Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kuźniar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kuźniar. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 października 2015

26 paźniernika 2015




1. Zasadniczo była jakaś zmiana czasu. Dzięki telefonom komórkowym nie trzeba przestawiać zegarków. Ale przez to człowiek nie wie, czy spał dłużej, czy krócej. Ale z drugiej strony po co mu ta wiedza?

Wstaliśmy, wyjątkowo (Bożena nie przepada, kiedy są dziewczyny) postanowiliśmy zjeść śniadanie przed telewizorem. Mieliśmy oglądać jakiś amerykański film familijny (przez ciszę nie było „Kawy”). Filmu nie było. Oglądaliśmy więc na Domo „Ucieczkę na wieś”, serię programów o Brytyjczykach, którzy sprzedają nieruchomość w Londynie i szukają czegoś, gdzie by mogli spędzić starość. Za pół miliona funtów. Najpierw było o Szkocji. Bardzo ładnie. Później wręcz przeciwnie. Też ładnie.

Wyjąłem akumulator z kosiarki, przestawiłem Suburbana, zapakowałem kominek pożegnałem się z sąsiadami i ruszyliśmy. (Pomijam czynności, jakie wykonała Bożena – było ich dużo więcej). Ruszyliśmy dwie godziny później, niż było w planach. I to jest zła informacja.

2. W nocy ktoś wyciął powieszone na naszym ogrodzeniu banery kandydatów PiS-u. Zostawił plakat kandydatki Platformy. Nie sądzę, żeby pani z PO zapłaciła za bezumowne użycie naszego płotu. Ale to nie jest najważniejszy problem związany z tą partią.

Jechaliśmy i jechaliśmy. Zdecydowanie większy ruch był w przeciwną stronę. Udało się dojechać stosunkowo szybko. Szybciej by było, gdyby od Łodzi były cztery pasy. Może kiedyś będą.
W beemce przestał działać lewy tylny migacz. Jechałem więc lewym pasem. I to jest zła informacja, bo wolę trzymać się prawej strony.


3. Chwilę przed 21 wbiłem się na Nowogrodzką. Jakoś nie mogłem sobie tego odmówić. Mam wrażenie, że energia była mniejsza niż po pierwszej turze wyborów prezydenckich.
Nie zrobiłem sobie selfie z Jackiem Kurskim i to jest zła informacja, bo bożyszcze ćwierćinteligentów nazwało mnie jakiś czas temu „Jackiem Kurskim Pałacu Prezydenckiego”.
Przez jakiś czas tłumaczyłem gratulującym mi ludziom, że akurat z tym sukcesem mam mało wspólnego. W końcu przestałem. Bo to nie o mnie chodziło, tylko o gratulujących ludzi. 
Zrobiłem sobie zdjęcie z Tęgim Łbem, ale prosił, żeby nie upubliczniać. Więc tego nie robię – Tęgi Łeb, to teraz będzie jeszcze bardziej ważny człowiek.

Na imprezie 300polityki było niedobre wino. No i poznałem tam Sławomira Nitrasa. Człowieka, dzięki któremu przypomniały mi się komendy sterujące zaprzęgiem.

Fascynujące jest, że właśnie postępowcy modlą się do swojego nieistniejącego boga o wejście Korwina do sejmu.  

sobota, 21 marca 2015

21 marca 2015



1. Redaktor Kuźniar, za którym nie przepadam strzelił sobie z bazooki w stopę. Kopanie leżącego jest łatwe ale uchodzi za niezbyt honorowe. Więc zamiast pisać o red. Kuźniarze napiszę historyjkę z lat osiemdziesiątych.
Otóż byłem wtedy w Górach Sowich i razem z grupą znajomych – przepraszam za określenie – penetrowaliśmy niemieckie instalacje kompleksu Riese. Równolegle z nami po okolicy jeździła ekipa TVP, która kręciła na temat Riese jakiś reportaż. Myśmy jeździli busem marki UAZ. Oni roburem. Robur nie wszędzie mógł wjechać. W przeciwieństwie do UAZ-a. No i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy jeździć razem. Albo UAZ-em, kiedy było bardziej off-roadowo. Albo roburem – po asfalcie. No i kiedyś jedziemy sobie roburem. Wjeżdżamy do jakiejś wsi. Dźwiękowiec z kamerzystą ordynują zatrzymanie robura koło sklepu. Kierowca staje. Widzę, że operator bierze kamerę, dźwiękowiec nagrę i mikrofon i wchodzą do sklepu. Wchodzę za nimi. Pani sklepowa widząc kamerę zrobiła się cała czerwona. Operator postawił kamerę na podłodze. Zamówili z dźwiękowcem po piwie. Piją. To były czasy, kiedy jeszcze ze sklepów nikt pijących nie gonił. 
Piją. 
Wypili połowę. 
Dźwiękowiec patrzy na zawartość butelki pod światło. 
Mówi do sklepowej: widzi pani, tu jakieś męty pływają. Wypiłem mniej niż połowę. Proszę wymienić mi na inne. 
Operator robi to samo. 
Sklepowa podaje im nowe butelki. 
Piją. 
Wypili połowę. 
Tym razem operator patrzy na zawartość butelki pod światło. 
Mówi do sklepowej: widzi pani, tu jakieś męty pływają. Wypiłem mniej niż połowę. Proszę wymienić mi na inne. 
Dźwiękowiec robi to samo.
Wypili po osiem piw. 
Znaczy osiem razy pół. Piliby dalej, ale się piwo skończyło. Na koniec powiedzieli, że zasadniczo sklepowa powinna im oddać pieniądze, ale niech będzie ich strata.
Operator zabrał kamerę. Wrócili do robura. I powiedzieli, że można ruszać.
Wydawało mi się, że takie numery to tylko w TVP trzydzieści lat temu. Ale się najwyraźniej pomyliłem. I to jest zła informacja.

2. W TVN24 wystąpiła para turystów, która przeżyła zamach w Tunezji. Opowiedzieli, że wbrew temu, co słyszeliśmy od pani Premier i pana MSZ – polskie służby konsularne wcale im nie pomagały.
Z ludźmi na lotnisku rozmawiał „Fakt”: „–Koleżanka z wycieczki wiedziała, że mąż został postrzelony i czekała na informacje. Przez 24 godziny o niczym jej nie informowano! – skarży się pan Piotr, który przeżył zamach w Tunezji. Przeraża go to, jak została potraktowana jego znajoma. – Ambasador raczył przyjechać na godzinę przed naszym odlotem do Polski. Był uśmiechnięty, zadowolony, świetnie się bawił! Tej dziewczynie, która była zapłakana, powiedział wtedy »niestety, pani mąż nie żyje«. To skandal, ten człowiek nie powinien być ambasadorem! – oburza się.
Pan MSZ oświadczył, że Państwo zdało egzamin w tej sytuacji egzamin. I to jest zła informacja


3. Na stronie ASZdziennika pojawiają się reklamy. Prowadzi to do dość zabawnych sytuacji. Człowiek czyta: „Citroëny z bogatym pakietem wyposażenia élite!” i się zaczyna profilaktycznie śmiać. A to jednak prawda, a nie ASZdziennik.

Nie mogąc się otrząsnąć po lekturze tekstu w „Newsweeku” porozmawiałem z krakowskimi znajomymi. No i się okazało, że autorzy już drugim zdaniu mijają się z prawdą. Piszą „P. to jeden z niewielu dawnych kolegów, który na sam dźwięk nazwiska Duda nie rzuca słuchawką”. Otóż fakty są takie, że słuchawkami rzucano nie na dźwięk nazwiska „Duda”, tylko na dźwięk tytułu „Newsweek”. I to jedno.
Drugie: usłyszałem w jaki ponoć sposób uzyskano oświadczenie syna teścia Kandydata. Jeżeli się to potwierdzi, to będzie kolejne przegięcie.
A już za chwilę niedzielny wieczór. I to jest zła informacja, bo to może eskalować.  

wtorek, 13 stycznia 2015

14 stycznia 2015


1. Chwilę po tym, jak się obudziłem wyjaśniono mi, że pociąg „Matejko” wyleciał z rozkładu nie dlatego, że trzeba było zrobić miejsce Pendolino, tylko brakło do niego wagonów.
Te, które jeździły musiały być użyte gdzie indziej. Te, które zostały były zbyt wolne, żeby jeździć po CMK.
Pendolino nie zajęło torów.
Zjadło za to kasę. Ciekawe ile za jeden skład Pendolino by można kupić normalnych wagonów. Choć właściwie nie wiem czy ciekawe.

Jaki pożytek z Pendolino ma mieszkaniec podszczecińskiej wsi? Może poczuć dumę oglądając je w 48 calowym telewizorze LCD kupionym na kredyt od Providenta. Naprawdę wielką dumę.

Słuchałem powtórkę jakiegoś programu na TokFM. Prowadzący rozmawiał z panią, która pracowała w jakimś laboratorium którejś z przeznaczonych do likwidacji, przepraszam: wygaszenia kopalni. Pani opowiadała o profitach. Dostaje trzynastkę, z czternastek dobrowolnie zrezygnowały. Podstawę ma poniżej płacy minimalnej. Tylko dzięki bonusom przekracza próg. Pracuje w administracji, więc w przypadku zamknięcia kopalni dostanie trzymiesięczną odprawę. Ale jest w stosunkowo dobrej sytuacji, bo do emerytury brakuje jej tylko kilkanaście miesięcy. Dostanie więc zasiłek przedemerytalny – kilkaset złotych. Jej młodsze koleżanki tak fajnie mieć nie będą. Kiedy nie będzie kopalni, w okolicy właściwie nie będzie nic, więc mają małą szansę na jakąkolwiek pracę.
Górnicy mają lepiej. Choć też nie są to kwoty oszałamiające, bo normalny górnik zarabia u nich mniej–więcej cztery tysiące. Więcej zarabia nadzór. Ci z dołu mają dostać dwuletnie zarobki.
Dziennikarz się oburzył, że inni nie dostają. I zacytował włókniarkę z Łodzi, która wcześniej dzwoniła i mówiła, że jak jej zakład likwidowano, to nic nie dostała.
Pani odpowiedziała, że to nie jest tak, że tylko górnicy dostają, że jak ostatnio były zwolnienia w jakiejś śląskiej spółce kolejowej (nie zapamiętałem jakiej), to wszyscy zwalniani dostali odprawy w wysokości trzyletnich zarobków. Wszyscy. Pracownicy biurowi też.
Dziennikarz zacytował na to emerytkę z Warszawy, która powiedziała, że ma jakąś małą emeryturę i nie chce, żeby z jej podatków dawać pieniądze na górników.
Ciekawe co będzie, kiedy kopalnie pozamykają, a importowany węgiel pójdzie w górę. Pani emerytki może wtedy nie być stać na prąd zużywany przez jej telewizor i nie będzie mogła już oglądać „Szkła kontaktowego”.

Po tym jak zobaczyłem redaktora Durczoka złorzeczącego na rząd w obecności redaktora Kuźniara mam podejrzenia graniczące z pewnością, że w całej kopalnianej zadymie chodzi o coś zupełnie innego. I nie wiem o co. I to jest zła informacja.

Bo – tu użyję modnego ostatnio słowa – hejt na górników, kanały, którymi do mnie dociera wygląda na robotę niezłej agencji PR.

2. Teatr Wielki Opera Narodowa w łaskawości swojej w końcu zapłaciła mi za krzyżówkę, którą przygotowałem do druku wydanego z okazji wystawy o Dygacie. Poszedłem więc do sklepu „Perełka” by kupić ogórki kiszone i kabanosy dębowe. Kiedy kupujemy kabanosy dębowe ludzie patrzą na nas dziwnie. Są najtańsze i prawdopodobnie zrobione z czegoś dziwnego. Koty je uwielbiają, choć już coraz mniej. I to jest zła informacja.
Po drodze wpadłem do Faster Doga. Zaczęli sprzedawać jedwabne szaliki Knightsbridge. Chciałem się z nimi podzielić wrażeniami z oglądania „Watahy”. Pawełek oglądał jeden odcinek. Przedostatni. Nie pozwolili mi narzekać na film, bo spora część aktorskiej ekipy to ich klienci. Pawełek oglądał odcinek, żeby zobaczyć, czy Topa ma buty. Znaczy – pewnie aktor Topa kupił frye'e.

Przyszedł klient oglądać biżuterię. Powiedział, że nosił srebro, później złoto i teraz chce wrócić do srebra. Przymierzył, nie kupił, poszedł. Razem z Pawełkiem rozpoznaliśmy w nim funkcjonariusza państwowego. Ja stawiałem na MSW, Pawełek miał podejrzenia, że jakieś służby specjalne.
Patrycja się dziwiła – po czym rozpoznajemy. Pan był ogolony na łyso, w garniturze, płaszczu – to było ok. Buty miały zdarte obcasy. Więc pan nie z biznesu. Gdyby był z biznesu, miałby na tyle dużo par, że nosił by do szewca. Do tego jakoś tak się ruszał, że czuć było szeroko rozumiane MSW.
Kiedyś latem, kiedy do nich przyszedłem palili na schodach sklepu. Zobaczyłem przez okno, że w lombardzie są cywilni policjanci. Pawełek natychmiast się zgodził. Patrycja też się dziwiła po czym poznajemy. Ale jak policjanta po cywilu nie rozpoznać.

Wracając do domu wpadłem na pocztę. Policja ze Świebodzina przysłała pismo, że umarza dochodzenie w sprawie uszkodzenia samochodu Nissan Navara na szkodę firmy Nissan Sales Central & Eastern Europe.
Jestem wielbicielem świebodzińskiej Policji. Są szybcy. Jak się da, to włamywaczy w miesiąc złapią, jak się nie da, to w dwa dni umorzą.
Na poczcie wciąż można kupić kieszonkowe kalendarze ze św. Janem Pawłem II.

3. Korespondowałem na Twitterze z Parlamentem Europejskim. Dało się obejrzeć przemówienie przewodniczącego Tuska, dało przewodniczącego Junckera. Nie dało dyskusji. Parlament tłumaczył, że ma jakieś techniczne problemy.
W końcu ktoś wrzucił na youtube przemówienie Andrzeja Dudy. Niezłe muszę przyznać. Gdybym wiedzę o polityce czerpał z amerykańskich filmów byłbym przekonany, że od jakiegoś czasu nad kandydatem Dudą pracuje grupa mistrzów od retoryki.
Informacje o polityce czerpię z innych źródeł, więc bliższy jestem stwierdzenia, że kandydat Duda to samorodny talent.
Fakty TVN, które oglądałem nie dał piętnaście sekund z przemówienia przewodniczącego Tuska, nie wspomniały o tym Dudy. Było za to o proboszczu, który nazywał wikarego cha. i cha. (cokolwiek by to miało znaczyć).

W „Kropce nad I” redaktor Olejnik rezonowała z profesorem Niesiołoswkim. Wydawało mi się, że jestem na tyle uodporniony, że red. Olejnik nie uda się mnie zniesmaczyć. Myliłem się. I to jest zła informacja.



poniedziałek, 17 listopada 2014

17 listopada 2014


1. Nawet mi się nie chciało włączyć telewizora. Cisza wyborcza to jednak coś idiotycznego.
Przez cały dzień wgapiałem się w Twittera. Z czasem pojawiły się informacje o aktualnych cenach pomidorów i pistacji.
Koło południa pistacje były droższe niż pomidory o mniej-więcej cztery złote. Kolega, którego imienia nie mogę z przyczyn oczywistych wymienić powiedział, że te prognozy nic nie są warte, bo telewizje pierwsze dane miały dostać dopiero po osiemnastej.
Po osiemnastej usłyszałem, że to pomidory są i to o całe osiem złotych.
Do tego targ w Warszawie miał być za dwa tygodnie zamknięty.
Kolega, którego nazwiska nie wymienię był, z którym na ten temat rozmawiałem był tym wynikiem zafascynowany. Kolega ten na co dzień zajmuje się poglądami naszych - jak to mówi kolega Wojciech - bliźnich. Fascynowało go, że społeczeństwo nie ma problemu z nieudaną drugą linią metra, z Pendolino.
No właśnie, bo zanim na dobre wysiadł system komputerowy PKW padł system PKP.
Inauguracja najlepszego interesu ministra Nowaka. No może nie tyle inauguracja interesu, co start przedsprzedaży na ten interes biletów okazał się żywiołową klęską, bo przy okazji rozsypał się cały system sprzedaży biletów PKP.
A miało być tak pięknie.
No więc kolega, którego nazwiska nie wymienię fascynował się tym, że mimo zyliona fuckupów wygrywają pomidory.

2. Zrobiła się afera. PiS odmówił akredytowania Jakuba Sobieniowskiego na swoim wieczorze wyborczym. Jakim by nie był złym człowiekiem Jakub Sobieniowski, nowoczesna demokracja ma inne sposoby na załatwienie takiego probemu. To, że PiS ich nie zna, to jest zła informacja.

Zegar tykał. W końcu pokazał dziewiątą po południu. No i się okazało, że PiStacje wygdały z POmidorami o cztery procent. Pani Premier w niezbyt dobrym przemówieniu ogłosiła sukces swoje ugrupowania. Jakby na to nie patrzeć – to najczęściej przez to ugrupowanie stosowany sposób. Pendolino? Sukces! Autostrady? Sukces! Służba zdrowia? Sukces!

3. Taksówką zamówioną aplikacją MyTaxi pojechaliśmy na plac Zbawiciela do Charlotty. Na wieczór wyborczy 300polityki.
Idąc od dobrych wiadomości, do tych gorszych:
– był to prawdopodobnie najlepszy wieczór wyborczy wieczoru.
– Katarzyna Kolenda dużo lepiej wygląda w rzeczywistości, niż w telewizorze (tak twierdzi Bożena)
– Łukasz Mężyk miał taką samą koszulę jak red. Kuźniar (i to nie jest dobra informacja, bo redaktor Kuźniar to jednak antywzorzec)
– Jakaś para młodych ludzi chciała sobie zrobić zdjęcie pod tęczą. Podeszli, włączyły się zraszacze. Zatrzymała ich poicja.
– Jarosław Jóźwiak
– Młody Śpiewak to dziwna postać. Utrzymywał, że sukces wyborczy da szanse jego ugrupowaniu (z perspektywy kolan) uzyskaniu czegoś u HGW.
Rzeczywistość wyglądała tak, że dyr. Jóźwiak zawsze był po przeciwnej stronie pomieszczenia niź Śpiewak.

wtorek, 14 października 2014

14 października 2014



1. Postanowiłem spać do oporu, bo do drugiej oglądałem trzecią serię „The Wire”. Dlatego pewnie wstałem chwilę po siódmej. Panowie przyjechali w okrojonym składzie. Bez wywrotki marki Scania i jej kierowcy. Wywrotka o ładowności ponoć 15 ton woziła ponoć ton dwadzieścia parę.
Miała niestety problemy z trakcją. Ze dwa razy ledwo się wykopała, rozwalając przy okazji koszony przeze mnie od dobrych ośmiu lat trawnik.
Bez wywrotki pan Janek, wirtuoz koparki musiał sypać obok. Więc zasypywał tym, co wykopał, a że kopał w gruzie – będę musiał kupić nowe noże do kosiarki.

Scania przyjechała. Panowie kierowcę scanii mobingują. Tak naprawdę. Kierowca ponoć całe życie jeździł TIR-ami. Jazda TIR-em generalnie polega na tym, że przyczepiają ci naczepę, a ty jedziesz. Do przodu. Raczej nie cofasz. Wywrotką na budowie wciąż się musi manewrować. Kierowca scanii robi to zbyt wolno. Więc wkurwia całą ekipę, która daje to po sobie poznać. Kierowca scanii ma post TIR-owskie zwyczaje. Poważnie podchodzi do tego okrągłego czegoś, co jest w liczniku prędkości i pisze z jaką prędkością się jechało. No i mówi, że nie może ruszyć, bo ma jeszcze siedem minut przerwy.
Panowie rozpoczęli więc proces minimalizowania szkód, które poczynili. Nawozić ziemię, ubijać, rozsypywać. Wcześniej jednak przekopali się do sąsiadów. Pod murem. I u sąsiadów posadowili ostatnią studzienkę.
Pan Janek, wirtuoz koparki westchnął, że kiedyś to by była wiecha. Kiedyś był dzień budowlańca. A teraz to człowiek ma się cieszyć, że ma pracę.

Później panowie pojechali, żeby coś robić z drogą i się okazało, że porządkami się zajmą dopiero za parę dni. I to jest nie jest dobra informacja, bo przed domem wygląda strasznie.

2. Wziąłem dmuchawę Husqvarny, żeby trochę na betonie posprzątać. Dmuchawa przydała się wcześniej przy wykopaliskach. Wydmuchiwała piasek więc zostawały tylko skorupy.
Z dużym zaangażowaniem zacząłem zdmuchiwać piasek, który nawiozły maszyny. Po chwili okazało się, że zdmuchnięty pył nie opada. I robi się z niego mgła, którą wiatr delikatnie przesuwa w stronę lasu. Wyglądało to pięknie. Minus taki, że trochę pyłu osiadło na Kadetcie Jolki. I wypada, żebym go umył.

Wylazłem na piętro, żeby sfotografować Althamera (strasznie brzydki tryptyk) (choć nazywanie tego tryptykiem jest pewnym nadużyciem, bo to jest jeden obrazek, tylko namalowany na trzech płytach). Usłyszałem, że ktoś jest w pokoju obok. A nikogo tam być nie powinno, bo od paru dni byłem sam w domu.
Okazało się, że to sikorka. Otworzyłem jedno okno – nic, drugie, trzecie. W końcu jakoś wyleciała. To druga sikorka w takiej sytuacji. Poprzednia była dziesięć dni temu. W każdym razie, gdyby nie Althamer Sikorka by pewnie padła z głodu.

3. Gienek podwiózł mnie na stację. Razem czekaliśmy na pociąg. Opowiadał, jak z wojska jeździł do domu. O 19 wsiadał do pociągu w (chyba) Zabrzu. O drugiej w nocy był w Zielonej Górze. Szedł na stopa. W Świebodzinie czekał na autobus, który o piątej wiózł go domu. Gorzej miał, kiedy trafił do Orzysza. Gorzej nie tylko dlatego, że była to kompania karna, ale również, że podróż wtedy trwała 24 godziny. –Najgorsze było, że człowiek zupełnie nie miał pieniędzy. Oszczędzało się, żeby mieć na bułkę. A wtedy w pociągach chodzili ludzie i sprzedawali piwo. A człowiekowi się w środku aż skręcało.

Pociąg spóźnił się dziesięć minut. Kiedy wsiadłem natychmiast pognałem do Warsu i kupiłem sobie dwa żywce.

Jechałem w ostatnim bezprzedziałowym wagonie. Ciekaw jestem co pił człowiek, który nadawał numery miejscom. To musiało być coś więcej niż dwa małe piwa.

Nad moim siedzeniem była naklejka – „Okno bezpieczeństwa” Kilka osób próbowało ją już oderwać. Z marnym skutkiem.

Opóźnienie pociągu uległo zmianie. Wzrosło do dwudziestu minut. Kiedy dotarłem do domu okazało się, ze rozbiłem 30% wiezionych jajek. I to nie jest dobra informacja.
Dobrze, że nie mieszkam z Jarosławem Kuźniarem., bo on ma na jajka jakieś uczulenie.
Choć raczej: dobrze, że nie mieszkam z Jarosławem Kuźniarem, bo ja mam na niego uczulenie.