Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary Gmyz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary Gmyz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 stycznia 2022

25 stycznia 2021


1. Odwilż. Ciemno. Mokro. Beznadziejnie. I to jest zła informacja.

2. Wtorek, dzień pięciu zebrań. O jednym właściwie zapomniałem. Przez zebrania wydłużył się proces żegnania znakomitego gościa. Do gościa zresztą co chwile dzwonił ktoś, by się dowiedzieć, o jaką realizację w ostatnich „Panach G.” mu chodziło. Ja – nie wiem. Piszę na wypadek, gdyby ktoś chciał do mnie w tej sprawie dzwonić.  

Listonosz przyniósł paczkę, w sprawie której dzwonił parę dni temu inny listonosz. Znaczy poczta działa. Amerykański sklep z częściami – niekoniecznie, gdyż niewiadomo skąd wzięli Rokitnicę spod Strykowa, o której istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Przyszły elementy tylnych lamp do Suburbana. Opłaty celne podwoiły ich wartość. I to jest zła informacja, bo powinienem był zamówić coś jeszcze. 

Gość zachwycił się buraczanym kwasem. Przepis mojej śp. babci, nieco zmodyfikowany: słój pięciolitrowy. Trzy, trzy i pół kilograma buraków, pół selera, dwie marchewki, dwie pietruszki, główka czosnku. Buraki i jarzyny obieramy, kroimy w plasterki (w poprzek). Wypełniamy słój (może się okazać, że tych buraków trzeba trochę więcej). Łyżka soli. Zalewamy przegotowaną wodą. Może być wrzątek, ale lepiej nie – pękłem sobie kiedyś wrzątkiem porządny słój. Odstawiamy. Po tygodniu można zacząć kosztować. Ważne: do przepisu (proporcji) można podchodzić dość lekko. Można dołożyć cebulę, można pora, można dać więcej selera, można mniej, czego by nie zrobić – wychodzi dobrze. 

3. Wieczorem obejrzeliśmy „The Ice Road”. Popłuczyny po „Cenie strachu”. Dobrzy jeżdżą fordami F150 i F350, źli jakimś GMC i nissanem. Ale przede wszystkim grają kenworthy. Piękne pojazdy. Ale bardzo zły film. I to jest zła informacja. 

 

poniedziałek, 24 stycznia 2022

24 stycznia 2022



1. Zrobiłem sobie test. Znaczy – za namową profesora Pinkasa, chcąc sobie test zrobić – poprosiłem rodzinę, by mi test przywiozła z miasta. Rodzina wtedy, w osobie Mileny wyciągnęła test z walizki. Dziś młodzież, zamiast innych rzeczy, wozi ze sobą testy na COVID-19. Test wyszedł negatywnie. Czyli szczepienia działają. Trzy Pfizera. Złą informacją jest, że nie wszyscy przyjmują to do wiadomości.

2. Kurier przywiózł Maca Pro 5.1. Wyraźnie lżejsze niż 2.1. Przez cały dzień zajmowałem się budową nowego miejsca pracy. Najpierw był problem, gdyż działał tylko jeden monitor. Rozwiązany, gdyż 5.1 to zasadniczo był 4.1, ale z upgradowanym firmwarem. Trzeba więc było zająć się kartą graficzną. Później nie chciał – z całkowicie niezrozumiałych powodów – działać gmail. Nie chciały się też uruchomić usługi Microsoft 365. W końcu ruszyły. Złą informacją jest, że nie jestem w stanie powiedzieć, cóż takiego zrobiłem, żeby zaczęły działać. 

3. Przyjechał redaktor Gmyz. Nie chciał gadać o polityce. I to jest zła informacja. Dobra, że pokazał, jak na iPhone wciskając spację łatwiej edytować tekst. 

 

niedziela, 21 listopada 2021

21 listopada 2021


 

1. Śniło mi się amerykańskie wojsko. W Polsce. A wcześniej Andrzej Zybertowicz. Amerykańskiemu wojsku zwinąłem dwa okolicznościowe ołówki. Złą informacją jest, że jeszcze nikt nie stworzył urządzenia, które by przenosiło przedmioty ze snu do jawy. Jeżeli ktoś będzie nad takim urządzeniem pracował, powinien uważać, żeby przypadkiem przedmioty te nie lądowały na Jawie. 

2. Włączyłem telewizor, a tam Andrzej Zybertowicz. Jakieś więc związki pomiędzy snem a jawą istnieją. Trafiłem na moment, w którym marszałek Czarzasty perorował, o braku działań polskiej dyplomacji: zamknęliście tylko jeden kanał. Samoloty wciąż latają. 

Odpowiedział mu Fogiel: już trzy Państwa, kilkanaście linii lotniczych. 

Czarzasty: Czyli mówi pan, że nic nie lata…

To wszystko u Rymanowskiego. Oglądanie takich programów to zdecydowanie strata czasu. I to jest zła informacja. 
Strata czasu z jednym wyjątkiem. Bez piętnastu sekund z marszałkiem Zgorzelskim mógłbym sobie nie utrwalić dlaczego PSL należy omijać dużym łukiem. 

3. „Trotyl na wraku tupolewa”. Przejrzałem tamten numer „Rzeczpospolitej”. Bardzo porządnie zrobiona gazeta. W październiku będzie dziesięć lat. Już taka nie jest. 

Nie chce mi się sprawdzać – wydaje mi się, że już o tym pisałem. W zimie chyba 2016 roku, przyjechałem na wojskowe Okęcie. Lecieliśmy do Kijowa. Standardowa kontrola bezpieczeństwa. Bramka wylosowała mnie do sprawdzenia śladów. SOL-owiec zebrał je z rąk, paską, torby. Papierek wsadzono do maszyny. Próbę powtórzono dwa razy. Przy narastającej konsternacji. Postawiono mnie z boku, żebym nie blokował kolejki. Nikt mi nic nie chciał powiedzieć. Dokładnie sprawdzono bagaż. Napięcie narastało. Zbliżał się czas odlotu. Puścili mnie, kiedy prezydencka kolumna wjeżdżała na lotnisko. Decyzję podjęto na wysokim szczeblu. Usłyszałem, że ślady trotylu, jakie mam na sobie są większe, niż kiedykolwiek widzieli na szkoleniach. Jakbym się trotylem obłożył i ten trotyl zdetonował. 
Chwilę mi zeszło, nim doszedłem do tego, skąd się te ślady mogły wziąć. Otóż przed wylotem byłem w JW na przedświątecznym spotkaniu. Nikt tam trotylu nie detonował, ale uścisnąłem kilkanaście rąk, a mój płaszczyk wisiał w szatni, obok mundurów ludzi, którzy mogli robić bardzo różne rzeczy. 
Dlaczego o tym piszę? Żeby się podzielić uzasadnioną opinią, że obecność śladów trotylu na tupolewie naprawdę niewiele znaczy. Dużo więcej znaczyła reakcja na tekst na ten temat. 
Stałem parę dni później pod Rzepą w grupie ludzi, którzy chcieli wyrazić solidarność z wyrzucanymi z pracy w tej sprawie. 
Jeszcze jedna mnie nachodzi konstatacja, otóż tym, którzy wywarli presję na właścicielu Rzepy nie tyle chodziło o ukrycie jakichś faktów. Im chodziło o wyciszenie sprawy. Tak samo, jak pewnemu panu nie tyle zależało na wyjaśnieniu sprawy, co jej nagłaśnianiu. A przede wszystkim – nagłośnieniu jego uczestnictwa w jej wyjaśnianiu. No i na tym polu osiągnął wielki sukcesem. I to jest zła informacja. 

środa, 7 kwietnia 2021

7 kwietnia 2021


1. U Piaseckiego Müller. Piasecki zastanawiał się dlaczego POZ nie dostają więcej szczepionek. Müller tłumaczył, że dostają tyle ile chcą. Lekarz POZ poza szczepieniami ma jeszcze swoich pacjentów, którymi się musi czasem zająć. Więc nie może szczepić na okrągło. 

Mazurek rozmawiał z panią Doktor z Wołoskiej/Stadionu Narodowego. Bardzo przeżywał informację, że lekarze pracują po kilka dyżurów z rzędu. W znaczeniu, że z jednego idą na drugi, z drugiego na trzeci. Pani Doktor powiedziała, że tak było jeszcze przed pandemią. Nie mieściło mu się to w głowie. Co chyba jest dziwne, bo lekarze tak pracują od wielu lat.

Wczoraj pod punktem szczepień na Narodowym, był jakiś armagedon. Tak przynajmniej można było przeczytać na społecznościówkach posłów opozycji ich grupies. 
Mój ulubiony reporter TVN24 poszedł rano pod Stadion i porozmawiał z jednym z doktorów. No i doktor ten mu wyjaśnił, że problem wziął się z tego, że ludzie zamiast przyjść na umówioną godzinę – przychodzili wcześniej. Na przykład o godzin pięć. W związku z tym, że nie mogli wejść wcześniej – zrobiło się zamieszanie. A z zamieszania – awantura na ogólnopolską skalę. 
Dziś też ktoś przyszedł parę godzin za wcześnie. Reporter dopytywał, co z takim kimś będzie. Doktor odpowiadał, że zaczeka. Przyjście pięć godzin przed terminem jest osobistą decyzją obywatela, na którą punkt szczepień nie ma wpływu. Mam wrażenie, że mówił to z pewnym rozbawieniem. Ale mogę się mylić, bo oglądałem to jednym okiem w małym oknie na jedenastocalowym komputerze. 

Rząd – jak wiadomo – odpowiada za wszystko, co się w Polsce dzieje, więc też za niezbyt rozsądne decyzje obywateli. Ergo – Dworczyk do dymisji. Na wszelki wypadek napiszę, że to sarkazm.

2. Przejrzałem tygodniki. W „Od Rzeczy” prof. Szeremietiew najpierw nie chciał potwierdzić, że „Zima” pokazała, że Rosja rozwala nas w trzy dni. Później pozwolił sobie na – jak to określił – ponury żart oddający nasze położenie militarne „W 1939 r. mieliśmy 30 dywizji, broniliśmy się przez 30 dni, obecnie mamy trzy dywizje (czwartą odtwarzamy), więc wytrzymamy trzy–cztery dni…” 
Jest to ponure, ale gdzie tu żart?
Dość defetyzmu. Ważniejsze zdanie padło później: „Na Kremlu nie tylko doceniają Polskę, lecz także się jej boją.” 
Kurcze, tak właściwie to trudno powiedzieć, czy to że się boją to dobrze czy źle. 

Na okładce „Sieci” informacja, że włoskie laboratorium znalazło trotyl na próbkach z tupolewa. 
Chyba w grudniu 2015 lecieliśmy do Kijowa. Późno wpadłem na Wojskowe Okęcie. Kontrola. Bramka mnie wylosowała do pobrania śladów. Pobrano ślady. Pobrano drugi raz. Pobrano trzeci raz. Kazano przejść na bok. Szeptano między sobą. Trwało to. Zacząłem się niepokoić – gdyż samolot miał zaraz odlecieć. Gdy wywarłem presję – powiedziano mi o co chodzi: ma pan na sobie tyle śladów trotylu, ile nawet na ćwiczeniach nie widzieliśmy. 
Długo nie mogłem zrozumieć o co chodzi, w końcu po konsultacjach z zaprzyjaźnionymi pirotechnikami – dotarło do mnie, że godzinę czy dwie wcześniej  
przyjechałem z opłatka w JW 2305. No ściskałem wiele rąk. Płaszcz wisiał na jednym wieszaku z wojskowymi kurtkami. No i stąd ślady trotylu. 
Więc informacja o tym, że na wraku tupolewa znaleziono trotyl nie musi znaczyć nic sensacyjnego. Dużo więcej mówiąca jest reakcja na tę informację. 
Mam gdzieś schowaną tę Rzepę z artykułem Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa”. Artykułem, po którym odbyła się słynna rozmowa przy śmietniku. Artykułem, po którym Wróblewski przestał być naczelnym, wylecieli Staniszewski, Marczuk i oczywiście Gmyz. Nawet byłem pod Rzepą na protestacyjnym wiecu.
Chwilę później Hajdarowicz naczelnym mianował Chrabotę, który redakcją kieruje do dziś. 

3. Listonosz przyniósł pismo, które wysłał do mnie pan Marcin Newidek, Członek Zarządu AXA Ubezpieczenia. Pismo, datowane 1 kwietnia 2021, nadane 2 kwietnia 2021, informuje mnie, że moja polisa OC traci ważność 30 marca 2021 roku i że nową muszę opłacić przed końcem 27 marca 2021. Strasznie bym się przejął. Jednak potrafię skorzystać z CEPiK-u, więc wiem, że moja polisa traci ważność 20 kwietnia 2021. W lewym, górnym rogu pisma napisano: AXA więcej niż standard.  


Audi pojechało do Warszawy za sprawą żoliborskiego kolegi, który akurat wracał z Zielonej Góry. W poniedziałek pewnie będą jakieś pierwsze informacje o stanie silnika. Koledze tak się kulejąca A8 spodobała, że chce sobie taką kupić. Jutro chce. 


 

wtorek, 7 sierpnia 2018

6 sierpnia 2018


Z życia urlopowanego urzędnika centralnej administracji.

1. Tym razem obudziła mnie piła łańcuchowa konkretnego sąsiada. Konkretnie tego konkretnego, którego obejście jest między nami a kościołem. Robi chłop drewno. Na zimę. Albo na handel. 
Szybka prasówka. Tygodniki, rubryki plotkarskie. „Wprost”, jak to „Wprost”. Większa połowa o lewicach. Gociek z Gmyzem bez informacji z MSZ. Sygnalista jakoś specjalnie się nie kryje z tym, że większość jego rubryki to realizacja interesów. Mam narastające wrażenie, że byłbym w stanie robić najlepszą rubrykę plotkarską w mieście. I to jest zła informacja, bo jej przecież robił nie będę.

2. Od dawna chwalę „Fakt”, że ma najlepiej robione teksty polityczne w mieście. Że na jeden, tysiąc znakowy tekst miewają materiału, z którego gwiazdy naszej publicystyki typu Michała Krzymowskiego zrobiłyby wieloodcinkowe story.
Roberta Felusia – naczelnego „Faktu” znam z ćwierć wieku. Pracowaliśmy razem przy Wielopolu, w Pałacu Prasy – byłym budynku IKC.
Swoją drogą, nie wiedziałem, że Marian Dąbrowski, twórca Ilustrowanego Kuryera Codziennego był fundatorem krakowskiego Pomnika Nieznanego Żołnierza. Krakowska legenda głosi, że Dąbrowski w testamencie zarzekł, że Pałac Prasy ma po wsze czasy być siedzibą prasy. Spadkobiercy te wsze czasy skrócili chyba do 2011 roku. I to jest zła informacja, bo pan Marian chyba zasłużył sobie, by jego polecenia traktować poważnie.

3. Ale nie o tym. Zaraz się okaże, że przyjdzie mi cofać moje dla „Faktu” pochwały. I nie chodzi tu o prostą politykę, bo dziennikarz jest od tego, żeby się czepiać. Chodzi o to, że dobry dziennikarz czepia się w sposób bezdyskusyjny.
„Fakt” przyczepił się prezydenckiej wizyty w Australii. A jako że specjalnie nie było czego – zaczęli kombinować. Nie będę przeprowadzał analizy tekstu, w którym Mikołaj Wójcik widzi problem w konieczności lotu ochrony czy tym, że wcześniej do Australii poleciała grupa przygotowawcza. [Była kiedyś taka wizyta, która nie została odpowiednio przygotowana i wiemy jak się to skończyło]
Problem polega na tym, że jestem się w stanie założyć, kto ten temat „Faktowi” nadał. I gorszą informacją jest nie to, że akurat ta osoba to zrobiła, a to, że „Fakt” to łyknął. A ja już nie mogę tak redakcję chwalić.

sobota, 4 kwietnia 2015

4 kwietnia 2015




1. Rano usłyszałem o co chodziło Monice Olejnik, kiedy coś sugerowała w związku z młodością pana Joachima. Otóż jakiś czas temu „Nie” coś tam o panu Joachimie napisało dość oszczędnie gospodarując prawdą. Redaktor Olejnik do tego nawiązała. Pan Joachim przypomniał źródło. Redaktor Olejnik zdążyła już zapomnieć o czym mówiła, więc się obraziła.
Chciałbym, żeby powstał dziennik, albo chociaż serwis, który by na bieżąco zajmował się takimi sprawami. Gwiazda mediów coś niejasnego rzuca. Następnego dnia pogłębiony materiał.
Szybko jednak raczej nie powstanie. I to jest zła informacja.

2. Po śniadaniu wsiedliśmy do jednego z ostatnich niefrancuskich nissanów i pojechaliśmy z Józką S3 do Międzyrzecza. Pogoda była w porządku, więc klasztor w Paradyżu wyglądał pięknie. Józka chciała, żeby sąsiad Tomek coś dla niej zrobił. No i trzeba było wymienić olej w nissanie. Sąsiad Tomek zaprowadził nas do mechanika, który był tak ujmująco uprzejmy, że mógłby być bohaterem filmu Barei. Ni chodzi o to, że był śmieszny. Raczej ta jego uprzejmość była zupełnie abstrakcyjna.
Sąsiad Tomek używając swoich pracowników i plazmę zrobił sobie łódkę z aluminium. Płaskodenną. Z elektrycznym silnikiem. Łódki się rejestruje. Kosztuje to kilkanaście złotych. Ważne, że nie trzeba na razie im robić corocznych przeglądów.
Mechanik oddając samochód opowiadał, że do samochodu ładuje rower, jedzie do Kostrzynia, pod Biedronką zostawia samochód i z rowerem wsiada do kolejki do Berlina. Bo w Berlinie z samochodem tylko kłopot. Pomysł jeżdżenia na kawę do Berlina z rowerem też jest dla mnie abstrakcyjny.
Waracając przejechaliśmy przez Boryczyn. Matka ma dwie kotki rasy Maine Coon. Taki kot to łapę ma jak mały Cygan nogę.
W Lidlu Châteauneuf-du-Pape w promocji po 19,90. Ale nie było kiszonych ogórków. I to jest zła informacja.

3. Wieczorem obserwowałem w którą stronę dryfuje dyskusja o polowaniach prezydenta Komorowskiego. Jak zauważył redaktor Gmyz – mamy powtórkę z dziadka z Wehrmachtu. Nie chodziło o to, że Donald Tusk miał dziadka w Wehrmachcie. Chodziło o to, że skłamał, mówiąc, że to nie miał. Podobnie jest z polowaniami pana Prezydenta. Nie chodzi o to, czy łowiectwo jest dobre czy złe. Chodzi o to, że kłamstwo jest złe.

No i w końcu obejrzałem „Służby Specjalne” nie jest to wybitne kino. Ale historie – przednie. Nie udało mi się powiązać z rzeczywistością tej jatki, która w filmie miała miejsce na chyba Łotwie. Pan Irakijczyk od handlu zbożem chyba ma się wciąż dobrze – w Świebodzinie działa jego elewator.
Muszę ten film zobaczyć jeszcze raz, bo jakość dźwięku jest tak zła, że prawdopodobnie nie złapałem 30% treści. I to jest zła informacja.