środa, 12 listopada 2014

12 listopada 2014

 

1. Zastanawiałem się dlaczego chyba nikt na Twitterze nie jest w stanie ogarnąć kwestii rozliczania delegacji. Czyli tego na czym tak naprawdę polegał przewał Hofmana. Zastanawiałem się, aż doszedłem do wniosku, że najwyraźniej wszyscy przez całe życie albo pracują albo na 'śmieciówkach', albo 'prowadzą działalność'. Czyli w życiu nie rozliczali delegacji.
Ale po kolei.
Po pierwsze posłowie mogą używać prywatnych samochodów do pełnienia obowiązków. Oświadczają, że przejechali miliard kilometrów. Kancelaria mnoży liczbę z oświadczeń przez ogólnie obowiązującą stawkę. I kwotę, która wyjdzie przelewa na konta posłów.
Poseł wpisze trzysta, dostaje za trzysta. Wpisze trzydzieści tysięcy, dostaje za trzy i pół, bo limit jest.
Informacje o tym są powszechnie dostępne. Raz do roku jakaś gazeta o tym pisze, ale jakoś żadnej afery się z tego nie robi.

Ale nie o to chodzi.

W tym przypadku chodzi o delegacje. 
Jeżeli pracodawca deleguje (wysyła) pracownika, należy mu się zwrot kosztów podróży. 
I dieta. I coś tam jeszcze, ale w tym przypadku nie o to chodzi.
Zwrot kosztów podróży można rozliczać na dwa sposoby. Rachunkami, albo ryczałtem. Jeżeli pracownik jedzie swoim samochodem, to można mu rozliczyć faktury za paliwo, ale to nie jest sprawiedliwe, bo samochód się zużywa, więc pracownik jest w plecy. Dlatego wprowadzono ryczałt kilometrowy. Od czasów komuny są to dwie stawki uzależnione od pojemności granicą jest 900 cm. Pracownik jedzie, pracodawca mnoży odległość przez stawkę i wypłaca.
Zasadniczo może wymagać potwierdzenia tego, że pracownik był tam, gdzie został wysłany, ale nie ma takiej konieczności. Może uwierzyć na słowo.
I to codziennie się praktykuje w setkach tysięcy firm. I to wszystko jest legalne.
Nielegalne jest poświadczenie nieprawdy. Czyli zgłoszenie jednego środka lokomocji (samochodu) i użycie innego (samolotu). I to zrobili panowie posłowie.

Jeżeli taki redaktor Węglarczyk – bądź co bądź wicenaczelny Rzepy nie wie o co chodzi, znaczy, że w Rzepie nie ma nikogo na etacie. I to jest zła informacja.

2. Święto, świętem – robić trzeba. Wziąłem husqvarnową dmuchawę i poszedłem w park. Miałem nawet drobną scysję z Bożeną, która uważała, że z trawy liście to raczej grabiami.
Grabie złe nie są, ale wygrabienie przyczepy liści zajęłoby mi ze dwie doby. Dmuchanie – pięć godzin. Niestety zanim skończyłem zrobiło się ciemno. I nie skończyłem. I to jest zła informacja, bo dmuchawę będę zaraz musiał oddać, choć bardzo się z nią zżyłem.

3. Pakowaliśmy się. W międzyczasie zobaczyłem w telewizorze urywki z zadym towarzyszących Marszowi Niepodległości. Niesamowite jest jakie excusez le mot pierdoły mogą w telewizorze opowiadać tzw. eksperci. Znam osobiście trzech kiboli. Wszyscy piastują stanowiska dyrektorskie. Wykształceni. Branże różne. Nie są wykluczeni. Nie są ofiarami transformacji. Mają całkiem niezłą przyszłość. No i chodzą się excusez le mot encore napierdalać z policją. Bo lubią. No i nic wspólnego z Marszem Niepodległości nie mają, poza tym, że można ich spotkać w jego okolicy.
A druga sprawa, że gdyby nie Blumsztajn i Krytyka Polityczna tzw. kibolstwo nie zaprzątałoby sobie głów rzeczonym marszem. Ale tego nikt już nie pamięta. I to jest zła wiadomość.

Wróciliśmy do Warszawy w trzy i pół godziny. Superb daje radę. Ale to dłuższa historia.  

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza