Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Husqvarna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Husqvarna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2015

5 stycznia 2015



1. Moda lumberseksualna. Praktykowałem, zanim była modna. Tak bardzo praktykowałem, że kiedy tylko ktoś tę modę nazwał, poczułem odpowiedzialność. Prawie zrobiliśmy z Pawełkiem z Faster Doga sesję z odpowiedni stylizacjami, niestety w magazynie prasowych sampli Husqvarny był remanent. A bez pilarek, takie sobie by to mogły być zdjęcia.
Chyba na urodziny dostałem od Bożeny gumofilce. Miałem do nich stosunek zbliżony do tego, jaki według mądrości ludowej psy objawiają wobec jeży.
Było tak, do momentu, kiedy jesienią na rozkopaną przez panów kopaczy działkę spadł deszcz. Nawalny. Było zbyt zimno na to, żeby chodzić boso, a błoto zdejmowało ze stóp kroksy.
Gumofilc jako kalosz – zdał egzamin.
Dotarło wtedy do mnie, że gumofilc może być polskim wkładem w ideę lumberselsualizmu.
Postanowiłem, że kiedy będę leciał na jakąś (zimową) międzynarodową prezentację zrobię to w gumofilcach. Mam nadzieję, że będzie mnie stać na dopłatę do klasy biznes.

Do prac drwalskich gumofilce nadają się słabo. Trociny sypią się od góry. I dość szybko traci się komfort.

2. Zostałem niedzielnym dekarzem. Nie, żebym nie był dzielny, bo siedzenie na dachu, kiedy wiatr wieje nie należy do specjalnie przyjemnych. Chodzi o to, że była niedziela i przełożyłem kilkanaście dachówek. Złą informacją jest, że raczej niezgodnie ze sztuką, bo powinienem przyciąć takie coś, co się chyba nazywa zamek, ale nie, to karpiówka, więc ten dzyndzel od spodu nazywa się raczej inaczej. Żeby to miało sens na dłużej, niż kilka miesięcy – powinienem zastosować obróbkę blacharską, a to przekracza moje możliwości.

3. Mieliśmy zawieźć Józkę i dziewczyny na dworzec do Świebodzina. Zawieźliśmy do Berlina. Inwestycje w BMW miały głęboki sens i przyniosły efekty. Trzeba jeszcze zrobić porządek z amortyzatorami i wymienić opony. Omijając autostradę dr. Kulczyka do centrum Berlina mamy mniej niż dwie godziny. Przyjemnie patrzeć, jak dwudziestopięcioletnie 735i przy prędkości 120–150 km wskazuje średnie spalanie LPG na poziomie 12,6 litra.

Wracaliśmy drogą nr 1. Proporcje Karl-Marx-Alee pokazują jaką dziurą jest Warszawa. Wolę wracać jedynką, bo A12 działa na mnie depresyjnie. Jedynką – mam wrażenie – jest bliżej do Frankfurtu. Teraz, bo przez dobre pół roku remontowano drogę nr 5 (między Münchebergiem a Frankfurtem) trzeba było jechać do Seelow. Miało to swoje plusy, bo dzięki temu zobaczyłem Lebus, miejscowość, od której nazwę wzięła Ziemia Lubuska.

Samo Lebus przypomina Drohiczyn, tylko mniejszy. Siedzibę ważnego biskupstwa historia sprowadziła do kościoła i kilku domów. Nad rzeką.

Tym razem można było skręcić w Münchebergu. Wcześniej przez brandenburskie lasy zasuwałem nieco przekraczając dopuszczalną prędkość 100 km/godz. Kiedy skręciłem i tył samochodu zatańczył w dość nieoczekiwany sposób dotarło do mnie, że cały czas jadę po lodzie. Temperatura musiała dość gwałtownie spaść. I to była zła informacja, bo gdybym nie zauważył, to byśmy byli w domu dobre 40 minut wcześniej.

środa, 12 listopada 2014

12 listopada 2014

 

1. Zastanawiałem się dlaczego chyba nikt na Twitterze nie jest w stanie ogarnąć kwestii rozliczania delegacji. Czyli tego na czym tak naprawdę polegał przewał Hofmana. Zastanawiałem się, aż doszedłem do wniosku, że najwyraźniej wszyscy przez całe życie albo pracują albo na 'śmieciówkach', albo 'prowadzą działalność'. Czyli w życiu nie rozliczali delegacji.
Ale po kolei.
Po pierwsze posłowie mogą używać prywatnych samochodów do pełnienia obowiązków. Oświadczają, że przejechali miliard kilometrów. Kancelaria mnoży liczbę z oświadczeń przez ogólnie obowiązującą stawkę. I kwotę, która wyjdzie przelewa na konta posłów.
Poseł wpisze trzysta, dostaje za trzysta. Wpisze trzydzieści tysięcy, dostaje za trzy i pół, bo limit jest.
Informacje o tym są powszechnie dostępne. Raz do roku jakaś gazeta o tym pisze, ale jakoś żadnej afery się z tego nie robi.

Ale nie o to chodzi.

W tym przypadku chodzi o delegacje. 
Jeżeli pracodawca deleguje (wysyła) pracownika, należy mu się zwrot kosztów podróży. 
I dieta. I coś tam jeszcze, ale w tym przypadku nie o to chodzi.
Zwrot kosztów podróży można rozliczać na dwa sposoby. Rachunkami, albo ryczałtem. Jeżeli pracownik jedzie swoim samochodem, to można mu rozliczyć faktury za paliwo, ale to nie jest sprawiedliwe, bo samochód się zużywa, więc pracownik jest w plecy. Dlatego wprowadzono ryczałt kilometrowy. Od czasów komuny są to dwie stawki uzależnione od pojemności granicą jest 900 cm. Pracownik jedzie, pracodawca mnoży odległość przez stawkę i wypłaca.
Zasadniczo może wymagać potwierdzenia tego, że pracownik był tam, gdzie został wysłany, ale nie ma takiej konieczności. Może uwierzyć na słowo.
I to codziennie się praktykuje w setkach tysięcy firm. I to wszystko jest legalne.
Nielegalne jest poświadczenie nieprawdy. Czyli zgłoszenie jednego środka lokomocji (samochodu) i użycie innego (samolotu). I to zrobili panowie posłowie.

Jeżeli taki redaktor Węglarczyk – bądź co bądź wicenaczelny Rzepy nie wie o co chodzi, znaczy, że w Rzepie nie ma nikogo na etacie. I to jest zła informacja.

2. Święto, świętem – robić trzeba. Wziąłem husqvarnową dmuchawę i poszedłem w park. Miałem nawet drobną scysję z Bożeną, która uważała, że z trawy liście to raczej grabiami.
Grabie złe nie są, ale wygrabienie przyczepy liści zajęłoby mi ze dwie doby. Dmuchanie – pięć godzin. Niestety zanim skończyłem zrobiło się ciemno. I nie skończyłem. I to jest zła informacja, bo dmuchawę będę zaraz musiał oddać, choć bardzo się z nią zżyłem.

3. Pakowaliśmy się. W międzyczasie zobaczyłem w telewizorze urywki z zadym towarzyszących Marszowi Niepodległości. Niesamowite jest jakie excusez le mot pierdoły mogą w telewizorze opowiadać tzw. eksperci. Znam osobiście trzech kiboli. Wszyscy piastują stanowiska dyrektorskie. Wykształceni. Branże różne. Nie są wykluczeni. Nie są ofiarami transformacji. Mają całkiem niezłą przyszłość. No i chodzą się excusez le mot encore napierdalać z policją. Bo lubią. No i nic wspólnego z Marszem Niepodległości nie mają, poza tym, że można ich spotkać w jego okolicy.
A druga sprawa, że gdyby nie Blumsztajn i Krytyka Polityczna tzw. kibolstwo nie zaprzątałoby sobie głów rzeczonym marszem. Ale tego nikt już nie pamięta. I to jest zła wiadomość.

Wróciliśmy do Warszawy w trzy i pół godziny. Superb daje radę. Ale to dłuższa historia.  

poniedziałek, 10 listopada 2014

10 listopada 2014



1. W tzw. międzyczasie byli panowie i przycięli drzewa. Nie wszystkie i nie tak jak mieli. Ale to i tak sukces. Bożena wywarła na mnie presję, więc zebrałem część pozyskanego drewna. Wcześniej dmuchawą Husqvarny zdmuchnąłem na kupę liście. Myślałem, żeby sfotografować podwórko z liśćmi, później bez liści i zobaczyć ile czasu mi ta praca zajęła. Niestety przypomniałem sobie o tym, kiedy już kończyłem I to jest zła informacja. Muszę więc zaczekać aż reszta liści spadnie. Ta dmuchawa to niesamowite narzędzie.

2. Rozpoczęliśmy długotrwały proces podpalenia kupy. Spaliliśmy trochę gałęzi ale liście nie bardzo się chciały zająć. Zacząłem rąbać drewno. Siekierę Fiskarsa używałem jako klina waląc w nią pięciokilowym młotkiem pożyczonym od sąsiadów. Przyśpiewywałem sobie przy tym przebój dr. Huckenbusha. Ten o młocie. Szło całkiem nieźle do momentu, kiedy się okazało, że to takie drewniane, co w łopacie nazywa się styliskiem, a w młotku nie wiem jak – zaczęło pękać. I to jest zła informacja, bo zamiast koncentrować się na tym, żeby walnąć jak najmocniej zastanawiałem się czy kiedy podniosę młotek nad głowę, to czy się to coś nie złamie i mnie w tę głowę nie walnie.
W każdym razie coś się udało zrobić.

3. Wieczorem poczułem brak butelki Jacka Danielsa, którą – nie wiedzieć czemu – zostawiłem w Warszawie. Ale wcześniej oglądaliśmy TVP Gorzów. Najpierw audycje komitetów wyborczych. Później powtórkę debaty, pomiędzy przedstawicielami komitetów startujących do sejmiku. Jedno i drugie było niewiarygodne. Audycje wyborcze miały wiele z poetyki Monty Pythona. Na przykład hasłem kandydatów PSL były „Głosuj na mnie” i „jestem bezpartyjny”. Z tą bezpartyjnością to musi o coś chodzić. Dwa komitety mają ją w nazwie. A na przykład burmistrz Krosna Odrzańskiego Marek Cebula startuje na stanowisko burmistrza Krosna Odrzańskiego. Komitet, który go wystawia nazywa się „Komitet Wyborczy Wyborców”. Slogan komitetu brzmi: „Gmina w dobrych rękach”. Zaś strona internetowa ma adres www.cebulamarek.pl.
Ciekawe, że pan Cebula, który wcześniej był posłem PO nic na swojej stronie nie pisze o związkach z tą partią.
Debaty na trzeźwo oglądać się nie dało. Prowadzącemu wciąż z ucha wypadała słuchawka. Ale to było nic przy scenografii. Prowadzący długo tłumaczył zasady debaty. Można było albo próbować je zrozumieć, albo zapamiętać. Rozwalające były pytania. Pierwsze: Co i dlaczego jest największym wyzwaniem stojącym przed województwem lubuskim: kopalnie, rozwój lotniska, współpraca z niemieckimi sąsiadami, czy coś innego?
Lubuskie to szczęśliwa kraina, skoro wyzwaniem jest inwestowanie w lotnisko, które obsługuje 17 osób dziennie.
Wszyscy byli za budową kopalni odkrywkowej węgla brunatnego. Pan z Ruchu Narodowego oskarżył SLD, że pisało do Berlina w sprawie wstrzymania tej kopalni. Pan z SLD odrzucił te oskarżenia. Pani z Twojego Ruchu, który w nazwie miał bezpartyjność mówiła coś o tym, że w Guben jest szpital, który może leczyć pacjentów z Gubina za unijne pieniądze.
Później było pytanie o koleje regionalne, do których województwo rocznie dodaje 40 milionów złotych. Pan z PSL chciał, by Przewozy Regionalne bardziej promowały swoje usługi, pan z PiS-u zupełnie niepolitycznie pojechał po kolejowych związkowcach. Pani z PO była zachwycona kupionymi przez województwo nowymi pociągami. Pan od Korwina zaś oburzał się na samo dotowanie.
Po drugim pytaniu się poddaliśmy. Polityka na szczeblu wojewódzkim jest jeszcze gorsza niż ta na poziomie krajowym. Ratunku stąd nie będzie. I to jest zła informacja.



środa, 29 października 2014

29 października 2014



1. Monika Olejnik wrzuciła na fejsa swoje zdjęcie z Romanem Polańskim zrobione podczas otwarcia Muzeum Żydów Polskich. Mam wrażenie, że kiedy rozmowy o panu Romanie były modne, czyli kiedy siedział w szwajcarskim areszcie pani Monika nie miała o nim jednoznacznie pozytywnego zdania. Ale oczywiście mogę się mylić.

Szczerze mówiąc wolałbym, żeby pan Roman do Polski nie przyjeżdżał. Jeszcze bardziej bym wolał, że gdyby przyjechał, to na lotnisku zostałby zatrzymany i dość szybko przekazany Amerykanom.

To właściwie fascynujące, że rządzi nami partia, która chciała kastrować chemicznie pedofilów, a jej przedstawiciele nie mają problemu w spotykaniu się z gościem, który trzynastolatkę upił, poprawił dragami a na koniec zerżnął analnie. Też by tak chcieli?

Zazdroszczę Amerykanom systemowego uporu w wymierzaniu sprawiedliwości. U nas tego nie ma. I to jest zła informacja.

2. Skończyło się paliwo do piły z Tesko i dmuchawy Husqvarny. Wziąłem więc okno (do szklarza) i pojechałem do Świebodzina. Szklarz mieści się przy parkingu sklepu Netto. W ramach przyzwoitości zawsze kiedy odwiedzam szklarza wchodzę do Netto. To jest taka Biedronka, tylko żółta.
Na wypatrzyłem chemiczne ogrzewacze do rąk. Dawno, dawno temu. Czyli ze trzydzieści lat (ale jestem stary), w kaponierze fortu Grębałów, znaleźliśmy strasznie dużo chemicznych ogrzewaczy do rąk. Leżały tam od wojny. Czyli od czasu, kiedy fort używany był przez Wehrmacht jako magazyn. Tamte, żeby działać potrzebowały wody (śniegu) tym z Netto wystarczy powietrze.
Sam fort ciekawej konstrukcji. Zaprojektowany przez Maurycego von Brunnera. Różniący się od typowych konstrukcji Emila Gołogórskiego. Bardziej wpisany w krajobraz z tradytorem i grodzową kaponierą.
Za niecały miesiąc będzie setna rocznica Pierwszej Bitwy o Kraków. Fort brał w niej udział.

Z Netto pojechałem do Lidla. Dziewczyny zażyczyły sobie truskawkowy kisiel, którego nie znalazłem w pierwszym sklepie. Do kasy stałem za gimnazjalistą, który kupił kolę i czipsy. Dołożył do tego paczkę prezerwatyw, którą dyskretnie przyłożył czipsami – żeby nie widzieli czekający na niego koledzy. Minąłem ich później. Wsiadali do autobusu – wyglądało, że jadą na szkolną wycieczkę.

Zatankowałem piłę i dmuchawę. Pociąłem ściętego dzień wcześniej klona. Dziewczyny zdmuchiwały liście. Dmuchawa jest zbyt mocna, żeby można ją używać do rozdmuchiwania ogniska. I to jest zła informacja. Bo liście zamiast się spalić tliły się całą noc.

3. Piłem piwo u sąsiadów, kiedy zadzwoniła Józka, że właśnie wsiada do pociągu i będzie ją trzeba odebrać ze Świebodzina. Akurat rozmawialiśmy o tym, że 0,2 promila jest bez sensu. Im bardziej na wschód tym niższy poziom dopuszczalny. Że w Niemczech, że w Holandii, że we Francji etc.
Przyjechał pan Zgirski z synem. Pan Zgirski to rolnik. Nie ma ich u nas na wsi zbyt wielu. Rozmawialiśmy cenach samochodów i maszyn.
Sąsiad Tomek mówił, że strasznie dużo w tym roku zainwestował w sprzęt. No to mu powiedziałem, że mógłby te pieniądze wydać na porządne auto.
Pan Zgirski na to: że samochód się kupuje na końcu, że on ma traktor za 300 tys. i samochód za 100 tys.
Powiedziałem, że to i tak najdroższy we wsi samochód, więc się trochę zawstydził.
Żeby mu przykro nie było, przypomniałem, że ja co jakiś czas zawyżam średnią Rozmowa zeszła na Gelendę. Pan Zgirski powiedział, że takie pieniądze nie robią na nim wrażenia, bo zna kogoś, kto ma trzy siewniki, każdy po milion złotych. No ale ma tysiąc hektarów.
Zapytałem ile z tego jest dopłat. Wyszło, że rocznie koło miliona. Czyli siewnik.


Piwa nie dopiłem. Wróciłem do domu. Dziewczyny zrobiły częściowo obiad. Z drugą częścią postanowiły zaczekać na Józkę.
Na dworcu przy drugim peronie stał pociąg pełen volkswagenów. Pewnie z fabryki, w której – jak mówił nam jego ekscelencja Rüdiger Freiherr von Fritsch – występuje najmniej w całym Koncernie pracowniczych absencji. Kiedy wszedłem na peron od strony Niemiec wjechał pociąg bez volkswagenów. Później przez megafony ogłoszono, że wyjątkowo Berlin-Warszawa-Express wjedzie na peron trzeci. Peron drugi wszakże zajęty był przez volkswageny.

Wieczorem próbowałem obejrzeć kolejny odcinek „The Wire”, ale nie dałem rady za bardzo mi się spać chciało. I to jest zła informacja.  

niedziela, 26 października 2014

26 października 2014


1. Pojechaliśmy do Frankfurtu, żeby odebrać dziewczyny z pociągu. 
Za każdym razem fascynuje mnie, że Niemcom opłaca się utrzymywać transport kolejowy. 
W Polsce przez Niemców zbudowane linie kolejowe się niszczy i za pieniądze od Niemców (unijne) robi się w ich miejsce ścieżki rowerowe, którymi nikt nie jeździ. Albo się po prostu niszczy. Mieszkaniec Frankfurtu może iść na dworzec i wie, że w ciągu pół godziny odjedzie pociąg, który za godzinę zawiezie go do Berlina. Frankfurt to spore miasto. Ale podobnie mają mieszkańcy wiosek, do których zasuwają szynobusy skomunikowane z tymi pociągami do Berlina.
A u nas co? U nas Pendolino. Miś na miarę naszych możliwości.

Gelenda spaliła średnio 12,6 litra. Tak do Trzciela. Później byłem już zmęczony i przyspieszyłem. No i średnia skoczyła do 13. Dużo. Choć z drugiej strony Suburban silnik ma ciut większej pojemności, o 180 koni słabszy. I poniżej 17 litrów raczej nie schodzi. A i setki w sześć sekund raczej nie osiągnie.
W Słubicach w Lidlu wszyscy mówili po niemiecku. Miastem partnerskim Słubic jest Frankfurt. To trochę tak, jak gdyby Praga była miastem partnerskim Warszawy.
[A, Frankfurt nad Odrą i Praga nieczeska.]

Wracaliśmy starą dwójką. Dziewczyny w pewnym momencie zażądały, by przyspieszyć. Część rodziny twierdzi, że dziewczyny tak sobie znoszą podróże, że choroba lokomocyjna etc. Ja mam zupełnie inne doświadczenia. Zdarza im się żądać bardziej agresywnej jazdy. Przy czym bezbłędnie rozpoznają kiedy samochód stać na więcej.
Kiedyś w BMW 640 GranCoupe zrobiły mi awanturę, że jadąc z tempomatem ustawionym na 150 marnuję ich czas.
Gelenda, czego by o niej nie mówić, kiedy powstawała, raczej nikt nie zakładał, że będzie jeździć z prędkością ponad 200 km/godz. 200? 140 pewnie było traktowane jako wartość rzadko osiągana. Wersja prawie 400 konna jeździ szybciej. Ale przyspieszając nie zmienia geometrii, więc hałas, który robi powietrze potęguje efekt przyspieszania. A samochód przyspiesza i przyspiesza. Więc na nastolatki działa bardzo dobrze.
Ale tak naprawdę najwięcej przyjemności sprawia ten samochód na dziurawych drogach. Drogi w dziwny sposób przestają być dziurawe.
Zastanawiam się, co będzie szybciej – remont drogi ze Skąpego do Poźrzadła, czy czas, w którym mnie będzie stać na Gelendę (nie musi być z takim silnikiem). I to, że się zastanawiam na ten temat, to zła informacja.

2. Pojechaliśmy do Świebodzina, dziewczyny w Tesco musiały kupić sobie mango, mleko sojowe i coś tam jeszcze, czego nie było w słubickim Lidlu. Ja poszedłem do Mrówki.
Nie wiem, czy to specyfika świebodzińskiej Mrówki, czy tak jest w każdej, ale obsługa jest idealna. Zatrudniają wyłącznie ludzi, którzy popracowali w Anglii?
Pan najpierw nie pozwolił mi kupić złych drzwiczek kominowych, później dopilnował bym nie przepłacił za zaprawę, na koniec przyjechał z drugim panem (obaj w kaskach) zmodyfikowanym widlakiem, który podniósł go by z najwyższej półki zdjął mi dwie styropianowe rozety.
Kiedyś pani sprzedawczyni goniła mnie na parkingu, z folią, żebym sobie ziemią z jakiegoś drzewka nie pobrudził samochodu. No i to, że sklep z dobrą obsługą robi na mnie takie wrażenie, to też zła informacja.

3. Sąsiadowi Gienkowi przestała palić piła marki Stihl. Do tego zgubił do niej klucz. Klucz do piły to połączenie tego czegoś do odkręcania świec ze śrubokrętem. Nie paląca piła potwornie frustruje. Gienek był nie tyle sfrustrowany, co nieco zmęczony. Wielokrotne próba odpalenia może wykończyć. Gienkowi sekundował jego szwagier Darek. Jako, że to nie on próbował odpalić – zaczął żartować o kolejności zapłonu. Pytał – jaka jest w pile.
–Jeden, jeden, jeden – odpowiedziałem
–Zastanawiałem się zawsze jaką jest w cienkusiu – kontynuował
–Jeden, dwa, jeden, dwa.
–A jeżeli zaczyna się od drugiego?
Na to już nie byłem w stanie odpowiedzieć.


Poszedłem do Józka (ojca sąsiada Tomka) po jajka. Pokazał mi postępy w zagazowywaniu białorusa. Robi mechaniczne sterowanie, bo nie uważa, że z elektroniką są same kłopoty. Patrząc na chevroleta i beemkę – coś w tym jest. Chevrolet ma gaźnik gazowy. Praktycznie – bezobsługowy. Wtrysk w BMW właśnie elektronicznie zmarł. A wcześniej wymagał dwa razy do roku serwisu.

Dziewczyny załamały ręce nad zniszczeniami jakie poczynili panowie kopacze. Po czym wzięły łopaty i zaczęły zbierać błoto-glinę naniesioną przez maszyny. Dmuchawa Husqvarny też się przydała, choć było zbyt mokro, żeby zrobić mgłę.

Dodatkową godzinę nocy wykorzystaliśmy na oglądanie „Homeland”. Zacząłem się zastanawiać, czy da się zapytać naszych przyjaciół z Departamentu Stanu, czy w ambasadzie wszyscy wiedzą, kto jest z CIA. I nie wiem jak to zrobić. Nie interesuje mnie tak naprawdę sytuacja w Warszawie, tylko bardziej wiedza uniwersalna.
Czy to, że pilot F15 zjawił się w kantynie ambasady, rozpoznał i zaczepił Carrie było możliwe? Chyba nie.
Chętnie bym porozmawiał o tym, jak wygląda kohabitacja CIA i Departamentu Stanu. Ale nie sądzę, żeby mi się udało znaleźć kogoś, z kim by mi się to mogło udać. I to jest zła informacja.

wtorek, 14 października 2014

14 października 2014



1. Postanowiłem spać do oporu, bo do drugiej oglądałem trzecią serię „The Wire”. Dlatego pewnie wstałem chwilę po siódmej. Panowie przyjechali w okrojonym składzie. Bez wywrotki marki Scania i jej kierowcy. Wywrotka o ładowności ponoć 15 ton woziła ponoć ton dwadzieścia parę.
Miała niestety problemy z trakcją. Ze dwa razy ledwo się wykopała, rozwalając przy okazji koszony przeze mnie od dobrych ośmiu lat trawnik.
Bez wywrotki pan Janek, wirtuoz koparki musiał sypać obok. Więc zasypywał tym, co wykopał, a że kopał w gruzie – będę musiał kupić nowe noże do kosiarki.

Scania przyjechała. Panowie kierowcę scanii mobingują. Tak naprawdę. Kierowca ponoć całe życie jeździł TIR-ami. Jazda TIR-em generalnie polega na tym, że przyczepiają ci naczepę, a ty jedziesz. Do przodu. Raczej nie cofasz. Wywrotką na budowie wciąż się musi manewrować. Kierowca scanii robi to zbyt wolno. Więc wkurwia całą ekipę, która daje to po sobie poznać. Kierowca scanii ma post TIR-owskie zwyczaje. Poważnie podchodzi do tego okrągłego czegoś, co jest w liczniku prędkości i pisze z jaką prędkością się jechało. No i mówi, że nie może ruszyć, bo ma jeszcze siedem minut przerwy.
Panowie rozpoczęli więc proces minimalizowania szkód, które poczynili. Nawozić ziemię, ubijać, rozsypywać. Wcześniej jednak przekopali się do sąsiadów. Pod murem. I u sąsiadów posadowili ostatnią studzienkę.
Pan Janek, wirtuoz koparki westchnął, że kiedyś to by była wiecha. Kiedyś był dzień budowlańca. A teraz to człowiek ma się cieszyć, że ma pracę.

Później panowie pojechali, żeby coś robić z drogą i się okazało, że porządkami się zajmą dopiero za parę dni. I to jest nie jest dobra informacja, bo przed domem wygląda strasznie.

2. Wziąłem dmuchawę Husqvarny, żeby trochę na betonie posprzątać. Dmuchawa przydała się wcześniej przy wykopaliskach. Wydmuchiwała piasek więc zostawały tylko skorupy.
Z dużym zaangażowaniem zacząłem zdmuchiwać piasek, który nawiozły maszyny. Po chwili okazało się, że zdmuchnięty pył nie opada. I robi się z niego mgła, którą wiatr delikatnie przesuwa w stronę lasu. Wyglądało to pięknie. Minus taki, że trochę pyłu osiadło na Kadetcie Jolki. I wypada, żebym go umył.

Wylazłem na piętro, żeby sfotografować Althamera (strasznie brzydki tryptyk) (choć nazywanie tego tryptykiem jest pewnym nadużyciem, bo to jest jeden obrazek, tylko namalowany na trzech płytach). Usłyszałem, że ktoś jest w pokoju obok. A nikogo tam być nie powinno, bo od paru dni byłem sam w domu.
Okazało się, że to sikorka. Otworzyłem jedno okno – nic, drugie, trzecie. W końcu jakoś wyleciała. To druga sikorka w takiej sytuacji. Poprzednia była dziesięć dni temu. W każdym razie, gdyby nie Althamer Sikorka by pewnie padła z głodu.

3. Gienek podwiózł mnie na stację. Razem czekaliśmy na pociąg. Opowiadał, jak z wojska jeździł do domu. O 19 wsiadał do pociągu w (chyba) Zabrzu. O drugiej w nocy był w Zielonej Górze. Szedł na stopa. W Świebodzinie czekał na autobus, który o piątej wiózł go domu. Gorzej miał, kiedy trafił do Orzysza. Gorzej nie tylko dlatego, że była to kompania karna, ale również, że podróż wtedy trwała 24 godziny. –Najgorsze było, że człowiek zupełnie nie miał pieniędzy. Oszczędzało się, żeby mieć na bułkę. A wtedy w pociągach chodzili ludzie i sprzedawali piwo. A człowiekowi się w środku aż skręcało.

Pociąg spóźnił się dziesięć minut. Kiedy wsiadłem natychmiast pognałem do Warsu i kupiłem sobie dwa żywce.

Jechałem w ostatnim bezprzedziałowym wagonie. Ciekaw jestem co pił człowiek, który nadawał numery miejscom. To musiało być coś więcej niż dwa małe piwa.

Nad moim siedzeniem była naklejka – „Okno bezpieczeństwa” Kilka osób próbowało ją już oderwać. Z marnym skutkiem.

Opóźnienie pociągu uległo zmianie. Wzrosło do dwudziestu minut. Kiedy dotarłem do domu okazało się, ze rozbiłem 30% wiezionych jajek. I to nie jest dobra informacja.
Dobrze, że nie mieszkam z Jarosławem Kuźniarem., bo on ma na jajka jakieś uczulenie.
Choć raczej: dobrze, że nie mieszkam z Jarosławem Kuźniarem, bo ja mam na niego uczulenie.  

środa, 8 października 2014

8 października 2014


1. Obudziło mnie przeświadczenie, że coś jest nie tak. Chwilę mi zajęło, nim dotarło do mnie, że nie kopią. Nie było słychać wchodzącego na obroty silnika dużej koparki, stukania łyżką o dno wywrotki ani pikania cofającej ładowarki. Było cicho.
Cisza jest ok, ale skoro nie robią, znaczy później skończą. I to jest zła informacja.

2. Pojechałem do Świebodzina do stolarza. Stolarz oczywiście nic nie zrobił. Może zrobi za dwa tygodnie.
Zadzwonił kolega Wojciech, który dzień wcześniej w Koninie naprawiał toyotę dyrektora Zydla. Naprawiacz instalacji gazowych (Vialle – wtrysk gazu w fazie ciekłej) okazał się inżynierem od pomp. Poza naprawianiem instalacji gazowych zajmuje się projektowaniem i budową hydrauliki fontann. Z tego, co kolega Wojciech cytował, wynika, że diagnozę ministra Sienkiewicza potwierdza również kwestia fontann.
W każdym razie, gdyby ktoś chciał serwisować instalację wtryskującą gaz w fazie ciekłej powinien trzymać się z daleka od firmy Migaz z Modlińskiej w Warszawie. Potrafią tam zapomnieć założyć filtr.
W Lidlu w promocyjnej cenie było Châteauneuf du Pape. Jaka szkoda, że postanowiłem nie brać już do ust alkoholu.
Obok Lidla do ściany przyklejano pana Dajczaka, który obiecuje dobre zmiany dla lubuskiego.

Wpadłem do firmy zajmującej się zielenią by się dowiedzieć ile by kosztowało przycięcie drzew z podnośnika. Podnośnik zabudowany był na starze 266. Właśnie coś tam w nim naprawiano. Samochód podniósł się na tych podporach, na których staje, kiedy się używa podnośnika. Dzięki temu można było zdjąć koło nie używając lewarka.
Na tabliczce znamionowej przeczytałem, że fabryka w Starachowicach była imienia Feliksa Dzierżyńskiego. Nie pamiętałem o tym – i to jest zła informacja.
Star 266 to niesamowity pojazd. Fabrycznie wyposażony był w gumowe spodnie dla kierowcy – mógł pokonywać po dnie przeszkody wodne. Ważne, by szyba była nad poziomem wody.
Błażej Domagała, mój pierwszy mechanik opowiadał, że kiedyś jechali takim.
Jechali i nagle urwał im się wał. Wysiedli. Patrzą. Obok na polu pracował rolnik. Podszedł. Patrzy
– E, to już nie pojedzie – mówi.
– Pojedzie, pojedzie – odpowiadają.
– E nie pojedzie – odpowiada.
Wleźli pod stara, zdjęli wał. Przełączyli się na przedni napęd i ruszyli.
A rolnik tak się tym zdenerwował, że własną czapkę podeptał.

Wracając wypatrzyłem koło drogi grzyba – kanię. To był mój pierwszy grzyb od dawna.

3. Wpadłem na panów od kanalizacji. –Koparka nam jebła – powiedzieli – dlatego nie robimy.

Wyciągnąłem z pudełka dmuchawę do liści Husqvarny. Chwilę mi zajęło jej złożenie. Później nie mogłem jej odpalić. To akurat było całkowicie zrozumiałe, bo z wyłączonym zapłonem trudno jest uruchomić spalinowy silnik.
Zacząłem zdmuchiwać liście na kupkę. Słabo mi to szło. Najpierw wdmuchnąłem trochę liści do domu, później nie mogłem zapanować nad siłą dmuchu.
No, nie podobało mi się.
Po dwudziestu minutach dałem sobie spokój. I wtedy do mnie dotarło, że w dwadzieścia minut oczyściłem plac przed domem nie tylko z liści, ale też z betonowego pyłu, który się na butach wnosi do domu. Dwadzieścia minut. Grabiami liście bym zbierał przez parę godzin.

Wieczorem na podwórku sąsiadów rozmawialiśmy z Gienkiem i Tomkiem sącząc piwo. Butelkowego Żywca, które Tomek kupuje z rzadka w sklepie swojej ciotki. Jest zawsze zakurzone – nikt go tu nie kupuje, bo jest za drogie. Był bardzo ładny zachód słońca.

Tomek zastanawiał się czy kupić mercedesa, czy może coś innego. Stanęło na tym, że by chciał Camaro albo Corvettę. Przypomniało mi się że ktoś w Świebodzinie sprowadza stare amerykańskie auta.
–Tak, tak obok pedałków
–Gdzie?
–Sklep taki, na rogu, jak się skręca z Wałowej na Rokitnicę. Tam pedałków dwóch sprzedaje. Jeden stary z kolczykiem, drugi młodszy. Zawsze tam duży ruch mają
–Wszyscy chcą zobaczyć, jak świebodzińskie pedałki wyglądają?
[w tym miejscu popatrzono na mnie jak na idiotę]
–Nie. Jest tanio, i długo otwarte.

Wieczorem się okazało, że w telewizorze przestały mi działać gniazda HDMI. Nie mogę więc oglądać ani „Kropki nad I”, ani „Telewizji Republika” I to jest zła informacja.