sobota, 7 lutego 2015

8 lutego 2015


1. Trzy negatywy mnie wykończą. Pisałem do bladego świtu, a chwilę później musiałem wstać. Wpadłem po kolegę Zbroję i pojechaliśmy do ATM na Wał Miedzeszyński, na konwencję PiS-u.
Pisowców były tłumy. Samochody, autobusy. Nie bardzo więc było gdzie zaparkować. Żałowałem, że nie mam S-klasy czy czarnej A8. Na bezczela bym się władował przez szlaban. Crosscountrość XC70 dała za to szansę na zaparkowanie w pewnym nie do końca oczywistym miejscu.
Przed wejściem tłum, w środku tłum, w barku tłum. Wyszliśmy na zewnątrz. Przyjechał Dudobus. Autosan. Z Polski. Na Dudobusie napis: Przyszłość ma na imię Polska. Stojący obok znany, choć wciąż młody publicysta przeczytał, pochwalił. Zapytałem –A przeszłość jak ma na imię? –Platforma – odpowiedział. Po czym poprosił, żebym go nie cytował. Później jeszcze raz o tym przypomniał i powiedział, że będzie moim dłużnikiem. No to jest.

Nie będę pisał o samej konwencji. Bo, co mam napisać?
Konferansjer mnie – excusez le mot – wkurwiał. Aktor Zelnik mówił zbyt długo (ale nie ma się czemu dziwić, skoro występował przed większą publicznością, niż w sumie przez ostatnie trzy lata). Król Stalowej Woli miał coś z księdza. Pan Siara walił suchary. Jakości przemówienia pani Szydło nie byłem w stanie docenić (choć starszy analityk Szacki coś mówił, że było – jak na nią – bardzo dobre). Ale wszystko, jako całość, wyszło bardzo dobrze. A przemówienie Andrzeja Dudy – było wybitne. A jak się do tego dołoży atmosferę, która panowała na sali – człowiek miał wrażenie, że bierze udział w czymś, co zdarza się raz, dwa razy w życiu.
Niesamowite było też to, co się działo na Twitterze. Moim ulubionym hejterom PiS-u kończyły się argumenty. Ze dwóch nawet pochwaliło przemówienie.

Złą informacją jest, że – i uwaga, tu nie chodzi o partyjną nawalankę – od pięciu lat Prezydentem jest człowiek zupełnie pozbawiony idei. Nie próbujący niczego z Polską zrobić, bo co jakiś (długi) czas ogłaszane pomysły są raczej karykaturalne.
No i nie można mówić, że konstytucja nie pozwala Prezydentowi na robienie czegokolwiek konkretnego – pastor Gauck, którego władza jest dużo, dużo mniejsza – przemówieniem w rocznicę wyzwolenia Auschwitz potrząsnął Niemcami. Powiedział parę słów i już.

2. Po wszystkim namówiłem grupkę krakowskich PiS-owców na piwo w Krakenie. Kolega Krzysztof był pod dużym wrażeniem pań. Kierownik krakowskich PiS-owców. Mój osobisty radny miejski (ze Zwierzyńca)(a dokładniej: z Półwsia)(jeśli wiecie o co chodzi) ściągnął do Krakena red. Mazurka.
Redaktor Mazurek okazał się dokładnie taki, jak sobie go wyobrażałem. Socjopata. Egocentryk. Awanturował się przy barze. Awanturował się przy stoliku. Było super. Nie powiedziałem mu, że miewam (ze dwa razy miałem) związane z nim koszmary senne. Tak jak ludziom się śni, że muszą zdać maturę albo nago biegają po mieście, mnie się śni, że red. Mazurkowi udzielam wywiadu.
Grupa PiS-owców wróciła do Krakowa, myśmy pogadali. Redaktor Mazurek nie wierzy w sukces Andrzeja Dudy, bo uważa, że PiS go zniszczy. Chyba wcześniej uważał, że Duda jest zbyt słabym kandydatem. Ale chyba konwencja coś zmieniła. Ale chyba nie jestem pewien. I to jest zła informacja.
Redaktor Mazurek ściągnął z kolei starszego analityka Szackiego. Ale z nim już niestety nie mogłem porozmawiać, bo się musieliśmy rozejść.

3. Z moim ulubionym wydawcą poszliśmy na Bal Dziennikarzy. Mój ulubiony wydawca wpadł na idiotyczny pomysł, by na miejscu być o dwudziestej. Więc – tak właściwie, to ledwo się zdążyłem przebrać.
Bal Dziennikarzy to niestety żenująca impreza. Nie wiem, z czego to wynika. Chyba z tego, że wszyscy są za bardzo z siebie zadowoleni.
Najgorsze było to, że ciągle koło mnie przechodził minister Kamiński. I za każdym razem przechodził mnie dreszcz. Może to wynikało z tego, że w złym miejscu stałem. Najpierw blisko nas stał pan Palikot z małżonką. Razem z reżyserem Trelińskim i artystką Herbuś. Przyszła 300polityka i zaczęła się z Palikotem ściskać. Znaczy, to Palikot się raczej zaczął ściskać z 300polityką. Później zaczął stopniowo napływać TVN. Więc z Palikotem stał redaktor Morozowski. Palikot, ze swoimi gośćmi siadł gdzieś przy stoliku, wtedy się pojawili minister Kamiński z mecenasem Giertychem. Ci musieli mieć tańsze bilety, bo imprezowali na stojąco. Stali albo z TVN-em, albo z 300polityką.
Występowała artystka Bem, ale nic nie było słychać, poza hałasem. Później był zespół, który chyba się składał z przedstawicieli mediów. W loterii wizytówkowej niczego nie wygrałem. Nie wziąłem też udziału w licytacji. Ponad tysiąc zapłacił prezes Edipresse za weekend w prezydenckim zameczku w Wiśle. Dużo drożej kosztował dzień na planie filmu Agnieszki Holland.
Redaktor Słomczyński przyznał, że nie czyta trzech negatywów, bo są zbyt negatywne. To jest dobra informacja, bo nie będzie mu przykro czytać, co sądzę o „Faktach”.
Z niewiadomych przyczyn wygłosił oświadczenie, że nie miał nic wspólnego z sobotnim ich wydaniem. Na Twitterze podobnież odcinała się do materiału red. Sobieniowskiego red. Hytrek-Prosiecka. Więc chyba coś jest na rzeczy. Sam red. Sobieniowski wzbudzał we mnie podobny dreszcz jak minister Kamiński. Ciekawe z czego to wynika.
„Faktów” nie widziałem. Obejrzałem za to rozmowę red. Kulczyckiego z dr Maliszewskim i red. Warzechą. Dr Maliszewski swoje analizy opiera o panel Ariadna, na którym z uporem wartym lepszej sprawy odpowiadam na pytania. Pytania dość często idiotyczne. Dość często piszę nieprawdę. Później słucham co dr Maliszewski opowiada. Socjologia to pseudonauka.
Ale zostawmy Ariadnę. Jakim trzeba być – przepraszam za wyrażenie – zjebem, żeby dr. Maliszewskiego pytać o politykę międzynarodową. Tak jak to zrobił red. Kulczycki.
Tu taka ciekawostka. Ludzie z TVN prywatnie (w znakomitej większości) są sympatyczni, da się z nimi normalnie porozmawiać. Z kolei ci z tymi z TVPInfo – niekoniecznie. Ciekawe z czego to wynika.

Znowu się nie wyśpię. I to jest zła informacja.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza