Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lidl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lidl. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 grudnia 2021

22 grudnia 2021


1. Śniegu nie przybyło. Został ten z wczoraj. Złą informacją jest, że zapomniałem wystawić biodegradowalne. Następny raz przyjadą po nie dwudziestego stycznia. Zawartość kosza wylądowała więc na kompoście. Co nie było proste, gdyż do wytrząsania kubła zrobiono śmieciarkę. 

2. Świąteczne zakupy w Świebodzie. Targ zwany Rynkiem. Drogo. Przyjdzie bywać raz w tygodniu w Makro. Później Україночка. Później Mrówka i walka z bezcennymi doniczkami. Na koniec Lidl, w którym wciąż nic nie można znaleźć. Złą informacją jest, ze najprawdopodobniej trzeba będzie jeszcze raz na zakupy pojechać. 

3. Kocia kamera. Nie udało mi się znaleźć odgryzionego kawałka kabla. Nie jest powiedziane, że nawet gdybym ten znalazł, to by się udało na nowo zespolić go z resztą. Musiałem więc na zaśnieżony balkon wynieść drabinę i zdemontować z narażeniem życia powieszoną tam dwa lata temu kamerę. Z narażeniem powieszoną i z narażeniem zdemontować. Później zamontować nad tarasem. Złą informacją jest, że wyszło tak sobie, bo kabel przykrótki. Kąt też nie taki, jak wcześniej. Za to kamerą można zdalnie ruszać. I działa w niej mikrofon. Zanim dotarło do mnie, o co chodzi prześladowało mnie szczekanie wiejskich psów. Najpierw Rudzia, później Kocio zostali przez kamerę dostrzeżeni. Pojawiła się notyfikacja o wykryciu ruchu. Czyli działa. 

Zaczęliśmy oglądać nowego MacGyvera. Zanim zasnąłem, zdążyłem zauważyć, że autorzy bardzo starali się kultywować przaśność oryginału.




 

niedziela, 19 grudnia 2021

19 grudnia 2021


1. Przyśnił mi się diabeł. Pod postacią Władymira Putina. Wiadomo było, że to diabeł, bo mówił diabelskim językiem. Poza diabłem–Putinem we śnie występował Marcin Hyła, na trójkołowym rowerze. Wszystko się działo w jakimś rządowym obiekcie, gdzie były duże place i też podziemne korytarze z rurami. I o ile Hyła jeździł rowerem po placach, to Putina spotkałem w podziemnym korytarzu z rurami. 
Obudziłem się, już miałem biec, by zapisać, co szatan–Putin miał do powiedzenia, coś mnie zatrzymało, później jeszcze coś się wydarzyło, no i nie zapisałem. Słowa uleciały. I to jest zła informacja, bo może to był jakiś ważny znak. 
Kocio nie nocował. Pojawił się dopiero po szesnastej. Jakiś wczesny ten marzec. 

2. Mrówka i Lidl po choinki. W Mrówce Misiek zapalił w zewnętrznej części sklepu. 
My tu nie palimy – powiedział pracownik. 
No to nie palcie – odpowiedział Misiek. Mimo wszystko, przeszedł metr za ogrodzenie. Pracownik zasugerował Miśkowi, że powinien się udać do kierownika i wynegocjować zgodę – również dla pracowników – na palenie w zewnętrznej części sklepu. Powiedział też, że kierownik wszystko obserwuje na monitorach. Misiek wątpił. Wyjaśniłem, że prawdopodobnie kierownik ma swojego kierownika, który sprawdza na monitorze, czy kierownik – ten niższego rzędu – monitoruje monitory z odpowiednim zainteresowaniem. 
Jedna choinka z Mrówki, dwie z Lidla. W Lidlu zrestartowała się samoobsługowa kasa. Ciekawe doświadczenie. Po restarcie kasa pamiętała, co już skasowałem. Pani z obsługo była zdziwiona cierpliwością, z jaką przyjmowałem całą sytuację. Nie wiedziała, jak fascynujące były dla mnie komunikaty, jakie wydawała z siebie kasa w różnych językach. 

Misiek namówił mnie, byśmy wyjęli potwornie wyjący silnik dmuchawy. Nie było to proste, gdyż podczas kowalskiej przeróbki poprzedni właściciel przypalił obudowę. Udało się wyjąć. Złą informacją jest, że element jest nierozbieralny. Coś tam napsikałem smarem do łańcuchów. Jest niby cicho, ale nie wiadomo na jak długo starczy. 

3. Fundacja Stratpoints zwróciła się otwartym listem do Prezydenta w kwestii Lex TVN. List podpisał generał Różański. W liście pada sugestia, że przez Lex TVN może zostać zniweczona ofiara 121 poległych w misjach Polaków. 

Właściwie powinienem na tym skończyć. 

Cóż, złą informacją jest, że nie mogę sobie darować cytatu. Otóż generał broni rezerwy doktor Różański zwraca się do Zwierzchnika Sił Zbrojnych o „nie podpisywanie”. 



Powinienem sobie darować, bo sam po Covidzie błędy robię potworne. 




 

niedziela, 12 grudnia 2021

12 grudnia 2021


1. Nie chciało się mojej osobie wstawać, więc nie wziąłem pasywnie udziału w niedzielnych politycznych nawalankach. Swoją drogą, ciekawe, czy krzyczenie na telewizor nie zmienia sytuacji. Czy już nie jest to udział aktywny. 
W ogóle dziwny dzień, gdyż i od Twitterów sobie wziąłem wolne. Więc nie wiem, co się na świecie dzieje. I nawet nie wiem, czy mi to przeszkadza, a to jest akurat zła informacja.

2. Zawieźliśmy Józkę na dworzec. Pociąg spóźniony był tylko o cztery minuty. 
Na dworcu stoją kosze na śmieci. Z pleksi. Jak urny. Wyborcze urny. Logicznym uzasadnieniem przeźroczystości śmietników jest zagrożenie terrorystyczne. 
–Wrzucił pan ładunek wybuchowy do śmietnika?
–Tak
–Dlaczego pan to zrobił?
–Bo go już nie potrzebowałem.
Albo: Sprawcę ukarano mandatem karnym, w kwocie 250 złotych. Wrzucił bombę biologiczną do zmieszanych. 
Na dworcu, spod farby, wyszło parę liter, z których można wnioskować, że Świebodzin był przez chwilę Świebodzinem Wielkopolskim. Wydaje mi się, że historycznie powinien raczej być Śląskim. W 1945 najwyraźniej inaczej na to patrzono. 
Na stacji stał pociąg. Elektrowóz Deutsche Bahn, czerwony. Richtung: Niemcy. Za nim, po horyzont (w związku z zamgleniem, nie było to zbyt daleko) wagony z volkswagenami. Z tym, że te volkswageny przodem w stronę Poznania. 
Opowieści o tym, że w związku z przerwaniem łańcuchów dostaw zatrzymano w Europie produkcję samochodów są najwyraźniej przesadzone. 
Znikły tabliczki zabraniające przechodzenia przez tory. Pojawiły się nowe, sugerujące, by się strzec pociągu. Polska w coraz większym stopniu staje się oazą wolności. 
Piszę te wszystkie rzeczy, bo liczę na to, że mi się przypomni coś, co koniecznie miałem napisać. Raczej mi się nie przypomni. I to jest zła informacja. 

3. Z niewiadomych przyczyn doznałem przypływu energii. Zdjąłem drzwi z górnej łazienki i zestrugałem je od spodu. Przez ostatnich z dziesięć lat się zamykając, wydawały w związku z podłogą denerwujący dźwięk. (Najwyraźniej nie aż tak denerwujący). Udało mi się je również założyć. Nie dostrugałem ich wystarczająco. Znaczy słychać ich związki z podłogą bezpośrednio przed samym zamknięciem. Do tego bardzo cicho. Porównując sytuacje sprzed i po struganiu, obawiam się, że energia, by dostrugać do końca zbierze się we mnie za jakieś tysiąc lat. I to jest zła informacja, gdyż nie jest powiedziane, że elektryczny strug z Lidla wcześniej się nie popsuje.  

Kupiony w nieodżałowanym Tesco żeliwny garnek świetnie się sprawdza w duszeniu pieczarek.


 

piątek, 29 października 2021

29 października 2021


1. Zacznę od informacji najgorszej. Dzień zakończyliśmy z jednym kocim oseskiem. Choć wcześniej nic na to nie wskazywało. 
Rudzia się wciąż zachowuje, jak na kocią matkę przystało. Czyli leży. Z przerwami na posiłki

2. Cały dzień wybierałem się do miasta. Wybrałem się dopiero późnym popołudniem. I to jest zła informacja. Lepiej, gdybym panował nad czasem. 
Wjeżdżając do Chociul, zauważyłem ciągnik. Nie jestem amatorem ciągników, więc nie rozpoznałem marki. W każdym razie: ciągnik z tych mniejszych. Ciągnik miał, od frontu, założoną łyżkę ładowarki. Czy jak się tam to nazywa. Łyżka była maksymalnie podniesiona. W łyżce stał pan. Po prostu stał. Można się było domyślać, że coś z tej łyżki majstrował z linią energetyczną nad nim. Majstrował wcześniej, bądź miał majstrować, bo w momencie, gdy go zauważyłem po prostu stał. I był to dość irracjonalny widok. 
W sklepie „Action” wciąż przygotowania do Bożego Narodzenia. Wszystkich Świętych pominięto. Odważna biznesowo decyzja. 
W „Mrówce” kupiłem pellet. W „Lidlu” mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Za to drogich. Chciałem odwiedzić naprawiacza kosiarek. Miał już zamknięte. Nic dziwnego. 
Sporą część drogi do domu przejechałem za jakimś talibem bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Po niezabudowanym jechał 50 km/godz. 

3. Jestem pod stałym wrażeniem „Morning Show”. Szczerze polecam tego allegrowicza. 
„Inwazja” też fajna. Choć, jeżeli następny odcinek będzie jak poprzednie – zmienię zdanie. 
Uciekam w seriale, żeby nie napisać o tym, że zadzwonił kolega z Warszawy i opowiedział dwie tak smutne historie, że lepiej niż je rozpamiętywać jest się skoncentrować na serialach. 




 

poniedziałek, 27 września 2021

27 września 2021


1. Poznałem dziś nowe znaczenie słowa nepotyzm. Otóż dziś oznacza to zatrudnianie ludzi, z którymi pracowało się kiedyś w komercyjnej spółce, o których umiejętnościach człowiek miał szanse się przekonać. 

Bo o tym, że określenie prawdziwa bomba, petarda dotyczące tekstu w „Gazecie Wyborczej”, oznacza niezbyt dokładnie przygotowany tekst z tezą, o którym po tygodniu wszyscy zapomną – wiem już od chyba „Dwóch wież”.
Nowoczesną definicję dziennikarskiego śledztwa pamiętam od kiedy się Paweł Smoleński zajmował aferą Rywina.
A tak poważniej – nie, żeby wcześniej poważnie nie było – chętnie bym przeczytał dobrze udokumentowany tekst śledczy. Taki skierowany szerzej, niż do tożsamościowego czytelnika. 
Chętnie bym przeczytał. Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że przeczytam. I to jest zła informacja. 

2. Nie wpadłbym na to, że Polska na granicy chroni europejskie krowy. I to jest zła informacja, gdyż przekonany byłem, że horyzonty moje są szersze.  

3. Mogłem obejrzeć lubską biznesową elitę. Biznesową i polityczną. I samorządową. W Sulechowie. Lubuski Lider Biznesu. Nominowanym do którejś z kategorii był właściciel firmy, która robiła nam kanalizację w 2014 roku. 
Byłem też w Lidlu. Mają automatyczne kasy. W Lidlu kupowałem mięso dla kotów. Są na etapie surowego. Znaczy: żadnych saszetek z Rossmana. Ma być krwawo. I to jest zła informacja. Saszetki są jednak wygodniejsze. 

środa, 12 maja 2021

12 maja 2021


 

1. Kosiniak-Kamysz powiedział Piaseckiemu, że nie wierzy w ufoludki.
Mazurek pomylił DEA z FDA. To właściwie śmieszne. Ale pewnie nikt tego nie zauważył. 

2. Pan od pompy nie przyjechał. Znaczy: o czasie nie przyjechał. Przyjechał później. 
Zasylikonowałem zlew. Znaczy: wcisnąłem sylikon między zlew a blat. Nadmiar zlew wycisnął na blat. Teraz będę się zajmował urywaniem go po kawałku. Nadmiaru. Nie zlewu. 
Przymocowałem deskę tarasową. Deskę, która się wygła. Wygła się tak, że aż wyrwała wkręt. Wydawać by się mogło, że deski, które leżały dziesięć lat na strychu nie bedą przejawiać wykrzywiających tendencji. 

Trzeba było pojechać do Świebodzina po umyte audi. Myjnia przy Jeziorowej. Polecam tego allegrowicza. Umyte audi wyglądało jak obcy samochód. Przy okazji mysia odnalazła się moja karta do bankomatu. Karta, na której postawiłem krzyżyk z pół roku temu. 

Wracając, wpadliśmy do Lidla po buraki. Buraków nie było. Kupiliśmy więc inne rzeczy. Nie były to testy na COVID, choć przy kasach zalegają ich już dwa rodzaje. Nowy parkomat drukuję większe karteczki. Poprzednie były na tyle małe, że się ich nie wyjmowało. Zalegały podszybie. Te są na tyle duże, że trudno o nich zapomnieć. 

3. Pan od pompy przyjechał chwilę po tym, jak wróciliśmy z miasta. Wymienił kapiący element. Zafascynowały go nasze pszczoły (te, które mieszkają w ścianie domu, na pierwszym piętrze). Jest synem pszczelarza, więc nic dziwnego. 
Przyjedzie za miesiąc, żeby uruchomić hydrofor. Hydrofor nie działa od ponad trzydziestu lat. Ponoć mu to jakoś specjalnie nie zaszkodziło. 
Czynny hydrofor zwiększy efektywność podlewania. 


czwartek, 1 kwietnia 2021

1 kwietnia 2021


 

1. Minister Zdrowia powiedział u Piaseckiego, że najgorsze dopiero przed nami. 
Radziwiłła w Graffiti nie oglądałem. W wakacje słuchałem audiobook „Potop” i mam uraz
Mazurek i Dworczyk – Mazurek chciał usłyszeć, że rząd nie wprowadza obostrzeń, bo wie, że ludzie się nie podporządkują. 
Dworczyk odpowiada, że chodzi o wypośrodkowanie, miedzy sprzecznościami – zdrowie vs gospodarka. Mazurek: czyli nie przyzna pan, że rząd nie wprowadza obostrzeń, bo wie, że ludzie się nie podporządkują. Dworczyk– chodzi o wypośrodkowanie zdrowie vs gospodarka. Mazurek: szanowni państwo, minister Dworczyk nie chce nam powiedzieć, że rząd nie wprowadza obostrzeń, bo wie, że ludzie się nie podporządkują. 

Generalnie Michał Dworczyk nie miał dziś dobrego dnia. Mój brat (młodszy) (o istnieniu innych nie wiem) już witał się z gąską. Przeżyje do maja. Jest w końcu ozdrowieńcem. 

Po ósmej przyjechał pan Hydraulik. Właściwie nie wiem jak nazwać człowieka, który zajmuje się systemami ogrzewania, więc niech mu będzie hydraulik. Przyjechał zobaczyć jak podłączać pompę ciepła. Zobaczył, wymyślił. Wcześniej rozmawialiśmy o Covidzie. Jak ozdrowieniec z ozdrowieńcem. Ktoś, kto nie przechorował nie zrozumie. 

2. Pojechaliśmy na świąteczne zakupy. Najpierw do Tesco. Przez Skąpe. Dźwig na budowie Amazona sterczał nad lasem jak żyrafa. W Tesco średni tłum. Nie było naszego chleba, więc trzeba będzie podjechać jeszcze raz. Pod Tesco grupka amerykańskich żołnierzy w cywilu jadła kebaby. Choć raczej kebapy – w naszej okolicy używa się berlińskiej pisowni. Po czym poznać amerykańskich żołnierzy w cywilu? Po butach. Wojskowych. No i po tym, że musi być czarnoskóry i musi być Latynos. No i jeżdżą cywilnymi autami na niemieckich blachach.
Zatankowałem gaz do pustego zbiornika Lawiny. Wchodzi osiemdziesiąt litrów. 
W Lidlu tłum. Maski pod nosami albo pod brodą. A tłem do tego komunikaty: w Lidlu dbamy o bezpieczeństwo. Ograniczamy liczbę kupujących. Mamy szerokie alejki. Może i są szerokie. Ale zastawione towarem. 
Niedzielski powiedział u Piaseckiego, że najgorsze przed nami. Widać to w Lidlu. 
Ludzie się nie testują, bo się boją, że będą pozytywni i nie będą mogli pojechać do rodzin na Święta.  

3. Kocio wrócił koło południa. Zjadł i padł. Spi jak zabity. Skończył się marzec, więc może znowu zacząć mieszkać. 
Z opóźnieniem dotarła do mnie lokalna fascynacja tweetem poseł Marczułajtis. Przypomniało mi się, jak z kolegą Kaplą mieliśmy z nią zrobić wywiad. Ona wtedy promowała pomysł zimowych igrzysk w Krakowie. Spotkaliśmy się w tajskiej knajpie przy Wiejskiej. Pani Poseł była przekonana, że będzie to kolejna promocyjna rozmowa o tym, jak świetnym pomysłem jest zorganizowanie w Krakowie i okolicach wielkiej sportowej imprezy. Ja – niekoniecznie. Chcieliśmy, by nas do pomysłu przekonała. Poprosiłem żeby skomentowała problemy, na które zwracały uwagę ruchy miejskie. Szybko się okazało, że jest problem. Zrobiło się nerwowo. Nie pamiętam szczegółów. Pamiętam, że na koniec, gdy zapytaliśmy o jakieś sejmowe głosowanie – ryknęła na nas: –A panowie myślą, że posłowie mogą głosować jak chcą? Z wywiadu nic nie wyszło. Wydawca musiał się z tym jakoś pogodzić. 
Profesor Żerko skomentował tweet pani Poseł: „Polski sejm 2021. Co za upadek. Nie sądziłem swego czasu, że ludzi w rodzaju Leppera będziemy na ich tle wspominać z sympatią...
Warto zauważyć, że pani Jagna z trzyletnią przerwą jest w Sejmie trzecią kadencję. Od dziesięciu lat. 




wtorek, 23 marca 2021

23 marca 2021


1. Scheuring-Wielgus – póki Piasecki jej nie poprawił – powtarzała, że posłanka Pawłowska jest z lubuskiego i wyrażała solidarność z lubuską lewicą. 
W Graffiti Zgorzelskiemu nie pasował lockdown. U Mazurka sympatyczna dziewczyna z Tygodnika Powszechnego opowiadała jak jest w Tel Awiwie. Jak raczył zauważyć Szewach Weiss – Żydzi są zupełnie jak Polacy, tylko bardziej. Z tym, że nie mają antyszczepionkowców. Nic dziwnego. To kolejny dowód na to, że szczepionki to żydowski spisek. 

Posadziliśmy jeszcze jedną choinkę. Bożena zauważyła, że zachodnie wiatry przekrzywiły posadzoną przed Świętami dużą sosnę. No i się zastanawiamy, czy ją prostować, czy dać szansę, by się wyprostowała sama.

Zasypałem wygrzebane truchło lisa. Przyłożyłem kamieniem. Powinienem był to zrobić na jesieni. Wtedy by się pies sąsiadów do lisa nie dobrał.

2. W ramach powrotu do normalności pojechałem do Wilkowa, do mechanika. Zrobić serwis klimatyzacji. Zauważyłem trzy dni temu, że się przestała uruchamiać. Znaczy: za mało czynnika. Mechanik w Wilkowie mnie poznał – wiosną byłem tam z audi. 
Ząb czasu nadgryzł naklejkę z informacją o ilości czynnika. Coś tam udało się znaleźć w internecie. Po podłączeniu maszyny okazało się, że czynnika nie ma wcale. Ale instalacja wytrzymała próbę ciśnieniową. Naładowaliśmy. Znaczy – maszyna naładowała. Klimatyzacja się uruchomiła. Czyli jest dobrze. Na razie. Zobaczymy jak długo. 

Skoro się już ruszyłem z domu – pojechałem na zakupy do Lidla. Nie wygląda to dobrze. Z jednej strony ludzie kaszlący w maski. Z drugiej bez masek, czy z maskami pod nosem. A dziś usłyszałem o kolejnych dwóch zarażonych znajomych. Jeden ze Świebodzina, drugi z Warszawy. 

3. Jak było do przewidzenia – Kocio nie może zrozumieć, dlaczego nie może wyjść na zewnątrz. I protestuje na różne sposoby. Na razie dajemy radę. 
Testowałem różne metody podania mu tabletki antybiotyku. Z masłem, z kocim żarciem, z szynką. Bezskutecznie. Okazało się, że wystarczy mu tabletkę wsadzić do pyska. Łyka ją bez protestów. 


 

wtorek, 26 stycznia 2021

26 stycznia 2021


1. Siemoniak u Mazurka. Fascynujące jest tempo w jakim potrafi diametralnie zmieniać zdanie. Przypomniał mi zabawkę mojego brata. Latający talerz. Jeżdżący znaczy. Z napisem Mars z boku. To były jakieś wczesne lata osiemdziesiąte. Od tego czasu wiem co znaczy „mars” od tyłu. Wyprowadziłem kiedyś z równowagi – dzięki tej wiedzy – pracownika firmy tytoniowej. Prywatnie męża koleżanki mojej z „Gazety Krakowskiej”. Przyniósł kiedyś przedpremierowo parę paczek marsów. Wyciąga. Z dumą pokazuje. Mówi, że to hit będzie. A ja na to – a wiesz jak jest „mars” od tyłu. Nie wiedział. Sprawdził. 

Jeżdżący latający talerz jeździł prosto, kiedy na coś wpadał, praktycznie bez zmiany prędkości zmieniał kierunek. Znowu jechał prosto. Aż na coś wpadł. Zmieniał kierunek. I tak dalej. Zupełnie jak Siemoniak u Mazurka. Mówił jedno. Mazurek go punktował. Zmieniał zdanie. Dalej jechał. Znowu zderzenie z Mazurkiem. Znowu zmiana. Zupełnie jakby miał z boku napis Mars. Zła informacją jest, że robił to w takim tempie i takim przekonaniem, że pewnie mało kto to zauważył. 


2. Siemoniak przypomniał wczorajszego Hołownię. Bożena była pod wrażeniem pustki, którą wypełnione były jego słowa. Zasadniczo trudno jest wypełnić coś pustką. Najpopularniejszym wyjątkiem są słowa polityków. Naprawdę mogą być pełne pustki. Zauważyła, że jedyne co miał konkretnego do powiedzenia, to zgrabnie przeprowadzona krytyka władzy. Ale nic więcej. Żadnej wizji. Zacząłem jej tłumaczyć, że najwyraźniej z badań wyszło, że do uzyskania dwucyfrowego wyniku w wyborach to wystarczy. Że plany – przepraszam za wyrażenie – konstruktywne, się robi, kiedy się idzie po władze. A po władzę aktualnie nikt się nie wybiera. 
Badacze nie wymyślą idei która może ponieść. [Jedyny, znany mi, który miewał takie przebłyski, to Tęgi Łeb] Badacze będą będą pytać na fokusach. A, że ludzie na fokusach nie mają pojęcia, jak należy zmieniać świat, więc zapytani czy walić w PiS kulturalnie, czy ostro? Odpowiadają jak chcą badacze. Kulturalnie, bądź ostro. Ci od Hołowni wolą kulturalnie.
Czy się komuś to podoba czy nie – jak na razie jedynym poważnym politykiem, który ma jakąś spójną wizję politycznej przyszłości jest Jarosław Kaczyński. 
W 38 milionowym kraju wypadałoby, żeby było takich ludzi więcej. Nie ma i to jest zła informacja. 

3. Pojechaliśmy w do gazownika. W dwa auta. Gazownik, jak gazownik. Tylko czystszy niż średnia. Wymieni świece. Siedem. Złą informacją jest, że zapomniałem, którą z ośmiu wymienił Jacek. Może zostanie rozpoznana po stanie. Gazownik powiedział, że zrobi auto jutro. Albo pojutrze. Gdyby zrobił pojutrze – rozwaliłoby to moje plany. Ale powinien jutro. Chyba, że coś znajdzie, co się nie uda jutro zrobić. 

Od Gazownika pojechaliśmy do skupu palet. Wcale nie po to, żeby sprzedać paletę, tylko kupić skrzynie, które Bożena wypatrzyła na OLX. OLX* kiedyś nazywał się tablica.pl. Jakiś marketingowiec pewnie wymyślił, że to nie jest wystarczająco nowocześnie, bo nie ma V, Q albo X w nazwie. Pewnie to jeszcze przebadał i wyszło mu oczywiście to, co chciał. Tak to zwykle z badaniami jest. {Dyrektor Zydel to teraz Dyrektor Muzeum Zydel, więc się nie powinien – jako były badacz – oburzać. Ma większe problemy.]
Skrzynie, w których Bożena chce sadzić różne rosnące rzeczy, okazały się opakowaniami na coś, co przyszło z Niemiec. Porządnie zrobionymi opakowaniami. Nie na tyle porządnie, żeby wyglądały na opakowania na rakietową amunicję, ale i tak na tyle porządnie, że będzie można w nich siać i sadzić. Podwiózł je sympatyczny młody człowiek. Sztaplarką. Ze strasznie długimi widłami. Skoro wózek widłowy, to pewnie są to widły. Pomógł mi załadować je na pakę chevroleta. Paka, to po amerykańsku bed. Jakoś to mnie – nie wiedzieć czemu – śmieszy. 
Otwarta klapa paki przedłuża ją o dobre pół metra. 

Ze skrzyniami na pace pojechaliśmy do Lidla. Szczerze mnie ubawiły przecenione wegańskie hamburgery w lodówce z mięsem. 

Nie chciało mi się ściągać skrzyń z paki, więc wstawiłem chevroleta do stołówki. Żeby wjechać trzeba składać lusterko. Ale się mieści. Nawet przedłużony o pół metra otwartej klapy. 
Wieczorem przez moment oglądałem Paszporty Polityki. Dziadersi łaszący się do progresywnej młodzieży. Nawet śmieszne. 


*Historia z nazwą OLX jest nieprawdziwa. Zmienił się właściciel. Nowy miał już globalną sieć o tej nazwie. 

piątek, 8 stycznia 2021

8 stycznia 2021


 1. Rano przez chmury widać było słońce. Mam wrażenie, że to po raz pierwszy w tym roku. 


Mamy w domu niedokończone ogrzewanie podłogowe. Od piętnastu prawie lat. Otóż cały układ został podzielony na kilka obwodów. Każdy z tych obwodów zaczyna się od zaworu, który miał puszczać tam wodę, kiedy termostat w konkretnym pomieszczeniu na to mu pozwoli. Zawory pracują na jakimś nietypowym napięciu. Brakuje transformatorów, które by to napięcie zapewniały. Nie ma też termostatów. Więc układ działa w całości. Albo nie. W zależności, co mu mówi sterownik pieca. Ma to pewnie wiele minusów. Większości z nich nie udało mi się rozpoznać. Wiem o jednym: podłogówką nie da się nagrzać łazienki. Gdyby to wszystko działało – piec mógłby grzać wyłącznie łazienkę. Teraz nie może. Łazienka jest na rogu domu. Jej najdłuższa ściana przez czterdzieści lat była zawilgacana przez niezbyt mądrze zrobiony dach. Teraz ściana schnie. Robi to jednak w swoim tempie. W łazience poza podłogówką pod płytkami jest jeszcze mata elektryczna. Niestety o zbyt małej mocy. Znaczy w łazience przez lata było w zimie zimno. 
Już nie jest. Zmotywowany przez Bożenę kupiłem panel co to grzeje podczerwienią. Robi to zadziwiająco skutecznie. Niepokojąco wręcz skutecznie. Na tyle niepokojąco, że zamówiłem watomierz – takie coś, co mierzy zużycie prądu. Założona we wrześniu fotowoltaika narobiła już co prawda cysternę prądu, ale zawsze lepiej wiedzieć co i jak. 
Złą informacją jest, że muszę ten panel jakoś zamontować. A wiązać się to będzie z koniecznością przewiercenia fliz. Choć może tu, od 1945 roku są to raczej płytki. 

2. Pojechaliśmy do miasta. Do paczkomatu. Paczkomaty są super, choć wolałbym nie musieć za każdym razem po przesyłkę przejeżdżać trzydziestu kilometrów. 
Poszliśmy do Lidla. Nie ma szpinaku mrożonego ze śmietaną. I to jest zła informacja. Choć gorszą jest brak podpałki, do której przyzwyczaiłem się tak, że nie bardzo sobie wyobrażam bez niej poranków. 
Tłum ludzi. Byłem świadkiem budującej sytuacji. W kolejce do sąsiedniej kasy ktoś zwrócił uwagę na brak dystansu. Po chwili cała kolejka dyskutowała o odpowiedzialności, sytuacji epidemicznej w sąsiednich Niemczech (mój mąż pracuje).
Z Lidla pojechaliśmy do Tesco. Po chleb, wiejski. Bardzo dobrze się mrozi, a po rozmrożeniu jest jak świeży. No i niestety chleba nie było. Jakiś tescowy pan powiedział, że będzie za pół godziny. Błąkaliśmy się po sklepie przez pół godziny. 

Przypomniała mi się dykteryjka, którą opowiadał mój były kolega Skoczylas. Pod koniec komuny oprowadzał po Krakowie amerykańskiego żurnalistę. Weszli do delikatesów – Skoczylas coś chciał kupić. Stanął więc w kolejce i stał. I stał. Amerykański żurnalista był coraz bardziej rozdrażniony. Na koniec wypalił – już wolałbym coś kupić niż tak długo być w sklepie. 

Przez te pół godziny nawrzucałem do kosza mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. W końcu chleb się pojawił. Po zapłaceniu okazało się że część niepotrzebnych rzeczy wcale nie była w promocji, jak to często w świebodzińskim Tesco bywa. 

Wracaliśmy przez Skąpe. Niby było już ciemno, ale ta ciemność nieba miała dziwnie fioletowy odcień.

3. A, no i w Tesco nie było szprotek. Kocio niby już za nimi nie przepada ale i tak je jadł. Więc to zła informacja. 

piątek, 8 maja 2020

7 maja 2020


1. Pamiętam z końca lat osiemdziesiątych legendę, że pod Krakowem, w miejscowości Krzywaczka mieści się zaopatrująca całe miasto plantacja marihuany. Człowiek nazywany Krzywaczką miał ją prowadzić u swojej babci. Według legendy robił to całkowicie bezinteresownie. Przypomniało mi się to, bo przyszły zraszacze pulsacyjne metalowe. Niepozorne wielkością, acz skomplikowanie konstrukcyjnie urządzenia, które mogą (każdy z nich) pokryć wodą kilkaset metrów kwadratowych. Przyszły właśnie z podkrakowskiej Krzywaczki. I przypomniały mi tę historię.
Test krzywaczkowych zraszaczy wypadł świetnie. Nie dość, że moczyły odpowiednią powierzchnie, to robiły to w nietuzinkowy sposób. Było po deszczu, więc się nie zdecydowałem na sprawdzenie, jak działają w kaskadzie. I to jest zła informacja. 

2. Uruchomiłem strug (po angielsku planer) Musiałem skrócić nieco okna. Lata temu świebodziński stolarz zamontował nam własnoręcznie wykonane parapety. Materiał najwyraźniej był taki sobie, bo parapety zaczęły żyć własnym życiem. I nie było to życie proste. Pokrzywiło je na tyle, że cieżko było okna otwierać – skrzydła szorowały po parapetach. Zestrugałem (splanowałem) kilka milimetrów i sytuacja wróciła do normy. Złą informacją jest, że nie ma wcale gwarancji, że parapety wybiorą życie w prostocie.

Skręciłem półkę. Zajęło mi to pół godziny mniej. Zostało jeszcze osiem. Jeżeli uda mi się utrzymać krzywą, to ostatnią półkę skręcał będę przez dziewięć minut. 

3. W zupełnie nie wskazującym na taką zawartość pudełku znalazłem swój pierwszy dowód osobisty. Przez dekadę używałem go jako notatnika, większość zapisanych w nim numerów telefonów się zdezaktualizowała, reszta przestała mieć znaczenie. Ale to nie jest aż tak zła informacja. Gorszą jest, ze przyjrzałem się swojemu zdjęciu i muszę przyznać, że wolę wyglądać tak, jak wyglądam trzydzieści lat później. A to jakoś nie pasuje do wszechogarniającego nas kultu młodości. 

piątek, 24 kwietnia 2020

23 kwietnia 2020


1. Czwartek. Dwa razy sprawdzałem, bo mi się wydawało, że jest środa. I to jest zła informacja.

Skończyliśmy oglądać „Spisek przeciwko Ameryce”. Tydzień temu w Newsweeku czytałem wywiad z Johnem Torturro. Dla znajomych aktora Roth (autor książki na podstawie której powstał serial) przewidział Amerykę Trumpa. Druh Sekretarz opowiadał, że kiedy książka wyszła – mówiono, że to obraz Ameryki Busha. Lead do wywiadu zrobiono z cytatu: „Ksenofobia odradza się lawinowo na całym świecie, co doskonale widać na przykładzie Polski, Węgier, Wielkiej Brytanii czy Brazylii. I na tym się nie skończy – opowiada »Newsweekowi« amerykański aktor John Torturo.
Jeszcze jeden cytat „Fascynuję się przeszłością, zwłaszcza I połową XX wieku. Na planie »Spisku…« ekipa nazywała mnie nawet nauczycielem historii, Winona Ryder użyła tego określenia i przyjęło się.”
Skoro Winona nazwała Torturro nauczycielem historii, to znaczy, że musi on mieć kompetencje do oceny rozwoju ksenofobii w Polsce.
Serial zaś warto zobaczyć.

Starszy Analityk Szacki nie jest już Starszym Analitykiem Szackim. Jest Szefem Działu Politycznego Szackim. Niby awans, choć na jego miejscu wolałbym mieć jakiś bardziej wyszukany tytuł. Na przykład: Najstarszy Analityk Szacki. O, i tak go będę nazywał. Otóż Najstarszy Analityk Szacki przeprowadził kilka dni temu analizę planu Budki. Napisał, że plan ma nikłe szanse na sukces. Z czym trudno się nie zgodzić. W założeniach pominął jedną rzecz. Budka twierdzi, że ludzie nie chcą wyborów, bo boją się głosować. Wydaje mi się, że z ostatnich sondaży wynika coś innego. Mianowicie respondenci uważają, że wybory już się rozstrzygnęły i nie ma sensu w nich uczestniczyć. Po prostu wszystko jest już poukładane. Swoją drogą Jeszcze nigdy w historii polskich wyborów sztaby nie zrobiły tyle złego swoim kandydatom.

2. Przyjechał wytęskniony wąż. Przyjechał długo oczekiwany łącznik czegoś, co poziomuje reflektory. Przyjechały dwie szafki nocne kupione przez Bożenę wraz z zestawem figur geometrycznych z drutu. Przyjechała śruba do zamocowania noża w starej kosiarce Bożeny. Najwyraźniej wykorzystaliśmy limit szczęścia dla całej okolicy, bo samochód kuriera przestał palić. Reanimowałem go za pomocą kupionego niegdyś w Lidlu prostownika z funkcją wspierania startu. I tak zajęło to z pół godziny. W Caddym kuriera najprawdopodobniej poszedł alternator. I to jest zła informacja, bo nie wiadomo czy będzie miał czym przyjechać następnego dnia.

3. Kiedy udało się odpalić kuriera ruszyłem do Świebodzina do paczkomatu. Przyjeżdżam. Przed paczkomatem stoi wyładowane przesyłkami audi, którego właściciel ładuje paczkomat. –Przyjdź pan za godzinę – mówi. Więc poszedłem do Lidla. I to jest zła informacja, bo wydałem trzy stówy na dyskusyjnie potrzebne rzeczy. Na przykład elektryczną maszynkę do polerowania lakieru samochodowego. No, nie. Maszyna do polerowania może się przydać, kiedy przyjdzie czas na następną debatę kandydatów.


środa, 22 kwietnia 2020

21 kwietnia 2020


1. InPost. I to jest zła informacja. Źli ludzie mówili, że InPost to firma, która miała przejąć Pocztę Polską. Przez jakiś czas dostarczała już nawet przesyłki sądowe. Później mówiło się, że właściciel firmy wspiera Ryszarda Petru. Nie wiem, czy również .Nowoczesną. Później przesyłki sądowe wróciły do Poczty Polskiej i jakoś źli ludzie przestali mówić, o tym, że InPost ma ją przejąć. W każdym razie, czas jakiś temu Allegro uszczęśliwiło mnie i miliony mnie podobnych swych klientów umową z InPostem. Na pierwszy rzut oka wszystko pięknie. Płaci się zryczałtowaną kwotę, później przesyłki są za darmo, lub prawie za darmo. Nic tylko kupować. Paczkomaty – super pomysł, nie trzeba czekać na kuriera, bądź korzystać z uprzejmości golibrody da dole. Kurierzy – ogarnięci Ukraińcy wszystko jakoś działało. Ale to w Warszawie.

Jakiś czas temu zamówiłem „Żabę warsztatową lewarek warsztatowy 2T”. Chciałem zmienić koła na letnie nie bawiąc się podnośnikiem z wyposażenia samochodu. Zamówiłem na wieś. Zadzwonił kurier spod Gdańska. Że błąd w adresie. Pytam o kod pocztowy. Odpowiada, że nie stąd. Kod mój. Lubuski. Przesyłka znika. Po prawie dwóch tygodniach dodzwaniam się na infolinię. Przesyłka ostatnio widziana była w Rzeszowie, tydzień temu. Okazuje się, że w systemie ma inny kod (zły) niż na naklejce adresowej (dobry). Pani z infolinii próbuje problem załatwić. Poprzednim razem (bliżej nowego roku) każda rozmowa z infolinią prowadziła do nikąd. Problem udało się dopiero rozwiązać po przediwnej znajomości na zadziwiająco wysokim szczeblu.
No więc nie mam mojej „Żaby warsztatowej lewarka warsztatowego 2t” i nie wymieniam kół. Po Polsce krąży również 50 metrów węża ogrodowego o średnicy 1 cala. Gdyby ktoś spotkał – proszę przakazać, że tęsknię.

2. Na zimowych kołach pojechałem do Świebodzina na zakupy. Przy paczkomacie koło Lidla dwie panie komentowały rzeczywistość. Jedna siedziała w samochodzie, druga w odległości metrów kilku stała oparta o swoje BMW. Nie miały maseczek (dzięki samochodom). Przez odległość musiały rozmawiać na tyle, głośno, że bardzo było je słychać. Generalnie rzeczywistość im się nie podobała.
W Lidlu nie było kolejki. Nie było też mrożonego szpinaku. I to jest zła informacja. Nie było też oleju z pestek winogron. Za to było dużo elektronarzędzi. Kupiłem strug. Elektryczny. Po angielsku – planer. Człowiek uczy się całe życie.
Marcin Meller w ostatnim felietonie napisał: „W sklepie próbuję w plastikowych rękawiczkach otworzyć plastikową jednorazówkę, szybciej bym chyba skrzesał ogień dwiema cegłami.” Z gumowymi rękawiczkami jest podobnie.
Jakoś bawi mnie to, że jeżeli z mellerowego felietonu wyrzucić oceny polityczne, to zadziwiająco bliski mi jest rysowany przez niego obraz świata. „Raz, dwa razy dziennie widzimy przelatujący wysoko samolot i cieszymy się jak bohaterowie »Seksmisji« na widok bociana”. Mam tak samo.

Kolega Kapla pisze czwartą część swojej serii kryminałów. Dziać się ma w czasie pandemii. Podrzuciłem mu, że dla erotomana gawędziarza (dla takich zawsze w kryminale miejsce jest) sytuacja, w której kobietom widać znad maseczek tylko oczy jest świetnym tematem do monologów.

3. Prezydent u Rymanowskiego potwierdził, że 500+ będzie wypłacane. Posłowie opozycji wyciągnęli z tego wniosek, że nie będzie. Jeszcze nie tak dawno temu nawalaniem w Internecie zajmowali się asystenci posłów. Dziś robią to sami posłowie. Niektórzy traktują to jako główne ich zadanie jako parlamentarzystów.

Mamy nową kosiarkę. Ręczną. Na baterię. Bateria wystarcza na jakieś 40 minut koszenia. Później wymaga trzygodzninnego ładowania. Ma to ukryty sens, gdyż wymaga dokładniejszego planowania dnia. Albo zakupu drugiej baterii. A właściwie i trzeciej. I jeszcze jednej ładowarki. Z drugiej strony, przez te 40 minut można skosić spory kawałek gruntu. Oczywiście nie taki, jak traktorkiem. Ale, że traktorek nie dość, że nie kosi, to wciąż nie jeździ.

Wieczorem oglądaliśmy końcówkę filmu, w którym Sylvester Stallone ma tatuowaną córkę tatuażystkę. I razem z azjatyckim z rysów policjantem walczy z afrykańskim z rysów przestępcą i jego wynajętym zabijaką o rysach bohatera kina akcji klasy C. I to wszystko w Nowym Orlwanie. Na koniec afrykański przestępca ginie z rąk wynajętego zabijaki klasy C, który po odbyciu walki na strażackie toporki (ze Sylvestrem) ginie z rąk azjatyskiego policjanta, który wiąże się z tauowaną córką tatuażystką. Chwilę przed końcem afrykański z rysów przestępca dzieli się ze skorumpowanym afroamerykańskim z rysów policjantem konstatacją, że nie można ufać komuś, komu nie zależy na pieniądzach – mówi to proroczo o zabijace o rysach bohatera kina klasy C.
Nie widziałem początku tego filmu i to jest zła informacja, bo nie zapamiętałem jego tytułu.
Film był na TV Puls. Kanale na którym w większości flmów gra albo Jean-Claude Van Damme, albo Steven Seagal. Albo obaj. Tym razem szczęśliwie udało się baz nich.
Na filmie ze Stevenem Seagalem pierwszy raz byłem w Poznaniu. To chyba była pierwsza klasa liceum. Pojechaliśmy na wystawę grafik Picassa. Potem była chwila do pociągu. No i poszliśmy do kina. No i pierwszy raz w życiu przespałem dwie trzecie filmu. Budziłem się tylko na większe strzelaniny. A nie było ich chyba zbyt wiele, bo Seagal stosował aikido. Problem był taki, że zanim nie obejrzałem następnyc z nim filmów – miałem o nim dobre zdanie. Śpiąc nie zauważyłem jak drewniany to aktor. Nie to co Stallone. Zwłaszcza na starość.


wtorek, 21 kwietnia 2020

20 kwietnia 2020



1. Jestem urodzonym pracownikiem zdalnym. Zwykle wstaję rano, robię prasówkę, czytam społecznościówki, przy śniadaniu Mazurek, później telewizje. Najmniej efektywny jest czas podróźy do roboty. Zresztą na ogół trudno wyjść, bo a to ktoś dzwoni, a to coś się dzieje w telewizorze, a to komuś trzeba odpisać, ręki brakuje do zawiązania krawata, transmisja najważniejszej w historii nowożytnej Polski konferencji opóźnia się o kolejny kwadrans.
Pamiętam jak w śp. „Ozonie” Robert Tekieli miał pretensje, że przychodzę po 11 do redakcji, ja mu zaś odpowiadałem, że o 11, to ja już jestem po czterech godzinach analizowania bieżącej sytuacji politycznej w kraju i niekiedy również za granicą.
A na zdalnym wstaję, robię prasówkę, palę w piecu, czytam społecznościówki, wygrzebuję popiół z kominka, rabię kawę, kontynuję prasówkę, przy śniadaniu słucham Mazurka, uczestniczę we dwóch wideokonferencjach, biorę prysznic, podyskutuję telefonicznie ze współpracownikami, zrobię coś koło domu, porozdzielam zadania, przestawię podlewaczkę, napiszę błyskotliwy komentarz na Twitterze, który przed wysłaniem skasuję, bo jednak nie wypada mi grać w tej samej lidze, co posłowie, wezmę udział w telekonferencji, prześlę materiały do Pałacu, nie chce mi się dalej pisać, i to jest zła informacja, bo mogłaby to być interesująca formalnie litania.

Od początku roku analizuję liczbę pojawień się nazwisk Duda, Kaczyński, Kidawa-Błońska w artykułach wstępnych red. Tomasza Lisa w „Newsweeku”. Robiłem to też pięć lat temu. Od początku roku, nazwisko „Duda” pojawiło się największą liczbę razy. Można z tego wyciągnąć, że Andrzej Duda jest dla red. Lisa dużo ważniejszą postacią, niż sam red. Lis by się do tego gotów był przyznać. Z plotek, jakie z redakji „Newsweeka” wykapywały przez ostatnie lata można było odnieść wrażenie, że red. Lis nie dość, że był zdecydowany na start w prezydenckich wyborach, to jeszcze był przekonany o szansach na zwycięstwo, w czym zresztą sekundowali mu redakcyjni koledzy. A zwłaszcza koleżanki. To tylko plotki. Tomaszem Lisem tych wyborów jest Szymon Hołownia.

2. Borys Budka zaproponował, by tak zmienić ustawę epidemiczną, by po 30 dniach jej trwania Rząd by musiał wprowadzić stan klęski żywiołowej. A wszystko po to, by wybory przesunąć na maj przyszłego roku. Propozycja Borysa Budki to propozycja niemal identyczna jak propozycja Jarosława Gowina. Z tym, że nie daje ona gwarancji przeprowadzanie wyborów po 2 latach i nie ogranicza liczby kadencji Prezydenta.
Jeśli wprowadzimy stan klęski żywiołowej nie będzie możliwości przeprowadzenia wyborów do czasu zakończenia epidemii. A nikt w tej chwili nie wie ile to może potrwać. Może rok, może dwa, a może pięć. Na pięć lat mamy przerwany proces wyborczy. Po pięciu latach wracamy z tymi samymi kandydatami, bo nowych nie będzie – proces rejestracji jest zakoczony. Kim wtedy będą kandydaci? Cenzor wewnętrzny nie pozwala mi tego napisać. I to jest zła informacja.

3. Kupiłem zbieracz liści do traktorka. Przymierzałem się do tego od dobrych paru lat. Przyszedł, zmontowałem. Cierpiąc, bo instrukcja wydrukowana była w sposób taki, że poza okularami musiałem użyć lupy. Uruchomiłem traktorek (pierwszy raz po zimie). Wspierając się kupionym w Lildlu prostownikiem z funkją wspomagania startu. Podjechałem pod dom. Zgasiłem. Zdemontowałem kosisko – i tak nie działa, bo się urwał pasek napędowy. Odpalam. I nic. Znaczy rozrusznik się kręci, silnik nie. Gdyż zębatka przestała być zębatką – zgubiwszy zęby została pierścieniem. I to jest zła informacja. Bo teraz będę musiał kupić zestaw naprawczy rozrusznika, wyjąć rozrusznik, złożyć, zamontować. W ciągu ostatnich piętnastu lat robiłem to już ze dwa razy. I za każdym razem zajęło mi to prawie cały dzień. Oglądam na TVN Turbo jak panowie remontują pojazdy. Bożena jakoś w tych programach nie gustuje. Naoglądałem się już tyle, że powinienem traktorek rozebrać, wyczyścić, pomalować, złożyć, na koniec zamontować dodatkowy uchwyt na piwo i z dumą wyjechać z garażu. Niestety wciąż brakuje mi woli. Ciekawe, czy to się kiedyś zmieni. Może, gdy będę miał wolne dwadzieścia tysięcy, kupię sobie nowy i nie będę się nad tym zastanawiał. Na razie, mimo koronowirusa, używane traktorki nie tanieją.

środa, 1 stycznia 2020

1 stycznia 2020


1. Rok się zaczął słabo, gdyż zamroziłem dwie butelki szampana. Naszą, lidlowską i drugą, przywiezioną przez profesorstwo Z. (jakieś arcydzieło francuskich mistrzów szampanizmu). Północ wybiła, a my z profesorem Z. wytrząsaliśmy z butelek coś o konsystencji śniegu. No i niestety śniegu nieco żółtego. A przecież każdy wie, że nie można jeść żółtego śniegu.
Sąsiad Tomek (zięć sąsiada Gienka) po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie zafundował naszej części wsi pokazu ogni sztucznych. I to nie jest zła informacja, w przeciwieństwie do tej o szampanach.
Do tego najmłodsza córka Druha (już od pewnego czasu) Sekretarza źle znosiła noworoczną kanonadę reszty wsi. Zaczęła ją dobrze znosić, kiedy wyposażyłem ją w słuchawki Bose (prezent od Bożeny), które wcześniej wielokrotnie ratowały mi życie. Na przykład podczas (słynnego w pewnych kręgach) lotu do Kuwejtu samolotem C-130 Hercules. Zintegrowaliśmy się z sąsiadami. Przyszli do nas, by zweryfikować, czy naprawdę Darek, szwagier sąsiada Gienka zostawił rok wcześniej butelkę Kłobuczanki. Zostawił. Stała za kredensem. Przed wyjściem dopełnił ją znowu i zostawił na rok przyszły. To pewnie będzie taka świecka tradycja.

Wcześniej, radująca się nadejściem Nowego Roku wioskowa młodzież zdemontowała nam bramkę. Zdemontowała i gdzieś wyniosła. Udaliśmy się z Druhem Sekretarzem na poszukiwania. Trwały krótko, gdyż ciężar bramki przeważył determinację wioskowej młodzieży. Z pomocą Dyrektora Mieszka udało nam się bramkę z powrotem zamontować. Na dwa razy, gdyż za razem pierwszym założyliśmy ją tak, że się jej nie dało zamknąć.
Wieczór zakończył się bez innych ekscesów.

2. Jasnowidz z Człuchowa, Krzysztof Jackowski przewiduje, że Andrzej Duda wygra wybory. W pierwszej turze. W marcu 2015 przewidywał bardzo dobry winik Korwina i zwycięstwo Bronisława Komorowskiego w drugiej turze. Prawie trafił. Złą informacją jest że mi się to w ogóle chciało czytać. Tekst pojawił się chyba we wszystkich gazetach Polska Presse. Przepraszam, teraz – Polska Press (ale się ci Niemcy maskują – jakby to kolega mój pewien skomentował).

3. Dałem się nabrać na promocję Lidl Plus i kupiłem w dużej ilości tygrysie krewetki. Zaślepiła mnie chęć oszczędzenia 40% i nie zauważyłem, że są nie wyczyszczone. I to jest zła informacja. Przez godzinę musiałem im wydłubywać bebechy. Że też nikt jeszcze nie wyhodował krewetek bez przewodów pokarmowych.

Postanowiłem w Nowy Rok zrobić coś dla Planety. Otóż zostałem na Twiterze 3800030. followersem Grety Thundberg. Dlaczego jest nas tak mało?

niedziela, 5 sierpnia 2018

4 sierpnia 2018



Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Obudził mnie (za wcześnie) dźwięk młota walącego w coś. Wstałem, przeprowadziłem rozpoznanie, z którego wyszło, że młot musiał być naprawdę duży. Podobnie coś, w co walił, albowiem ten, który walił nie był żadnym z naszych bliskich sąsiadów, a huk był naprawdę poważny.
W hurtowni koło Lidla kupiłem siedem metrów przewodu 5x2,5. I puszki. W Lidlu nie kupiłem miniaturowych chryzantem 2,50 za sztukę. W Tesco kupiłem farbę emulsyjną białą. W promocji. 15 zł za wielkie wiadro. Kupiłem. W Mrówce farbę wodną, której litr kosztował trzy razy więcej niż 9 litrów tej z Tesco.
Termometr miejscami wskazywał 36 stopni. Czyli generalnie więcej niż chwilowe spalanie. Zatankowałem gaz. Czekając na miejsce przy dystrybutorze, z niepokojem obserwowałem wskaźnik temperatury silnika. Wskazówka powoli mijała 120 stopni. Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że w audi temperatura pływa. W E32 wskazówka trzymała się środka skali. Chyba, że coś było nie tak.
Niby w instrukcji A8 napisano, żeby się nie przejmować. Chyba, że wskazówka osiągnie czerwone pole (130 stopni). Ale i tak trzeba będzie sprawdzić wiskozę. I to jest zła informacja.

2. Kupiłem na Allegro skaner diagnostyczny VAG. Mały. Za stówkę. Podłączam co chwilę i wciąż nic nie rozumiem. Gdybym dwadzieścia lat jeździł Golfem, pewnie wszystko byłoby inaczej.
Z kupowaniem audi było tak – E32 przywiozło nas ze wsi do Warszawy. Na podwórku, po zgaszeniu silnika usłyszałem bulgotanie płynu chłodzącego. Dziwne to było, bo do samego końca trasy układ trzymał temperaturę. Następnego dnia dolałem płynu ale nie odpalałem silnika. Dzień później ruszyła Bożena. Nie wyjechała z bramy, bo ktoś blokował wyjazd. Zgasiła. I już nie mogła zapalić. Rozrusznik nie był w stanie obrócić.
Jako, że auto stało w bramie – laweciarz bez problemu je załadował i zawiózł do mechanika Jacka. Mechanik Jacek zadzwonił po paru godzinach, że woda w cylindrach, trzeba więc ściągać głowicę, a on się tym przez przynajmniej dwa miesiące nie zajmie, bo mocy przerobowych nie ma. Czyli, że nie mamy auta. Suburban wciąż miał być w przyszłym tygodniu a jeździć trzeba. Przez chwilę jeździliśmy Kaplowozem, który przestał być Megane Cabrio, a się stał E46 dwulitrowym dieslem. Też kabrioletem. Przez chwilę nawet mi się dwulitrowy, prawie nic nie palący diesel spodobał, ale jakoś mi przeszło. Za dużo zbyt byle jakich ofert.
Zacząłem szukać E65. Siódemka to jednak siódemka. Niestety, co się jakaś ciekawa pojawiała, to się natychmiast sprzedawała. Frustrujące.
Trochę na skutek sugestii pana Mirka (kierowcy Druha Podsekretarza) – że tylko mercedes – rozglądałem się za CLK. Dwa tygodnie przeglądania ogłoszeń było na tyle męczące, że zdecydowaliśmy coś kupić. Pożyczyliśmy volvo S90. Bardzo fajny samochód. Szkoda, że nie robią sześciocylindrowych. [Tak, drogi Staszku, wiem, ma to ekonomiczne, ekologiczne i logiczne uzasadnienie. Ale szkoda, że nie robią sześciocylindrowych] I pojechaliśmy oglądać E65 pod Wrocław. Znaczy mieliśmy. Bo najpierw w Warszawie oglądaliśmy S80. V6. Ponoć jakiegoś celebryty. Nawet jak na moje standardy zbyt brudne w środku. S80 takie same, jak to, którym jeździ sąsiad Tomek. Z tym, że on ma diesla D5. No więc mieliśmy jechać pod Wrocław oglądać E65, które miało jeden plus – instalację wtrysku gazu w fazie ciekłej. I mnóstwo minusów – właściwie brak wyposażenia. No i przez chwilę ten plus przysłonił mi minusy. Przez chwilę. I zamiast pod Wrocław pojechaliśmy do Leszna.
W Lesznie stał CLK. Pięknie sfotografowany. Stał w komisie. Komis nieczynny, bo sobota, choć otwarty. Zanim pojawił się właściciel obejrzałem samochód. Zgodnie z radą pana Mirka sprawdziłem progi. Znaczy wsunąłem rękę w miejsce, gdzie próg być powinien. Były dziury, z których wysypywała się szpachla. Swoją drogą nie wpadłem na to, że można szpachlować progi. Z daleka samochód wyglądał świetnie. Z bliska kojarzył mi się z zapastowanym brudem.
Przyjechał właściciel. Popatrzył na volvo i zapytał, czy na pewno ma przynosić kluczyki. Porozmawialiśmy chwilę. Wyleczyło mnie to z CLK (W208). Ponoć nie da się znaleźć niezardzewiałego.
Dojechaliśmy na wieś. Wieczorem zacząłem przeglądać ogłoszenia sprzedaży w promieniu 50 km. Wyskoczyło mi A8, 4,2. W Zielonej Górze. Emerytowany borowiec Ryba, który w przerwach w byciu borowcem, poza byciem rolnikiem zajmował się handlem samochodami powtarzał, że jeżeli A8 to albo z benzynowym 2,4 albo 4,2. Bo reszta to kłopoty. Samochód miał mieć jednego właściciela w Niemczech i 180 tys. przebiegu.
Zielona Góra okazała się Nową Solą. Samochód zakurzony. Widać, że długo stał. Człowiek, który sprzedawał jeździ ciężarówką gdzieś do Niemiec. No i tam zobaczył, że stoi. To kupił i ciężarówką przywiózł. I teraz sprzedaje.
Zauważyłem, że auto jest na fałszywych niemieckich blachach. Niemieckie tablice rejestracyjne są ważne, jeżeli mają okrągłe naklejki legalizujące. Te w miejscu naklejek miały napis, że są nieprawdziwe. Zapytałem o TÜV. Nie było. Pytam o umowę z niemieckim właścicielem. Nie ma. Są dwa briefy, czyli jakby karta pojazdu i dowód rejestracyjny. Pytam, jak mam zarejestrować samochód, bez umowy z niemieckim właścicielem. Odpowiedział, że sam sobie taką umowę wypiszę. I kwotę niższą wpiszę, to i akcyza niższa będzie. I że wszyscy tak robią. Nie mógł zrozumieć dlaczego mnie te argumenty nie przekonują. Próbowałem mu tłumaczyć, że autem bez przeglądu, na fałszywych blachach nie mogę jechać do Warszawy. On na to, że policja się nie pozna, że blachy nie są w porządku.
Kiedy tak gadaliśmy – podszedł do volvo i zobaczył przepustkę Kancelarii. Ucieszył się, powiedział, że popiera rząd i żeby tych wszystkich złodziei i oszustów do więzień powsadzać.
No i nie kupiliśmy tego samochodu. Za to Bożena powiedziała, że może jeździć A8.
Wróciliśmy do domu. Zacząłem szukać. Znalazłem we Wschowie. Dzwonię:
–Dzień dobry, ja w sprawie A8. 
–Której?
–Słucham?
–Której, bo sprzedaję trzy.
–Co pan, zbierasz te A8?
–Nie, od dziesięciu lat serwisuję A8.

No pojechaliśmy i kupiliśmy. I jak na razie jest bardzo dobrze.
Tylko nie ogarniam VAG-a i to jest zła informacja.

3. Zamiast siedmiu metrów kabla 5x2,5 trzeba było kupić dziesięć. I to jest zła informacja, bo sposób prowadzenia przewodu w piwnicy wygląda teraz bardzo prowizorycznie.
Z pomocą sąsiada Tomka uruchomiliśmy pompę. Najpierw leciała brudna woda. Potem już czysta. Trzeba będzie zbadać, czy się nadaje do czegoś poza podlewaniem. Jeżeli się będzie nadawać – znaczy, że wykonaliśmy kolejny krok ku niezależności.





piątek, 3 sierpnia 2018

3 sierpnia 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Ciężka noc. Wstałem, pojechałem po pompę. Pan z tribalem obsługiwał trzyosobową rodzinę zainteresowaną pompą zintegrowaną z hydroforem. I ojca z synem kupujących różne elementy hydrauliczne. Ojciec miał większą ode mnie brodę i koszulkę z promującą koncertową trasę zespołu Nazareth.
Pompa, sterownik, linka, rury, zawór, złączki, szlauch. Wyszło 1200 zł. I to jest zła informacja. Przyjrzałem się tribalowi Pana z tribalem i wyszło mi, że to jednak chyba nie był tak do końca tribal. Pompa ledwo weszła na tylne siedzenie auta. Rury ledwo weszły do bagażnika. Jak to dobrze, że jednak nie zdecydowaliśmy się na CLK.

2. Pojechałem do Świebodzina kupić bezpiecznik. Trójfazowy. Hurtownia przy Lidlu była już zamknięta. Spóźniłem się dziesięć minut. Przypomniało mi się, że przy Kilińskiego jest sklep elektryczny. Wydawało mi się, że tam zawsze sprzedawały panie, a tym razem był pan. Miał bezpiecznik. Miał też żarówki ledowe, po które wysłała mnie Bożena. Upierał się, że czterowatowa odpowiada tradycyjnej czterdziestce. Ja tam żarowe czterdziestki pamiętałem jako mniej świecące. Wziąłem trzy żarówki. Pan policzył mi za dwie. Powiedziałem, że muszę częściej do jego sklepu wpadać. Zasugerował na to, że wcale nie jest powiedziane, że następnym razem też dostanę rabat.
Odwiedziłem jeszcze Mrówkę i Lidla. W Mrówce dotarło do mnie, że jestem jednak pół metra niższy, niż mi się wydawało. W Lidlu chyba niczego nowego się nie dowiedziałem.

Wracając, przez mój nowy zestaw głośnomówiący porozmawiałem z ojcem. W jego bardziej lub mniej świeżo kupionym VW przestała działać klimatyzacja. I to jest zła informacja, bo może się okazać, że samo dobicie czynnika nie pomoże.

3. Wyrwałem sąsiada Tomka z poobiedniej drzemki i zmusiłem do pomocy w topieniu pompy. Zajęło nam to ze dwie godziny. Najzabawniej wyglądał moment, gdy przez park przesuwała się pięcioosobowa procesja niosąca całą długość pompy i rury. Tym razem nie było kogo namawiać na wejście do studni. Zrobiłem to sam. I kiedy sobie to przypominam – mam wrażenie, że wciąż coś po mnie łazi. Nie uruchomiliśmy pompy, bo zabrakło siedmiu metrów kabla 5x2,5. I dwóch hermetycznych puszek. Przyjdzie mi jutro znów jechać do Świebodzina. I to jest zła informacja, bo hurtownię elektryczną chyba zamykają o pierwszej, a już jest druga. Więc jak wstanę, pewnie będzie dziesiąta.

niedziela, 22 lipca 2018

21 lipca 2018

Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. No i niestety praca mi się znowu przyśniła tak, jak mi się śni w Warszawie. I to jest zła informacja.

2. Pojechaliśmy do Świebodzina. Najpierw na targ zwany rynkiem, później do Lidla. Na targu zwanym rynkiem brzydki bób po pięć złotych za pół kilograma.
Ładny bób w Lidlu po siedem złotych. I to jest zła informacja.

Najmłodsza z córek Druha Podsekretarza fascynuje się Martyną Wojciechowską. Kolega Kapla przyszpanował, że Wojciechowską Martyną zna. Kolejne punkty nabił przyznając się do znajomości z Marcinem Mellerem, choć zna go nie tak dobrze jak Martynę Wojciechowską.

Najmłodsza z córek Druha Podsekretarza chodziła z książką o zwierzętach brendowaną Martyną Wojciechowską i „National Geographic”.
W czasach mojego dzieciństwa magazyn „National Geographic” to było coś, co ciocie z Ameryki prenumerowały swoim polskim bratankom. Dobre zdjęcia, porządnie robione materiały popularno-naukowe. Komuna upadła, pojawiła się polska edycja „National Geographic” – niezbyt wysokich lotów magazyn podróżniczy. Nikt nie czyta magazynów podróżniczych, więc mało kto zdaje sobie sprawę z tego jak niewysokich jest lotów.
Książka o zwierzętach, której zaczęliśmy czytać wyrywki przy kolacji, jest niestety na poziomie gimnazjalnym. W znaczeniu tego słowa takim, jakie dominowało w dyskusji o gimnazjów likwidacji.
W książce wydawca promował inne książki brendowane „National Geographic” i Martyną Wojciechowską. Bożena zauważyła pewną niezręczność okładek książek „Dzieciaki świata” i „Zwierzaki świata”. Wrzuciłem zdjęcie tych okładek na Twittera. Posądzono mnie o wykreowanie fejkniusa. Niesłusznie. I to jest zła informacja. Zachodni wydawca powinien mieć jednak większą wrażliwość.

3. Kolega Kapla z kolegą Wojciechem znaleźli wspólny temat. Kolega Wojciech, jako fotoreporter Gazety, fotografował kolegę kolegi Kapli w Świnoujściu. Po tym, jak ten kolega razem z kolegą Kaplą odkryli spisek, który kosztował Skarb Państwa miliony złotych. Grupa związanych z wojskiem złych ludzi wrzucała do wody fałszywe niewybuchy, które potem za państwowe pieniądze wyciągali i na niby detonowali. Potem znów wrzucali, znów wyciągali, znów detonowali.
W ten sposób kolega Kapla ze swoim kolegą uniemożliwili złym ludziom zarabianie milionów złotych, co się tym złym ludziom bardzo nie podobało. Kolega Kapla, razem ze swoim kolegą stali się obiektem poważniej akcji deflamacyjnej (do której użyto również zdjęć kolegi Wojciecha).
Rozpisywała się o nich ogólnopolska prasa. Robiono z nich wariatów. Koledze Kapli próbowano podpalić mieszkanie. Do tego wielokrotnie stawał przed sądem.

Dobrze by było, żeby kolega Kapla kiedyś się zdecydował na opisanie tej historii, bo tylko prawda jest ciekawa.
Niestety, jak go znam może nie chcieć, bo by musiał napisać, jak się wtedy zachowywali Czarek Łazarewicz, czy Czarkowa żona. I to jest zła informacja.
W każdym razie kolega Kapla jest zdecydowanym zwolennikiem zmian w sądownictwie. W przeciwieństwie do znakomitej większości tych zmian przeciwników – miał z sądownictwem do czynienia.


sobota, 26 sierpnia 2017

26 sierpnia 2017



1. Pokrajzegowałem wszystko drewno, jakie leżało koło domu. To, czego krajzega nie mogła ruszyć pociąłem ketenzegą z Lidla. Nie chciało mi się ułożyć pociętych pniaczków. I ich nie ułożyłem. I to jest zła informacja, bo jednak nie jest dobrze nie kończyć roboty.
Zadzwonił mechanik, że beemka jest do odbioru. Wymienione przewody paliwowe i hamulcowe. 1600 zł do zapłaty.

2. Bycie świeżym prezydentem zachodnioeuropejskiego kraju o odwiecznych mocarstwowych ambicjach jest jednak skomplikowane. Ma niby człowiek pałac w bardzo popularnym mieście, gwardzistów w białych portkach i złotych kaskach z pióropuszami. Media przez miesiące piszą, że jest wspaniały, tłumy wiwatują, dzieci kwiaty rzucają. Publicyści wszystkich krajów łączą się w bólu, pisząc, że potrzeba ich krajom kogoś takiego, jak ty.
A tu nagle się okazuje, że kiedy przychodzi do konkretów – nie jest tak prosto. Dzwoni się do środkowoeuropejskiego kraju, w którym ponoć psy tyłem szczekają i na pewno są białe niedźwiedzie. I mówi, że nie przyjedzie tam, póki kraj ten nie kupi produktów naszych zbrojeniowych fabryk. A ci, miast przybiec z kwiatami i kupić i mnóstwo helikopterów i okrętów podwodnych i rakiet przeciwokrętowych i takich innych rakiet, których jeszcze nie ma i nie wiadomo, kiedy będą – wszystko za podwójną wartość. I podziękować, że mogą kupować w naszych sieciach handlowych i rozmawiać przez naszą sieć telefoniczną i obiecać, że będą wyłącznie kupować nasze samochody zamiast niemieckich. I przeprosić, że u nich pracownicy pracują za mniej pieniędzy niż u nas. I oni, zamiast zrobić to wszystko – nie robią nic.
Zachowują się, jakby się zupełnie nie bali tego, że się na nich obrazimy.
I co? I nie wiadomo, co z tym zrobić.

Strasznie dużo ludzi jest złych na prezydenta Macrona. A tak naprawdę powinno im być go żal. Ludziom brakuje wrażliwości. I to jest zła informacja.

3. Jadąc do Świebodzina na stację, po prof. Zybertowicza, dotarło do mnie, że nie znam żeńskiej formy słowa Pers. Jedna z koleżanek Mileny, które gościmy jest córka irańskiej matki. Więc jest… Persjanką. Albo Persyjką. Chyba wolę Persjankę.
Byliśmy w Lidlu. Piąteczek, więc gęsto. Pojechaliśmy do Grene. Chyba jest już po żniwach, bo czynne jest teraz tylko do siedemnastej.

Pojechaliśmy odebrać beemkę. No i się okazało, że 1600 zł, to nie całość. Wcześniej zostawiłem 700 zaliczki. Pan mechanik zasugerował, że auto od spodu gnije. I to jest zła informacja.


Pamiętam, że w podstawówce, podczas zajęć przygotowujących do wyboru zawodu usłyszeliśmy, że jeżeli praca pozwala na poznawanie interesujących ludzi to znaczy, że jest dobra. Utrwaliło się mi to. Więc z tego powodu doceniam moją pracę.

Przyjechał mój brat. Niby po to, żeby zabrać reczy, których nie chciało mu się wieźć pociągiem. A realnie po to, żeby się z prof. Zybertowiczem spotkać. Jest wszakże jego psychofanem.

wtorek, 22 sierpnia 2017

22 sierpnia 2017


1. Wstałem, pognałem do komputera, by się dowiedzieć, że moje lampy do Suburbana są w Illinois. I to jest zła informacja, bo miałem nadzieje, że przesyłka trafi prosto do Tennessee, skąd wyleci do Europy.

2. Pojechaliśmy do Świebodzina, żeby odebrać nowy zestaw berlińskich koleżanek dziewczyn. Tym razem dwie. Typ nieco bardziej orientalny. Pojechaliśmy do Mrówki, gdzie kupiłem lokalny tygodnik. Później do Lidla, gdzie kupiłem elektryczną pilarkę.
Wróciliśmy. Wyjąłem pilarkę z opakowania. Obejrzałem, wyciągnąłem przedłużacz, podpiąłem. Zaczęło padać. Wróciłem do domu. Przestało padać. Podpiąłem przedłużacz. Zacząłem rżnąć. Zaczęło padać. Wróciłem do domu. Przestało padać. Zacząłem rżnąć. Zaczęło padać. Wróciłem do domu. Przestało padać. Zacząłem rżnąć. Zaczęło padać. Wróciłem do domu. Przestało padać. Zacząłem rżnąć. Zaczęło padać. Wróciłem do domu. Dotarło do mnie, że kupiłem urządzenie do wywoływania deszczu. I to jest zła informacja, bo chciałem kupić coś do rżnięcia gałęzi.

3. Wieczorem poszedłem do sąsiadów wypić piwo. Niby było – jak zwykle – fajnie. Ale jednak za zimno. I to jest zła informacja. Piwo, żeby smakować wymaga zmęczenia i zewnętrznej temperatury.
Obejrzeliśmy chyba najlepszy w tej serii odcinek „Gry o tron”. Później, z nudów, film z Clivem Owenem „The International”. Film ze strasznie głupią sceną strzelaniny w nowojorskim Guggenheimie. Można odnieść wrażenie, że nikt nie wie do czego służą pistolety maszynowe. I to jest zła informacja.