niedziela, 1 lutego 2026

31 stycznia 2026



1. Jestem chory jak wczoraj, tylko bardziej. I to jest zła informacja.

2. Słuchaliśmy do śniadania Mazurka ze Stanowskim, później odbyliśmy cotygodniową rozmowę o tym, czy Kanał się kończy. Ja uważam, że nie. I czekam na portal.
Później zacząłem słuchać Rokity. I chyba zasnąłem, bo nie do końca zrozumiałem, o co mu chodzi z Mercosur, bo przecież niemożliwe, żeby nie rozumiał, na czym polega bezpieczeństwo żywnościowe.

3. Przyjechał poeta Filas. Poprzednim razem był tu chyba z siedemnaście lat temu. Teraz siedzą z Bożeną i gadają. Nie mogę się skupić na pisaniu.
W Krakowie ponoć zebrali już 20 tysięcy podpisów. Politycy Platformy próbują zniechęcać do wpisywania PESEL-u. Najwyraźniej nieskutecznie.

 

sobota, 31 stycznia 2026

30 stycznia 2026



1. Jestem chory. Nie chce mi się pisać. I to jest zła informacja.

Wystąpiłem rano telefonicznie w radio. Niestety nie pamiętam, co mówiłem. Chyba coś o Radku Sikorskim i Tusku. I chyba też prezydencie Nawrockim. Nie jestem pewien. Pocieszam się myślą, że mam taką chrypę, że nikt mnie nie pozna.

Można odnieść wrażenie, że skończył się lont profesorowi Dębskiemu, gdyż podzielił się na Twitterze historią o byłym dyplomacie, dziś komentatorze. O tym, jak trzyliterkowa służba odradzała jego zatrudnienie. Słyszałem wcześniej coś podobnego. Dyplomaci plotkują. Może się to brać z tego, że mają do siebie nawzajem zaufanie, a jak kogoś widzą często, to zaczynają go traktować jak swojego. Stąd moja zadziwiająco duża znajomość historii z Gmachu, jak wtajemniczeni nazywają gmach przy Szucha.

Nie byłbym sobą, gdybym teraz nie napisał, że podczas pierwszego chyba spotkania z Protokołem Dyplomatycznym usłyszałem, że jeden z przywódców azjatyckich państw posrał się w limuzynie. W imię racji stanu nie napiszę, co to za kraj.

2. Dawid Serafin napisał w Interii tekst o tym, jak krakowska Platforma chce rozwiązać problem referendum. Najważniejsze w tekście chyba jest to, że szukają kandydata do wystawienia we wcześniejszych wyborach.
Niezależnie od tego mają drukować gazetki o sukcesach Miszalskiego i realizować przećwiczony we Wrocławiu program straszenia ludzi przed wpisywaniem na listy PESEL-u. Zabierz Babci Dowód 2.0.
Gazetki za więcej pieniędzy niż wozy strażackie, więc jak rozumiem niezależna prokuratura pochyli się nad wykorzystywaniem publicznych funduszy dla osobistej korzyści.

3. U pana Kożuszka, w sondzie ulicznej pojawił się mój dentysta. Przypomniałem sobie, że od pół roku do niego idę.
Poszliśmy z pieskiem do lasu. Myślałem, że mi od tego przejdzie. Nie przeszło.

W „Trzech Panach K.” padło moje nazwisko. I sugestia, że mam brodę jak Kacper Kita. Tymczasem, już od dłuższego czasu nie.
Choć ostatnio jak znalazłem zdjęcie z prezentacji F35 w Dęblinie – dawno to było temu – pomyślałem, że wyglądam na nim, jakbym był zaginionym Kity krewnym.




 

piątek, 30 stycznia 2026

29 stycznia 2026



1. Przyglądałem się przez chwilę procesowi zbierania podpisów referendalnych w Hucie. Poziom irytacji obywateli przebija ten, który pamiętam z 2015 roku. Ktoś powinien pisać już doktorat o fenomenie, jakim jest Aleksander Miszalski. Człowiek, wydawałoby się, bez właściwości, ale z niebywałym talentem do – nie bójmy się tego słowa – wkurwiania spokojnych zwykle ludzi.
Miszalski to taki miły, niezbyt mądry chłopak, któremu zrobiono wielką krzywdę robiąc z niego prezydenta tego akurat miasta. Kraków, mimo miliona mieszkańców, wciąż jest prowincjonalnym miasteczkiem, gdzie na przykład trudno zachować anonimowość. Jako człowiek, który za kołnierz nie wylewa, zwłaszcza w Krakowie, w którym trzydzieści lat temu nie wylewałem z jeszcze większym zaangażowaniem, nasłuchałem się przez ostatni rok o tym, co, gdzie i z kim pan Aleksander nocami pija i jakie tego bywają efekty. W Warszawie politycy tak nie robią. Chyba że są senatorem Lewicy ze Śląska.
Oczywiście wszyscy się mogą mylić i to nie pan Aleksander imprezuje, tylko jego sobowtór. A właściwy pan Aleksander nocami odpoczywa, by mieć siły na pracę dla obywateli miasta.

2. Zadzwoniono do mnie z radia. Gdy już postanowiłem przerwać wymianę uprzejmości i wywarłem presję, by usłyszeć, w jakiej sprawie jest ten telefon, dowiedziałem się, że potrzebny jest ktoś, kto coś powie o Auschwitz. Odmówiłem, gdyż o Auschwitz nie mam nic konkretnego do powiedzenia, a podejrzeniami, że wydarzyło się tam coś innego niż słyszałem w komentarzach nie będę się dzielił, bo nawet nie mam ich jak rzetelnie zweryfikować. Wszyscy mają jakieś interesy.

3. Wracałem długo, gdyż w Katowicach był korek. Do tego postanowiłem wejść do apteki w sklepie pod Wrocławiem. Zaparkowałem pod ziemią. Jak się okazało, po zupełnie przeciwnej stronie. Musiałem więc przejść przez cały sklep, co chwilę mi zajęło.

Za to miałem czas na to, by wysłuchać ostatniego pana Kożuszka zza szafy. I muszę przyznać, że bardzo to jest dobre. Jeżeli ktoś ma irracjonalną potrzebę słuchania o Trumpie, niech słucha pana Kożuszka, gdyż pan Kożuszek o Trumpie mówi w najrozsądniejszy sposób. Najrozsądniejszy ze wszystkich sposobów z jakimi miałem do czynienia.


 

czwartek, 29 stycznia 2026

28 stycznia 2026


 

1. Pan Kożuszek się oburzył, że kiedy już zrobi „Burzę” to nie mam czasu jej od razu obejrzeć. Jest w tym jakiś sens. Według rzeczonego sensu świat cały powinien się wokół pana Kożuszka kręcić. I tak, w głowie pana Kożuszka jest.
Moja ś.p. babcia, by zaliczyć coś, co się wtedy nazywało liternictwo, zaprojektowała tomik wierszy swojego kolegi holokaustowego ocaleńca. Jeden z wierszy brzmiał mniej więcej tak:
Umrę i nigdy się nie dowiem,
czy świat będzie istniał beze mnie.
Podejrzewam, że w przypadku pana Kożuszka nie ma żadnych wątpliwości.

W każdym razie „Codziennie Burzy” słuchałem wędrując z pieskiem wzdłuż Rudawy. Doszliśmy na wysokość Mydlnik. W jedną stronę szliśmy ulicą ministra Becka. Można odnieść wrażenie, że wytyczali ją zwolennicy Studnickiego. Wytyczali, a teraz dbają o jej dobrostan.

2. Byliśmy z pieskiem u państwa behawiorystów. Spóźniliśmy, gdyż najpierw był korek, a potem problem z najdroższym chyba w Polsce parkowaniem. Mieliśmy lekcję zachowań spacerowych. W parku Krakowskim, który zdecydowanie w mojej świadomości, w ciągu ćwierćwiecza zmalał. Piesek podczas lekcji zachowywał się modelowo, ale nie ma się czemu dziwić, gdyż piesek jest ogólnie wspaniały. Chyba, że jest ten moment, kiedy nie jest.

Później przez chwilę miałem plan, by przez moment jechać pod prąd Garncarską. Plan spalił na panewce, gdyż w ostatniej chwili zobaczyłem znak zakaz wjazdu.
Później szukałem stacji z LPG. Znalazłem taką w Mydlnikach. Albo obok. Pan pompiarz stwierdził, że widzi pierwsze A8 z przyłączem LPG w zderzaku. Cóż, zawsze mudi być pierwszy raz.

3. Profesor Kloc był łaskaw stwierdzić, że określenie „mój były nowy szef” jest niejasne. Wyjaśniam więc: to był mój nowy szef, ale przestał być moim szefem. Mam nadzieję, że teraz będzie to jasne.

środa, 28 stycznia 2026

27 stycznia 2026



1. Był pan Kożuszek z „Codziennie Burzą”, a ja nie miałem czasu obejrzeć, gdyż najpierw wstawałem, później jadłem śniadanie, później spacerowałem z pieskiem, a później pojechałem do miasta.
Pod Magistratem była konferencja komitetu, który zaczyna zbierać podpisy pod referendum, które ma odwołać prezydenta Krakowa (tego od podrygiwania na dachu). Był tam mój były nowy szef, który jest teraz gwiazdą telewizji na literkę R. Chciałem go wyciągnąć do Zwisu. Niestety, Zwis zamknięty (coś jest nie tak z tym miastem). Wylądowaliśmy w Noworolu. Zjedliśmy po najdroższej na świecie szarlotce obserwując niezbyt tętniący życiem Rynek. Potem odprowadziłem mojego byłego nowego szefa do samochodu, za którego zaparkowanie zapłacił pięćdziesiąt złotych. Można odnieść wrażenie, że ceny parkowania w Krakowie to efekt działania lobby taksówkarskiego. Bo taniej jeździć taksówką, niż zaparkować w mieście auto.
W aptece przy Grodzkiej można kupić model kręgosłupa. Chodziło mi po głowie, żeby kupić i dać komuś w prezencie. Kręgosłup w polskiej polityce bywa towarem deficytowym.

2. Poszliśmy z pieskiem w górę Rudawy. Za drugim z kolei mostem piesek zaczął się zachowywać dziwnie. Nic w sumie dziwnego, gdyż spomiędzy domów wychynęła wataha dzików. Piesek jakby się szaleju najadł. Jakoś udało mi się go uspokoić. Problem się niestety się pogłębił, gdyż dziki, zamiast iść swoją drogą, postanowiły pójść w naszą stronę. Wycofywaliśmy się rakiem. Tak naprawdę, to wlokłem pieska, który wcale się nie chciał wycofywać. Dziki szły naszym śladem. Najbardziej wysunięty, jakieś dwa metry od nas. Trwało to wszystko dobry kwadrans.
Ciekawe doświadczenie. Przyjeżdża człowiek z wsi do drugiego co do wielkości miasta w Polsce i jest napastowany przez dzikie zwierzęta. U nas dziki na widok człowieka biorą nogi za pas.

3. Cały dzień się nosiłem z chęcią skomentowania działań komunikacyjnych niemiłosiernie nam panującej władzy. Ale jest pierwsza w nocy i chyba wolę iść spać. Albo obejrzeć zaległego pana Kożuszka.


 

wtorek, 27 stycznia 2026

26 stycznia 2026


1. No i było tak, jak zapowiadało RCB. Padał deszcz i był mróz. Rano wszystkie gałęzie były w lodowych ubrankach. Później padał deszcz, ale nie było mrozu. Lód więc znikał. Było jednak niemożebnie ślisko. Ani pies, ani koty nie pchały się jakoś specjalnie na zewnątrz.

2. Ruszyliśmy z pieskiem do Krakowa. Najpierw było słabo, bo mgła. Za Zieloną Górą mgłę rozwiało, choć raczej się chyba mówi, że opadła. Nieszczęsny odcinek z Legnicy do Wrocławia przeszedł bez problemów. Swoją drogą, jak Niemcy mogli zbudować autostradę bez poboczy? Tacy niby są technicznie inteligentni. Jadący w przeciwną stronę mieli gorzej. Ktoś na kogoś wpadł i korek miał ze dwadzieścia kilometrów.
Mgła zaatakowała za Katowicami. Radykalnie zaatakowała. Przez chwilę było widać na jakieś dziesięć metrów. Ataki powtarzała kilkakrotnie. W okolicy Balic, przez chwilę naprawdę nic nie było widać.
Stanąłem przy Lidlu w Chełmie (chyba tak się to miejsce nazywa), by kupić piwo. Pan w Lidlu postanowił zażartować, że bez okazania dowodu nie odblokuje kasy. Nie wymyśliłem żadnej ciętej riposty. I to jest zła informacja.

3. Zapomniałem, że mgła może mieć zapach. Choć w tym przypadku słowo zapach nie oddaje zasadniczo sensu. Chodzi o to, że mgła w Krakowie śmierdzi w nieokreślony sposób. No i nie jest to zdecydowanie smród pochodzenia motoryzacyjnego.


 

poniedziałek, 26 stycznia 2026

25 stycznia 2026



1. Trzeci dzień oglądałem ostatni odcinek „Trzech Panów K.” Przez pierwsze dwa wyprowadzał mnie z równowagi Kacper Kita. Wydawało mi się, że poza – excusez les mots – gówniarskim nieco dopieprzaniem się do współuczestników dyskusji nic specjalnego nie wnosił. Dziś powiedział dwa zdania, które uzasadniły jego udział.

Byliśmy na spacerze z pieskiem w lesie, z którego wyszliśmy na chwilę na pola. No i na polach bawiło stado koziołków, czy jak się tam sarny z rogami nazywają. Piesek, jak stado zobaczył, z ekscytacji o mało jajka nie zniósł. Nie próbował mi urwać ręki, co mu się chwali.

2. Odwieźliśmy Tośkę do Świebodzina na pociąg. Wielosezonowe opony na rynek australijski budzą we mnie pokorę wobec warunków atmosferycznych. RCB ostrzegało przed marznącym deszczem, jechałem więc z prędkością dobrze rozpędzonego roweru. Na stacji automat poinformował, że po torze pierwszym przejedzie pociąg bez zatrzymania, żeby zachować ostrożność i odsunąć się od torów. Pociąg tak długo nie nadjeżdżał, że zacząłem podejrzewać, że to pociąg niewidzialny. W końcu pojawiły się światła i rycząca syrena. Bardzo rycząca. Bardziej niż w takich sytuacjach zwykle. Zacząłem się zastanawiać o co chodzi, gdy z ciemności wychynęła drezyna, czy jak się nazywa takie niewielkie coś z paką i małym dźwigiem.
Berlin–Warszawa Express przyjechał o czasie. Odjechałby też o czasie, gdyby nie jakaś pani, która w ostatniej chwili wybiegła z podziemnego przejścia. Przez to pociąg odjechał z piętnastosekundowym opóźnieniem, które pewnie uległo zmianie.

3. Wieczorem obejrzeliśmy drugi odcinek, drugiej serii „Hijack”. Jest wyraźnie głupsza niż pierwsza seria. I to jest zła informacja. Może dlatego, że dzieje się w Niemczech, a tam zbyt mądrze być raczej nie może.



 

niedziela, 25 stycznia 2026

24 stycznia 2026



1. Nie wyspałem się, gdyż spałem za krótko. Jest w tym jakaś logika.
Pojechaliśmy do miasta. Zasadniczo żeby kupić większy kaganiec. O dziwo, udało nam się to zrobić. Za to w Lidlu nie było buraków. Za to było dużo ludzi. Zatankowałem na nowej stacji, którą otwarto koło McDonaldsa. Benzyna 98 poniżej sześciu złotych. Zadziwiające, że nie było widać żadnego posła Koalicji, który robi sobie selfie z cenami w tle.
Listonosz przyniósł „Poradnik bezpieczeństwa”. Zostawiam go sobie na później.

2. Odbyliśmy z pieskiem długi spacer z Ołoboku za Rokitnicę. Pieskowi się należało, gdyż ostatnio przemieszczał się samochodem. Za Ołobokiem piesek postanowił zwiedzić jaz. Większy niż te, które oglądaliśmy ostatnio. Później spacer był nieco męczący, gdyż droga była jak lodowisko. Z Bożą pomocą udało się nam nie wybić sobie zębów. Wolałem zimę w wersji bielszej.

3. Skończyliśmy „Landmana”. I to jest zła informacja. Na pocieszenie dostaliśmy zapowiedź nowego serialu z uniwersum „Yellowstone” i trzeciej serii „Lioness”.
W ostatnim odcinku „Landmana” najbardziej chyba podobała mi się scena dyskusji w gabinecie szefa lokalnej policji. Składający rezygnację prawnik, którego wcześniej wszyscy mieli za leszcza też był niezły. Podobnie boska odpowiedź na jęki bohatera.
Czekam na następny sezon. (Ponoć w tym znaczeniu „sezon” nie jest po polsku). Chcę się dowiedzieć, czy dowiercą się gazu w zatoce.


 

sobota, 24 stycznia 2026

23 stycznia 2026



1. Warszawa obudziła mnie śmieciarką.
Poszedłem zrobić sobie badania krwi. Te, które miałem zrobić miesiąc temu. Przy ulicy Widok. Kiedy wychodziłem z przejścia podziemnego koło Rotundy, przypomniał mi się tekst o eksplozji gazu. I o tym, co szyby robiły z przechodniami. Postanowiłem być jak najkrócej w ewentualnym zasięgu.

Wróciłem przez pocztę, gdzie odbierałem list polecony. Na poczcie niby nie było kolejki, ale za to czynne było tylko jedno okienko. Postałem więc na tyle długo, by przeanalizować ofertę tytułów prasowych. Uwagę moją zwróciło „Rolnicze ABC”. Jedynym miejscem, gdzie widuję ten tytuł, jest poczta w samym właściwie centrum Warszawy. Ciekawe, czym kierował się ktoś, kto planował tzw. nadziały. Zakładał, że rolnicze protesty przeciwko umowie Mercosur będą tak długotrwałe, że rolnicy będą chodzić na pocztę, by wysyłać listy do domów?
Wyleczyłem się z krzywienia się na kolejki na Poczcie. Konkurencyjne firmy nie zatrudniają pracowników na etaty. Właściwie to w ogóle ich nie zatrudniają. Mają podwykonawców, których pracownicy albo są na śmieciówkach, albo na czarno.

2. Wpadłem na prominentnego menedżera telewizji na R. Zapytałem, jak to jest, że nie ma „Codziennie Burzy”. Odpowiedział, że nie mają żadnego wpływu na pana Kożuszka. Pracuje kiedy chce. W sumie, to go rozumiem. Choć tego nie pochwalam.
Byłem w Sejmie. Było zadziwiająco spokojnie. Byłem wcześniej w innym konstytucyjnym organie. Tam spokoju nie ma. Członkowie tłuką się za pomocą mediów. I w społecznościowych, i w klasycznych. Byłem na kawie z człowiekiem, który wracał właśnie z Davos. Nie rozdawali czapek.
Z pieskiem byliśmy w sklepie Faster Dog. Piesek został tam bardzo dobrze przyjęty. Ale generalnie muszę przyznać, że Warszawa pieskowi nie sprzyja. Na chodnikach, na których leżą zmrożone zaspy, nie ma się jak obrócić.
Wróciliśmy więc na wieś. Na wsi piesek ma więcej sensu.

3. Mój wczorajszy tweet o skeczu „wicedyrektor departamentu” wzbudził dyskusję, z której wynika taka konstatacja. Otóż, żeby zrozumieć w pełni rzeczony skecz, trzeba mieć doświadczenie pracy w administracji centralnej, gdyż ten skecz nie mówi o politykach. Mówi o urzędnikach, a – wbrew pozorom – to bardzo duża różnica.


 

piątek, 23 stycznia 2026

22 stycznia 2026



1. Kraków jest dotkliwy. Za parkowanie auta pod behawiorystami zapłaciłem Miastu 30 złotych. I to nie jest Miasta ostatnie słowo, gdyż parkowanie za chwilę drożeje. I będzie płatne też w niedziele.

„Il faut étudier dans ses détails l'histoire administrative et financière de l'ancien régime pour comprendre à quelles pratiques violentes ou déshonnêtes le besoin d'argent peut réduire un gouvernement doux, mais sans publicité et sans contrôle, une fois que le temps a consacré son pouvoir et l'a délivré de la peur des révolutions, cette dernière sauvegarde des peuples.”

Nic dziwnego, że parafraza jest łatwiejsza: „Nawet łagodny rząd, gdy brakuje mu pieniędzy, ucieka się do brutalnych praktyk”.
Niechęć do miejskiej władzy jest wśród mieszkańców tak popularna, że nie trzeba ich jakoś specjalnie zachęcać do się nią dzielenia. Człowiek, przy okazji rozmowy o zupełnie prozaicznych sprawach, przeszedł do Strefy Czystego Transportu. Otóż miał Forestera (miłość do Subaru powinna być jednostką chorobową uprawniającą przynajmniej do darmowego parkowania). I to był świetny Forester. Mało palił i w ogóle. Niestety po rozwodzie zostawił auto żonie. Chciał sobie kupić takie samo. Nie może. Trzeba wyprodukowane po 2006. Problem polega na tym, że po 2006 takich fajnych już nie robili. A przecież realna różnica w tym, jak duże zanieczyszczenie powietrza produkuje auta z 1998 i 2006 roku jest niezbyt wielka.
Słuchając ludzi i oglądając internetowe komentarze, Aleksander Miszalski jest na etapie Bronisława Komorowskiego po powrocie, mój szogunie, z Japonii.

2. Behawioryści w liczbie trojga. Бог троицу любит. Był młody, tatuowany człowiek, który chyba miał dwa ałabaje, pani i człowiek o imieniu Kirył, który w związku ze swoim krzywym polskim wyglądał na największego specjalistę. Piesek zachowuje się logicznie, właściciele są popierdoleni. A poważnie: interesująca rozmowa z ludźmi, którzy mają doświadczenie z psami tej rasy. Doświadczenia – można odnieść wrażenie – bardziej nawet dotkliwe, niż te nasze. I przy tym tłumaczący, że problemy da się rozwiązać. Innymi słowy 30 zł na parking było dobrze wydane.

3. Państwo Polskie zbudowało drogę z Krakowa do Warszawy. Aż trudno uwierzyć. Pierwszy raz jechałem.
Po drodze wysłuchałem konferencji prezydenta Nawrockiego. Prasowej konferencji. W Davos.
Głowa Państwa przypomniał skecz Manna i Materny „Wicedyrektor Departamentu”.
A to bardzo dla mnie ważny jest utwór. W 2015 roku, w Spale. We wrześniu, konkretnie 11 września, mój z większym pałacowym doświadczeniem, młodszy kolega zasugerował, że gdy obejrzę ten skecz, zrozumiem jak działa w Polsce administracja. Miał rację.

Wieczorem, chodziliśmy z pieskiem po Polu Mokotowskim. Mój brat uważa, że powinno się nazywać Dworze Mokotowskie, ale mało kto ten naprawdę błyskotliwy dowcip rozumie.

 

czwartek, 22 stycznia 2026

21 stycznia 2026


1. Znowu nie było pana Kożuszka. Obejrzeliśmy więc Mazurka o pośle Szejnie. Postkomunistyczna lewica potrafi być obrzydliwa i nic sobie z tego nie robić. Ciekawe, jak sobie z tym radzą panie, które w dorosłość wchodziły bliżej XXI wieku. Specyficzny rodzaj egzaltacji, który większość z nich prezentuje, musi to jakoś ułatwiać.


2. Pojechaliśmy pieskiem do Krakowa. To druga tak długa podróż pieska w jego życiu. A4 była łaskawa, tym razem udało się przejechać trasę bez korków. Piesek zwiedził MOP na górze św. Anny. Bardzo mu się podobało. Zwłaszcza torba z resztkami z KFC, którą znalazł w krzakach.
W mieście, jak na razie, zachowuje się bardzo grzecznie. Tymczasem miasto zieje niechęcią do swojego prezydenta. Aleksandrowi Miszalskiemu udało się zbudować bardzo szeroką koalicję ludzi, którzy najchętniej wywieźliby go z Magistratu na taczkach.
Mariusz Pilis, postać znana, twórca „Buntu Stadionów” i „Listu z Polski”, zrobił o Miszalskim film na – przepraszam za wyrażenie – kanwie książki Gajcego i Muchy o krakowskich wyborach samorządowych. https://youtu.be/A8zapuL0L0Q?si=IUsxDEjlsUTrnxnl

Igor Zalewski opowiedział w „Zero”, że Tusk ma bronić Klicha jak niepodległości. Tymczasem w Krakowie mówią, że Platforma postanowiła nie bronić Miszalskiego w sytuacji referendum i właśnie Klicha wystawić w wyborach na prezydenta miasta. Prawda jest taka, że w wyborach do Senatu, Klich uzyskiwał całkiem niezłe wyniki, a przy ujemnej długości platformerskiej ławki w Krakowie, może być najlepszym kandydatem.
Na razie można odnieść wrażenie, że cały Urząd Miasta z Miszalskim na czele pracują nad Miszalskiego odwołaniem. Żeby wjechać do miasta, musiałem zapłacić za wjazd do Strefy Czystego Transportu. Jakiś mistrz komunikacji napisał na stronie SCT, że powinienem zapłacić tydzień wcześniej, bo jak się nie zaksięguje, to wjadę nielegalnie, a księgować się może długo. Zaksięgowało się momentalnie, ale krwi mi ten komunikat trochę zepsuł.

3. Profesor Kloc zacytował na Twitterze Giedroycia: „największym wrogiem Ziem Odzyskanych nie jest rewizjonizm niemiecki, ale zbrodnicze zaniedbanie tych Ziem, które dziś (1957) są większą pustynią, niż były w 1946.”
Profesor Żerko skomentował, że Giedroyc pojęcia nie miał o realiach Ziem Odzyskanych. Profesor Żerko, człowiek ze Szczecinka (przed 1945 Neustettin), o realiach Ziem Odzyskanych musi mieć pojęcie. Ale na przykład ja, człowiek, który na Ziemie Odzyskane trafił pierwszy raz w połowie lat osiemdziesiątych i od tego czasu obserwuje, jak się zmieniają, zgadzam się z Giedroyciem. I uważam, że zaniedbywanie tych ziem skończyło się dopiero z sześćdziesiąt lat po słowach księcia redaktora.

Ostatni piękny przykład zaniedbywania, był kiedy ogłaszano otwarcie A2. Napisy, że z Warszawy można autostradą do Lizbony. Ale nie w Lubuskie, gdyż nie zrobiono zjazdu.
Ile wtedy ludzi, właściwie z dnia na dzień straciło pracę przy obsłudze podróżujących. Ale co tam, ważne, że z Warszawy do Lizbony autostradą. Albo przerzucenie przez Donalda Tuska finansowania z S3 na obwodnicę Warszawy, wtedy kiedy ratował przed referendum HGW.
Szkoda gadać.


 

środa, 21 stycznia 2026

20 stycznia 2025




1. Nie było pana Kożuszka w postaci „Codziennie Burzy”. Śniadanie było więc takie, na jakie miałem nadzieję. Posłuchaliśmy w „Zero” Jana Rokity, który zajmował się PiS-owskim raportem na temat przyszłości UE. Powinienem jeszcze raz posłuchać, bo zazgrzytała mi myśl pana Jana. Otóż mówił, że nie możemy się zgadzać na Europę wielu prędkości, bo wtedy stracimy wpływ na europejską politykę. Aż się chce zapytać: A jaki teraz mamy na nią wpływ?


2. Byłem z Lawiną na geometrii. Sympatyczny młody człowiek, u którego piesek budził pewien niepokój, powiedział, że mam za bardzo obniżone przednie zawieszenie i przy pełnym skręcie koła mogą się niedobrze zachowywać. Wszystko przez poprzedniego właściciela Lawiny, który postanowił ją podnieść. Całkowicie bez sensu, gdyż jest to wersja Z66, czyli zdecydowanie szosowa, do tego z napędem wyłącznie na tył. Podniósł tę Lawinę używając kowalskich metod. Jak po nim sprzątałem, powiedziałem, żeby obniżyli ile się da. I – jak widać – da się obniżyć za dużo. Generalnie nienawidzę tuningu. Poza fabrycznym.
Później pojechaliśmy wymienić zbiornik. Odkręcenie czterech śrub, dwóch przewodów gazowych i jednej wtyczki od elektrozaworu zajęło zamiast jednej godziny, godzin cztery. Ostatnio zawsze tak jest. Przewody gazowe nie dały się odkręcić, śruby mocujące też nie za bardzo, później się okazało, że mocowania w nowym zbiorniku są nieco przesunięte względem tych ze starego zbiornika, trzeba więc je było rozwiercać. Ważne, że nowy udało się powiesić, a przewody gazowe podłączyć na tyle szczelnie, że po zatankowaniu gazu nie eksplodowałem.

3. Michał Szułdrzyński, człowiek znany, choć niekoniecznie z talentu do opowiadania dowcipów, na Twitterze, komentując informację, że prezydent weźmie udział w wydawanej przez Katarczyków recepcji, napisał: „PKN weźmie udział w przyjęciu czy będzie stał na recepcji?”
Podejrzewam, że bardzo go pomysł na ten tweet ucieszył. Wiecie, he, he, na recepcji, he, he, w hotelu, he, he, jak na bramce, he, he, bramkarz, he, he, bokser, he, he.
Co to się z ludźmi dzieje…
Swoją drogą, kolega Przydacz, który uwielbia używać słowa z dyplomatycznej staro-nowomowy, mógłby już z tego uwielbienia wyrosnąć. Gdyby powiedział, że prezydent weźmie udział w przyjęciu, nic by się przecież złego nie stało.



 

wtorek, 20 stycznia 2026

19 stycznia 2026


1. Obudziło mnie słońce, gdyż poranek był mroźny i słoneczny. Znaczy, nie tak mroźny, jak w reszcie Polski, ale na tyle mroźny, że trzeba było skrobać szybę w aucie. Znaczy, nie było trzeba, bo znalazłem odmrażacz do szyb, ale gdybym odmrażacza nie znalazł, to bym musiał skrobać.

Przyjechałem do pana mechanika. Przyjął mnie jego syn i poprosił, bym chwilę poczekał. Chwilę poczekałem. Pojawił się pan mechanik we własnej osobie. Kupił w Bricomarche pellet, który już w zasobniku pieca okazał się tak mokry, iż nie dość, że się nie palił, to zatkał piec. Zatkany piec nie grzeje, więc w hali jest zimno, więc się nie da robić, więc powinienem przyjechać później. Wieczorem się okazało, że później to będzie jutro. Ostatnio tak się zawsze składa, że jak jadę do pana mechanika, to się pojawiają jakieś komplikacje. I rzeczy, które powinny trwać godzinę, trwają tydzień. Jadę wymienić zbiornik gazu. Zrobiłbym to sam, gdybym miał podnośnik. Albo kanał. Mam nadzieję, że tym razem mokry pellet z Bricomarche wyczerpał limit pecha.

2. Wracając od pana mechanika słuchałem, jak w Zero Igor Zalewski szydzi z Szymona Hołowni. Oczywiście szydera polityczna zawsze na propsie, ale gdybym się zawodowo zajmował komentowaniem wszystkiego, co mi przed nos wpadnie i wpadł na pomysł, żeby komentować Hołownię i próbę przejęcia PL2050, chyba bym sobie szyderę odpuścił.
Raczej bym zaczął sączyć widzo-słuchaczom opowieść o tym, że Szymon Hołownia uratował Polskę przed dużo większym niż ten permanentny kryzysem konstytucyjnym. Że zrobił to wykazując się rzadko spotykaną w polskiej polityce odwagą, gdyż postawił się Donaldowi Tuskowi narażając się na rzadkich rozmiarów ataki wyprowadzone przez szeroko rozumianych Silnych Razem, wspieranych przez zaangażowanych dziennikarzy.
Decydując się na to, wykazał się Hołownia rzadko spotykanym kręgosłupem.
Skoro to zrobił, musiał to robić z pełnym przekonaniem. I świadomością, że Donald Tusk czyni źle. Dziś, w sytuacji, kiedy jego partię może przejąć pani Hennig-Kloska, a to skończyłoby się realnie przejęciem jej przez Donalda Tuska, Szymon Hołownia postanowił to zablokować, bo wie, że Donald Tusk czyni źle i uczciwy człowiek, za jakiego się Szymon Hołownia ma, nie może mu tego ułatwiać, bo to byłby grzech.
Wydaje mi się, że taka opowieść byłaby ciekawsza, niż przypominanie wyniku Hołowni w wyborach prezydenckich (zapomniałem wspomnieć wyżej o Końskich, bez Szymona wszystko byłoby inaczej), czy powtarzanie smętnych plotek, że Hołownia z Pełczyńską-Nałęcz nie chcą pozwolić, by ktoś inny miał dostęp do finansów partii.

3. Odwiedziła nas pani behawiorystka.
Behawiorysta – upraszczając – to taki ktoś, kto sugeruje, że twój pies jest normalny, a to ty jesteś excusez le mot popierdolony. I kasuje za to grube pieniądze.

Wieczorem zadzwonił sąsiad Tomek. Powiedział, żeby szybko wyjść przed dom, bo zorza. No i była. Kiedyś, żeby taką zobaczyć, trzeba było jechać daleko na północ. A teraz wystarczy wyjść z domu.
Swoją drogą, w rzeczywistości nie wyglądała tak bardzo, jak na zdjęciach. Aparat w telefonie najwyraźniej widzi więcej.



 

niedziela, 18 stycznia 2026

18 stycznia 2025



1. Pojawiła się sugestia, jakobym nic nie wiedział o Podkarpaciu. Jest ona nieuprawniona. Wiem na przykład, że synem podkarpackiej ziemi jest Paweł Kowal. Mamy też na lodówce w Warszawie magnes z napisem „I Rzeszów”, który jest dowodem, że w Rzeszowie byłem. A byłem nawet kilka razy. W Rzeszowie, z naciskiem na Jasionkę.
Pojawiły się też głosy, że druga seria „Landmana” nie jest arcydziełem. Nie zgadzam się z nimi całym sobą. Może łatwiej jest docenić „Landmana”, gdy spędziło się parę dni w Teksasie. I widziało się ten kawałek Luizjany, gdzie kopią gaz.
Milionerzy z Teksasu nie mają zazwyczaj zbyt długiego doświadczenia w byciu milionerami, zachowują się więc często w sposób, który nie pasuje do naszych wyobrażeń tego, jak się powinni milionerzy zachowywać. Być może dlatego są niestety tacy widzowie, których „Landman” nie przekonuje.

2. Fotowoltaika wyprodukowała dziś więcej prądu, niż przez wszystkie dni od początku miesiąca. Nic dziwnego, skoro panele zasypał śnieg, a potem, kiedy śnieg stopniał, nie było słońca. Mieliśmy z sąsiadem Tomkiem sprawdzić, czy da się panele odśnieżać dronem. Niestety nie wyszło.

Spacerowaliśmy przez pola. Kałuże, na których samochód połamał lód, w ciągu kilkunastu minut pokrywały się znowu cieniutką warstwą lodu, choć nie było jakoś specjalnie zimno.
Od tygodnia używam nowoczesnej wersji gumofilców. Jestem zachwycony, gdyż nie przemakają i jest w nich ciepło. Są za to podobnie brzydkie jak oryginał. Z tym że oryginał wszedł już do klasyki.

3. Obejrzeliśmy kolejne odcinki „The Night Manager”. W pierwszej serii zachowano ślady smaku Johna Le Carré. Druga seria jest ich pozbawiona. A wieczorem „Agatha Christie's Seven Dials”. Choć w tym drugim przypadku trudno mówić o tym, że obejrzałem, gdyż mam wrażenie, że większość przespałem. I drugie wrażenie, że niewiele w związku z tym straciłem.
Ostatnio się kładę spać koło trzeciej, więc nie śpię zbyt długo.
Złą informacją jest, że jutro powinienem być koło ósmej u mechanika. Życie jest takie skomplikowane.






 

17 stycznia 2026



1. Postanowiłem pojechać z pieskiem w zupełnie inne niż zwykle miejsce. Skręciłem z asfaltu w las, żeby nie porzucać pojazdu na drodze. Akurat składowano tam drzewo po wycince, więc maszyny pokiereszowały drogę. Postanowiłem przed zaparkowaniem zawrócić. Zawracając wpadłem w koleiny w tak bardzo, że się nie mogłem wykopać. Nie mogąc się wykopać, zakopałem się jeszcze bardziej. Tak że nie mogłem już założyć łańcuchów.
Wezwałem pomoc sąsiedzką. Sąsiada Tomka Białorus nie był na tyle sprawny, by wyjechać na publiczną drogę. Sąsiad Tomek zadzwonił do sąsiada Kuby, który ma ciągnik. Wiem, że jest nowy i niebieski. W międzyczasie przyjechała Bożena ze szpadlem. Szpadlem udało się koleiny naruszyć na tyle, że się wykopałem. Nie mogłem odwołać sąsiada Kuby, bo nie odbierał. Przyjechał więc na miejsce, by mi pogratulować sukcesu.
Wniosek z tego jest taki, że dobrzy ludzie zwiększają margines bezpieczeństwa, jest więc jakaś szansa, by się wykaraskać, kiedy się robi głupoty. No i drugi wniosek: należy wozić szpadel.

Najwięcej na wszystkim stracił piesek. Zamiast spacerować za dnia po lesie, spacerował po ciemku po polach. Po ciemku, bo oświetlenie masztu, tego, co go postawili, by mierzył prędkość wiatru, nie działało. Maszt ma sto metrów wysokości. Oświetlenie włącza się, kiedy chce. Czyli grubo po zmroku. I co? I nic.

2. Wykopując auto, a później podróżując z pieskiem, słuchałem oceny debaty w „Zero”. Nie było to porywające. Po pierwsze: coś nie tak było ze sposobem naliczania punktów. Po drugie: męczący się staje chów wsobny Kanału. Wolałbym być zaskoczony składem oceniających ekspertów. Po trzecie: jeżeli ważne pytanie o obowiązkowy pobór zadaje generał Andrzejczak i na to pytanie większość uczestników debaty bredzi duby smalone, rozsądnie by było, żeby generał Andrzejczak się do tych odpowiedzi odniósł, bo skąd biedni ludzie mają wiedzieć, że to są duby smalone, skoro nikt im nie wyjaśni, dlaczego przywrócenie poboru jest koniecznością, bo koniecznością jest.

Skoro chcemy, żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej, powinniśmy wymagać od polityków, by mówili rzeczy, które nie muszą się podobać nieogarniętym wyborcom.

3. Obejrzeliśmy „The Night Manager”. Pierwsza seria jak cię mogę. Druga (po pierwszym odcinku) przekombinowana. Willa na Majorce – bardzo ładny fort – grała już w jakimś filmie.

W przyszłym tygodniu chyba skończy się „Landman”. Ciężko będzie żyć, bo to chyba najlepsze, co ostatnio oglądamy. Przeczytałbym wywiad z Taylorem Sheridanem. Mam wrażenie, że ma ci on jakąś cegiełkę w zwycięstwie Trumpa.



 

sobota, 17 stycznia 2026

16 stycznia 2026



1. Wracając do historii o anomalii pogodowej wokół Skierniewic: można by wysnuć teorię, że Niemcy w związku z nią premierę zastosowania bojowego gazu wystawili właśnie w tej okolicy.

Obejrzeliśmy z pieskiem piąty z okolicznych Panzerwerków. Numer 625. Usadowiony nad skrzyżowaniem drogi Skąpe–Międzylesie, z tą prowadzącą do nas. Panzerwerk z pięknie zachowanym garażem dla działa ppanc. W 1936 roku nasi kawalerzyści, gdyby go zaatakowali, mieliby się z pyszna.
Człowiek ogląda te bunkry, przeciwczołgowe kanały, rolkowe mosty i myśli o tym, jakiegoż pietra musieli ci Niemcy mieć na myśl o polskim ataku, skoro tyle pieniędzy wydali na fortyfikowanie granicy z Rzeczpospolitą. Wydawali te bimbaliony reichsmarek nim na dobre nie wyszli jeszcze z kryzysu. W 1935 chyba roku, Hitler ogłosił, że będzie te fortyfikacje budował do pięćdziesiątego któregoś roku. Jeżeli planowali atak na Polskę, wydawanie tych pieniędzy zamiast inwestycji w czołgi, czy samoloty nie miało raczej sensu. Czy więc to znaczy, że tego nie planowali? Dlaczego więc zmienili decyzję?
Łażę po tych bunkrach i czuję się jak podmiot liryczny utworu „Stonehenge” zespołu Ylvis. Z tą różnicą, że nie mam hondy Civic. I nie chodzi o ułożone wkoło jebitne kamienie, tylko linię betonowych bunkrów.

2. „Trzej Panowie K.” Mój ulubiony pan Kożuszek opowiedział dwie rzeczy interesujące w kontekście Grenlandii. Po pierwsze, że nie jest powiedziane, iż Grenlandia nie postanowi się wybić na niepodległość. Jest to bądź co bądź ostatnia europejska kolonia w Ameryce Północnej. A kiedy się Grenlandia wybije na tę niepodległość, to nie jest powiedziane, że nie postanowi bliżej się zaprzyjaźnić z Chińczykami. Parę lat temu była taka sytuacja, że Chińczycy chcieli Grenlandczykom zbudować lotnisko i Grenlandczykom bardzo się ten pomysł podobał. Zablokował to rząd w Kopenhadze. I to się Grenlandczykom nie podobało.
I że być może awantura rozpętana przez Trumpa służy uzmysłowieniu Grenlandczykom, że nawet gdyby się na tę niepodległość wybili, to Amerykanie się nie pozwolą im przyjaźnić z Chińczykami.
I koncepcja druga, awantura Trumpa ma zmotywować Europejczyków do większego zaangażowania w obronę Grenlandii, która to Grenlandia ma dla bezpieczeństwa NATO duże znaczenie. Dwie pierwsze literki w skrócie nazwy sojuszu do czegoś zobowiązują.
Swoją drogą, wciąż nie mogę uwierzyć, że po dekadzie obcowania z Trumpem wciąż przeważa zwyczaj traktowania dosłownie wszystkiego, co mówi. Głupie to jest jak kilo gwoździ. Doświadczenie mówi, że ważniejsze jest to, co robi, a to zazwyczaj z tym, co mówi nie ma zbyt wiele wspólnego.
Wenezuela sprzedała właśnie ponoć pierwszy tankowiec nieobłożonej sankcjami ropy. Ma to zdecydowanie większy wpływ na sytuację Rosjan niż tekst, że wojna trwa przez Zełenskiego.

3. Rozmawiałem z moim amerykańskim kolegą, który był ostatnio w Minneapolis. Uważa, że z jednej strony ta nieszczęsna kobieta nie powinna zostać zastrzelona, z drugiej presja, jakiej poddani są federalni funkcjonariusze, jest nie do wytrzymania. Że są otoczeni przez bojówki, których członkowie z zegarkiem w ręku, co kilka minut urządzają jakieś prowokacje.
Powiedział też, że w Stanach każde dziecko wie, że należy słuchać poleceń funkcjonariuszy, bo jeżeli się tego nie robi, to się może fatalnie (w amerykańskim znaczeniu tego słowa) skończyć.

W 2019 roku nowojorski policjant, nie pamiętam, czy z Dębicy, czy z Nowej Dęby, tłumaczył, że demokratyczny pomysł na osłabianie policji będzie miał fatalne skutki. Opowieść była rasistowska, ale nie wymagajmy zbyt dużo od dzielącego się swoim doświadczeniem człowieka z Podkarpacia.
W starych czasach młodzi Afroamerykanie, na widok patrolu wyciągali ręce z kieszeni i stali potulnie. Teraz, gdy władze miejskie wyżej niż bezpieczeństwo stawiają równouprawnienie, nie stoją potulnie. A dla policjanta grupka czarnoskórej młodzieży w dresach to zagrożenie. Trzymają ręce w kieszeniach, a on nie wie, czy w tych rękach mają paczki papierosów, noże czy pistolety.
Czujący zagrożenie policjant, na widok agresywnie wobec niego się zachowującej grupki młodzieży może spanikować. I skończy się to tragedią. Policjanci muszą się na co dzień czuć bezpiecznie, bo jak nie, to się może źle skończyć. No i parę miesięcy później był Floyd. Nie w Nowym Jorku, ale w Minneapolis.
Swoją drogą, jak zauważył powracający z Minneapolis kolega, gdyby tamta kobieta była czarnoskóra, miasto by spłonęło. Nie była.


 

piątek, 16 stycznia 2026

15 stycznia 2025


1. Odwilż trwa dalej. Z ubitego śniegu przed domem zrobiło się złej jakości lodowisko.
Jest generalnie brzydko. Pożytek jest taki, że śnieg spłynął z paneli i wreszcie, po ponad dwóch tygodniach, zaczęły robić prąd. W ilościach co prawda w homeopatycznych, ale lepsze to niż nic.

Pojechałem do stolarza po wieszak. W połowie drogi się okazało, że pojechał na obiad. Pojechałem więc z pieskiem na spacer zupełnie gdzie indziej. W okolicach Boryszyna łaziliśmy po śladach infrastruktury służącej budowie baterii pancernej nr 5. Nadmiar śladów zwierzyny leśnej doprowadził pieska do nadmiernej ekscytacji. Wlókł mnie więc przez nasypy i wykopy z wyjątkowym zaangażowaniem.

Jechaliśmy później zalodzonym brukiem przez las z Lubrzy do Rusinowa. Droga gminna. Stoją znaki, drogowskazy. W pewnym momencie znikła z nawigacji. Ważne, że po paru kilometrach pojawiła się znowu.

Stolarz dał się namówić na malowanie okien, choć wcześniej mówił, że nie znosi malować, a zwłaszcza okien.

2. Bożena wracała z Warszawy. Na wysokości Łowicza audi się zagotowało. Zjechała z autostrady. Najpierw ratowali ją jacyś TiR-owcy. Później wydzwoniłem jakiegoś lokalnego mechanika, który przyjął ją po godzinach. Rozszczelniła się chłodnica. Nowa będzie jutro. Bożena śpi w Skierniewicach, do których zawiózł ją kolega Piotr, z którym pracowałem w „Malemenie”, a który teraz jest potentatem w produkcji odzieży chrześcijańskiej. Otworzył ostatnio sklep w Watykanie.
Przy tak dotkliwym pechu (chłodnica stosunkowo nowa, gdyż wymieniałem ją parę lat temu), liczba pomocnych ludzi przywraca wiarę.
Kolega Piotr opowiedział dlaczego Skierniewice stały się stolicą polskiego sadownictwa. Otóż wzięło się to z anomalii pogodowej polegającej na tym, że Skierniewice i ich okolice omijane są przez burze i wichury.
Opowiedział też inną historię: jak jego kolega z podstawówki skasował badania nad pomidorem jego ojca, żeby zrobić miejsce na „Wolfensteina”. Odzyskanie badań trwało rok, efektem ich jest jakaś odmiana pomidora, którą się je na całym świecie.

3. Jarek Papis, porządny polski Żyd, napisał, że Paweł Łysak, dyrektor łódzkiego teatru im. Jaracza, ogłosił, że teatr nie będzie brał udziału w corocznych obchodach łódzkich dni pamięci ofiar holokaustu, bo Izrael morduje Palestyńczyków. Jest w tym jakaś logika. Gdyby łódzcy żydzi nie dali się zamordować Niemcom, tylko wyemigrowali masowo do Palestyny, dzisiejszy Izrael pewnie by wyglądał inaczej, ergo to przez nich giną mieszkańcy strefy Gazy.
Niesamowity jest ten sojusz – excusez le mot – pierdolniętych. Z jednej strony Kamraci, Braun czy koledzy z „Od Rzeczy”, z drugiej młoda lewica, z trzeciej wyzwoleni artyści, jak rzeczony Łysak. I o ile tych pierwszych dotyka codzienne potępienie – jak można być antysemitą w trzeciej dekadzie XXI wieku? – to takiego Łysaka publiczność szanuje za wrażliwość i odwagę.
To nie jest kraj dla starych ludzi.

Odwinąłem sobie debatę Zero. Strata czasu. I nie jest to wina Kanału Zero, tylko poziomu naszych politycznych elit. Zobaczymy jak Stanowski z tego wybrnie.


 

czwartek, 15 stycznia 2026

14 stycznia 2026


1. Przyszła odwilż. I to nie jest dobra informacja, bo jest mokro i brzydko. Do tego, w związku z tym, że wciąż nie odetkałem odpływów z szyberdachu, mam w aucie mokro. Niby kupiłem chińską przetykaczkę do szyberdachowych odpływów, niestety sobie z zatorem nie dała rady. Za to świetnie sprawdziła się w audi.

Udało mi się w końcu załatać oponę. Powietrze schodziło z niej na tyle powoli, że potrzeba jej naprawy pojawiła się dopiero, gdy przestał działać kompresor. Właściciel zakładu wulkanizacyjnego wyraził wątpliwość co do komfortu zimowej jazdy na moich wielosezonowych oponach przeznaczonych na rynek australijski. Zgodził się, gdy powiedziałem, że do wszystkiego idzie przywyknąć.

Przez pogodę, wizytę u wulkanizatora, oraz niepotrzebne odwiedziny Lidla, spacerowaliśmy z pieskiem po nocy. Po nocy, po polach. Po kostki w pośniegowym błocie. Myślałem, że piesek będzie z tego powodu niezadowolony, bo w przeciwieństwie do mnie nie miał kaloszków, jadnak wlókł mnie przez te pola z normalnym dla siebie zaangażowaniem. Był też zdziwiony, gdy zasugerowałem powrót w stronę samochodu.

2. Pan Kożuszek w kolejnym odcinku „Burzy” użył Balonika Jedności Zachodu. Tym razem by zilustrować opowieść o Franku-Walterze Steinmeierze.

Z perspektywy kilkunastu godzin dociera do mnie, że pan Kożuszek może przeżywać kryzys. Zbyt dotyka go wszechogarniająca głupota. Boję się, że jeżeli Balonik Jedności Zachodu nie pomoże, w znaczeniu: do publiczności nie dotrze, że rzeczona jedność Zachodu została zredefiniowana do znaczenia: Niemcy robią co chcą, na przykład interesy z Rosją i nikt nie śmie mieć do nich o to pretensji, to coś w panu Kożuszku pęknie. I nie będę miał co oglądać do śniadania.

3. Oglądałem przez chwilę rozmowę Roberta Mazurka z Marianem Banasiem.
Jednym z bardziej przykrych doświadczeń, jakim zaowocowało oglądanie z bliska tzw. wielkiej polityki, było świadkowanie sytuacji, w których ludziom pełniącym najważniejsze państwowe funkcje z dużą prędkością odjeżdżał peron. Dawno temu, kiedy władców koronowano, można było wierzyć, a przynajmniej mieć nadzieję, że podczas sakramentu namaszczenia spływa na nich Duch Święty, który jakoś pilnuje, żeby władcy nie odbiło. Dziś, w demokracji, nic na władców nie spływa. I to jest zła informacja.





 

środa, 14 stycznia 2026

13 stycznia 2026


1. Muszę najwyraźniej zacytować dokładnie fragment o Niemcach z „Cmentarza w Pradze” Umberto Eco: „Wskutek nadmiernego spożycia piwa Niemcy są całkowicie niezdolni zdać sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się być Niemcami.
Pisząc, że najgorsze w Niemcach jest to, że nie wstydzą się tego, że są Niemcami – nieco tezę uprościłem.

W te poranki, kiedy jest – oglądam wczorajszy „Codziennie burza” pana Kożuszka. A może „Codziennie burzę”? Nie chcę mi się zastanawiać. W każdym razie, wczoraj pan Kożuszek, za pomocą balonu, pokazywał jedność Zachodu. Za Obamy balonik jedności Zachodu pęczniał, za pierwszego Trumpa powietrze piskliwie z niego uchodziło, później za Bidena pęczniał, teraz, za drugiego Trumpa, uchodzi.
Jak widać, trzeba to zobaczyć w oryginale, gdyż słowa, przynajmniej moje, nie są w stanie oddać wspaniałości tej prezentacji.

2. Odebrałem kosze. Zapłaciłem 200 zł. Lokalna firma od śmieci ma biurowiec zbudowany z kontenerów. I zadziwiająco wiele śmieciarek. Nie widać śmieci, więc muszą je wywozić gdzie indziej. Postanowiłem się nie interesować dokąd.
Dzięki nowym koszom opróżniłem odkurzacz. To w sumie niesamowite, ile kilogramów popiołu mogło się w nim zmieścić.
Drzwiczki od wyczystki trzymają się całkiem nieźle. Zastanawiam się, czy nie kupić jeszcze jednego worka z zaprawą i zalepić wszystko z naddatkiem.

Zwany Iksem Twitter podrzuca mi kolejne posty obywateli przeróżnych europejskich krajów, którzy zachwyceni są zawetowaniem przez prezydenta Nawrockiego ustawy wdrażającej DSA.

A bardziej nawet niż samym zawetowaniem, zachwyceni są tego zawetowania argumentacją. Rozwiązanie, w którym urzędnik podległy rządowi, miałby decydować o tym, co jest nielegalną treścią, przypomina system cenzury opisany przez George’a Orwella w „1984”.

3. Byliśmy z pieskiem w zupełnie innej części lasu. Okazało się, że od strzelnicy do Ciborza, który powstał jako Tiborlager jest rzut beretem. Znaczy, żołnierze mieli blisko. Ale blisko było nie na tyle, żeby dźwięk strzałów im przeszkadzał, gdy odpoczywali.
Został mi do obejrzenia jeszcze jeden okoliczny bunkier. Może odwiedzę go jutro.

Wieczorem próbowaliśmy z sąsiadami wynieść szafę na drugie piętro. Nieskutecznie. Bez wycięcia balustrady się nie obejdzie.


 

wtorek, 13 stycznia 2026

12 stycznia 2025


1. Nie musiałem jechać do Gminy. Zadzwoniła pani od śmieciarzy w sprawie dostawy pojemnika. Powiedziałem, że potrzebuję dwa i że sam po nie przyjadę. Okazało się, że będą tańsze, bo po 100 zł każdy. Kuszą źli ludzie.

Mam dwa sukcesy techniczne. Udało mi się zamontować wielozawór do zbiornika gazu i drzwiczki do wyczystki. Nie było to jakoś bardzo skomplikowane. Złą informacją jest, że będę musiał jutro posprzątać po wmurowaniu drzwiczek.

2. Dobry Rokita w Zero o DSA. Jedzie po niemiłosiernie panującej nam władzy, jak po łysej kobyle.
Z jedną uwagą – przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, organu stojącego na straży wolności słowa, ma największe konstytucyjne umocowanie do praktykowania cenzury.
Nie ma w Polsce zwyczaju pisania planów ewentualnościowych. Można odnieść wrażenie, że po pierwsze, nie wymyślono scenariusza na wypadek, gdyby Trzaskowski nie został prezydentem, po drugie, nie zmodyfikowano scenariusza na to, co będzie, gdy Trzaskowski zostanie prezydentem i wciąż się go próbuje realizować. Tak jak wciąż próbuje się realizować plan, który powstał na czas kampanii prezydenckiej. Plan walki z Karolem Nawrockim. Dalej słyszymy, że bandyta, faszysta, kibol, narkoman etc. Choć plan, jak pokazał wynik wyborów, był nieskuteczny.

3. Obejrzeliśmy z pieskiem kolejny bunkier, nazywany przez Niemców Panzerwerkiem. Ten miał numer 630 i nietypową pancerną kazamatę. Chronił ten obiekt jaz, który spiętrzał wodę w przeciwczołgowym kanale. Piesek przeciągnął mnie później przez jakieś krzaki i mokradła. Dobrze, że zamarznięte. Piesek chciał koniecznie, byśmy poszli do Łąk (tak miejscowi odmieniają nazwę Łąkie), może chciał zobaczyć zachowany średniowieczny układ z zabudowaniami wokół stawu na środku wsi. Choć to właściwie mało prawdopodobne.

Zamiast iść spać jak człowiek, oglądam na jakiejś rosyjskiej stronie (https://wwii.germandocsinrussia.org) poskanowane niemieckie dokumenty, które Armia Czerwona wywiozła z dowództwa Festungsfront Oder-Warthe-Bogen. Plany, rozkazy, mapy.
Bunkrologią fascynowałem się czterdzieści lat temu. Zostało mi po tym dużo niepotrzebnej wiedzy. Na tyle dużo, że mogę szydzić z zajmujących się fortyfikacjami youtuberów.