od piętnastu prawie lat. Otóż cały układ został podzielony na kilka obwodów. Każdy z tych obwodów zaczyna się od zaworu, który miał puszczać tam wodę, kiedy termostat w konkretnym pomieszczeniu na to mu pozwoli. Zawory pracują na jakimś nietypowym napięciu. Brakuje transformatorów, które by to napięcie zapewniały. Nie ma też termostatów. Więc układ działa w całości. Albo nie. W zależności, co mu mówi sterownik pieca. Ma to pewnie wiele minusów. Większości z nich nie udało mi się rozpoznać. Wiem o jednym: podłogówką nie da się nagrzać łazienki. Gdyby to wszystko działało – piec mógłby grzać wyłącznie łazienkę. Teraz nie może. Łazienka jest na rogu domu. Jej najdłuższa ściana przez czterdzieści lat była zawilgacana przez niezbyt mądrze zrobiony dach. Teraz ściana schnie. Robi to jednak w swoim tempie. W łazience poza podłogówką pod płytkami jest jeszcze mata elektryczna. Niestety o zbyt małej mocy. Znaczy w łazience przez lata było w zimie zimno. 
Już nie jest. Zmotywowany przez Bożenę kupiłem panel co to grzeje podczerwienią. Robi to zadziwiająco skutecznie. Niepokojąco wręcz skutecznie. Na tyle niepokojąco, że zamówiłem watomierz – takie coś, co mierzy zużycie prądu. Założona we wrześniu fotowoltaika narobiła już co prawda cysternę prądu, ale zawsze lepiej wiedzieć co i jak. 
Złą informacją jest, że muszę ten panel jakoś zamontować. A wiązać się to będzie z koniecznością przewiercenia fliz. Choć może tu, od 1945 roku są to raczej płytki. 

2. Pojechaliśmy do miasta. Do paczkomatu. Paczkomaty są super, choć wolałbym nie musieć za każdym razem po przesyłkę przejeżdżać trzydziestu kilometrów. 
Poszliśmy do Lidla. Nie ma szpinaku mrożonego ze śmietaną. I to jest zła informacja. Choć gorszą jest brak podpałki, do której przyzwyczaiłem się tak, że nie bardzo sobie wyobrażam bez niej poranków. 
Tłum ludzi. Byłem świadkiem budującej sytuacji. W kolejce do sąsiedniej kasy ktoś zwrócił uwagę na brak dystansu. Po chwili cała kolejka dyskutowała o odpowiedzialności, sytuacji epidemicznej w sąsiednich Niemczech (mój mąż pracuje).
Z Lidla pojechaliśmy do Tesco. Po chleb, wiejski. Bardzo dobrze się mrozi, a po rozmrożeniu jest jak świeży. No i niestety chleba nie było. Jakiś tescowy pan powiedział, że będzie za pół godziny. Błąkaliśmy się po sklepie przez pół godziny. 

Przypomniała mi się dykteryjka, którą opowiadał mój były kolega Skoczylas. Pod koniec komuny oprowadzał po Krakowie amerykańskiego żurnalistę. Weszli do delikatesów – Skoczylas coś chciał kupić. Stanął więc w kolejce i stał. I stał. Amerykański żurnalista był coraz bardziej rozdrażniony. Na koniec wypalił – już wolałbym coś kupić niż tak długo być w sklepie. 

Przez te pół godziny nawrzucałem do kosza mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. W końcu chleb się pojawił. Po zapłaceniu okazało się że część niepotrzebnych rzeczy wcale nie była w promocji, jak to często w świebodzińskim Tesco bywa. 

Wracaliśmy przez Skąpe. Niby było już ciemno, ale ta ciemność nieba miała dziwnie fioletowy odcień.

3. A, no i w Tesco nie było szprotek. Kocio niby już za nimi nie przepada ale i tak je jadł. Więc to zła informacja. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza