wtorek, 31 marca 2015

30 marca 2015


1. Zmiana czasu to ponoć jednak niemiecki wynalazek. Cóż, nie jest to jedyny niemiecki pomysł, gdyby się nie sprawdził. Wstałem o trudno powiedzieć której godzinie, bo robiłem to na raty. Ale jak tylko wstałem, to ruszyłem w drogę.
Kawałek przed skrzyżowaniem z drogą na Międzylesie stawiają wiertnię. Ze dwadzieścia lat temu zwiedzałem taką instalację. Wtedy się dowiedziałem, że wieża wiertnicza to wiertnia.
Przy obiedzie panowie wiertacze wspominali lata siedemdziesiąte, kiedy w okolice każdej budowanej instalacji któryś z nich musiał wysyłać alimenty. Ale, że zarabiali tyle, że właściwie tego nie zauważali. Dziś raczej tak nie jest.
Kawałek przed Kijami zobaczyłem najpierw przechadzającego się po polu bociana, później dwa lądujące. Wiosna panie sierżancie.

Dojeżdżając do wiaduktu nad S3 zobaczyłem przejeżdżającego Strykera. Później jeszcze ze dwa dziwne pojazdy i samochód Żandarmerii.
Na S3 wjeżdżałem za Sulechowem. Wjazd blokowało czarne chyba mondeo z kogutem. Odjechało, gdy amerykańska kolumna przejechała. Jechaliśmy za nimi aż za zjazd na Raculę. Zjechali wtedy na Orlen. Nie pozwalają się wyprzedzać pewnie po tym, jak jakiś pan przydzwonił gdzieś pod Lublinem w Humvee, bo się zagapił.

S3 w porządku. Niestety się kończy. DK3 w sumie też nie jest najgorsza. Minąłem słynny w pewnych kręgach Aquapark w Polkowicach. Postawiony jeszcz przed unijnymi pieniędzmi. Chyba w Polkowicach była przed laty najtasza na trasie z Krakowa stacja benzynowa. Chodzi mi po głowie nazwa PolMiedźTrans. Ale nie jestem pewien.
A Lubinie jest słusznej wielkości antykomunistyczny mural. Skręciłem na Legnicę. Kawałek za miastem w krzakach stały kolejne Strykery. Później na każdym ze skrzyżowań był radiowóz. Kolumna zmierzała w stronę czeskiej granicy. I to jest zła informacja. Amerykanie by mogli zrobić przed wyjazdem jeszcze ze 48 kółek po Polsce.

2. Nie wiem na czym to polega ale A4 jest zupełnie inna niż A2. Jeżdżą nią inne samochody w inny sposób. Miejscami są nawet całkiem ciekawe widoki. Do Krakowa dojechałem chwilę przed godziną, o której byłem umówiony. Połaziłem więc sobie chwilę po rynku. Od strony Szewskiej kiermasz. Na scenie kapele ludowe. Pod Adasiem grupa brejkdensowców. Można ocipieć.
Obowiązki wyrzuciły mnie na Płaszów. Za tory. Powstaje tam dziwny wiadukt. Wysoki. Z dołu wygląda, że wąski, więc pewnie na tramwaj. Bardzo to będzie widokowy.
Wieczorem porzuciłem auto na Studenckiej i poszedłem na rynek coś zjeść. Na Szewskiej pani proponowała piwo za sześć złotych. Widziałem bramkę, którą straciła polska reprezentacja. Byłem w Poznaniu na meczu Irlandia Włochy. Irlandczycy ładnie śpiewają. Mają takie swoje: nic się nie stało. Choć w ich przypadku, to bardziej – stało się i to nas tylko wzmacnia.
Chwilę przed północą ruszyłem z powrotem. I to jest zła informacja. Zostałby człowiek na noc. Wypił piwa po sześć złotych. Może by się przekonał do dzisiejszej wersji Krakowa.

Dziurawa autostrada z Krakowa do Katowic kosztuje 20 złotych. Kulczyk ma przynajmniej lepszą jakość nawierzchni. Przez Śląsk (Górny) jechałem za karetką próbując sobie przypomnieć, czy można wyprzedzić pojazd uprzywilejowany. Autostrada miała cztery pasy. Środkiem karetka. Ja za nią. W końcu, kiedy karetka zjechała do prawej krawędzi minąłem ją dużym łukiem.
Uwaga, będzie oświadczenie BMW 218d Acitve Tourer to wybitny samochód.
Dość szybko dojechałem przed Legnicę, gdzie skręcilem w kierunku DK3. Po drodze minąłem śpiącego na drodze dzika i grupę saren. Chcąc nieco skrócić zgubiłem się w Sulechowie.
W okolicy nowobudowanej wiertni spod kół uciekł mi średniej wielkości dzik. Mniejszy niż ten który spał w okolicach Legnicy.
Na wsi strasznie wiało. I to jest zła informacja. Kiedy tak wieje, to w domu jest zimno, bo wyciąga ciepło przez kominy.



poniedziałek, 30 marca 2015

29 marca 2015


1. Dzień bez polityki. Dzień w samochodzie. Po śniadaniu zapakowawszy auto ruszyliśmy na zachód. Pogoda zasadniczo była w porządku. Miejscami padało, miejscami wiał wiatr, miejscami było niesamowite światło. Powinienem zacząć ćwiczyć opisy przyrody, bo na starość budzi się we mnie dziwna wrażliwość. Marzy mi się impresjonistyczny obraz przedstawiający widok z okna jadącego na zachód po betonowym odcinku A2. Sosnowe lasy, dziwne niebo. Tylko samochody mi jakoś do kompozycji nie pasują.

Przednionapędowe BMW może i z wierzchu przypomina nieco dalekowschodnie wynalazki, w środku wciąż jest jednak jak normalne BMW. Może HUD, który wyświetla na wysuwanej szybce może się kojarzyć z francuską motoryzacją. Choć tylko trochę, bo już treść wyświetlana jest zdecydowanie w bawarskim stylu. Podmuchy wiatru może trochę było czuć. Ale poza tym wszystko było w porządku. Active Tourer to chyba najbardziej uniwersalne z tanich BMW. Przy tempomacie ustawionym na ustawowe 150 km/godz. spalanie oscylowało wokół siedmiu litrów ropy.

Parę tygodni temu pisałem do magazynu „Connected” o elektronicznych systemach w samochodach. Przy okazji sporo się dowiedziałem. Chciałem się po drodze trochę pobawić, niestety się okazało, że z Note4 się to nie uda. I to jest zła informacja.

2. Cały dom śmierdzi myszami. Myszy w szufladach, szafkach, łazience. Na zlewie, pod zlewem, w zmywarce. Boję się wejść do biblioteki, by sprawdzić jak się ma kolekcja Spiegli. Mam wizję, że myszy wydrążyły sobie labirynt korytarzy w warstwie styropianu, która jest pod ogrzewaniem podłogowym.
Złą informacją jest, że nie potrafię w sobie wzbudzić żadnych morderczych instynktów. Zresztą mam dziwne wrażenie, że koty mają na domowe myszy – excuse le mot – wyjebane. Co jest dziwne, bo na te z pola polowały bez litości.

3. U sąsiadów chyba wszystko w porządku. Karol w czasie palenia Marzanny grał na tamburynie. Opowiadał, że w Przełazach spaliła się stodoła z sianem, żaglówką i przyczepą. Podpaliło ją jakieś dziecko, które bawiło się zapałkami. A jak się rozpaliło za bardzo, to próbowało zadeptać ogień. Aż mu się noga zapaliła. Karol się nie bawi zapałkami, bo się boi. Palenia Marzanny się nie bał, bo podpalała ją pani.

Okazało się, że się popsuł tuner NC+. Nie wypuszcza z siebie sygnału HDMI. I to jest zła informacja, bo w ten sposób Męskie Blogerki Modowe są odcięte od outfitów polityków odwiedzających panią Monikę.  

niedziela, 29 marca 2015

28 marca 2015


1. Włączyłem telewizor w połowie konferencji wojskowych prokuratorów. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy ten, który przemawiał, to był ten, który zawsze miał szpanerskie okulary. Jeżeli to był ten, to tym razem te okulary były mniej szpanerskie niż zwykle.
Później miała być konferencja pana Macierewicza.
Na miejscu szeroko rozumianego PiS-u zachowałbym się jak przed laty jakiś pan mecenas sugerował co niedzielę w TokFM poszkodowanym w wypadkach motoryzacyjnych. Przyjął bezsporne.
Jeździliśmy na Koło. Włączałem TokFM i albo była pani do zwierząt, która się nazywała jak pan o Zwierzyńca. Swoją drogą ile trzeba mieć lat, żeby pamiętać „Zwierzyniec”. Albo program, w którym jakiś adwokat tłumaczył jak należy wyciągać należne pieniądze od firm ubezpieczeniowych. Ludzie dzwonili, on tłumaczył. Zaczynał od zwrotu, że trzeba przyjąć proponowane przez ubezpieczyciela pieniądze jako „część bezsporną”. Później wyrywać resztę.
Wyobraziłem sobie konferencję pana Macierewicza. Wychodzi, wita się, oświadcza: Prokuratura oskarżyła kontrolerów? Super. Bardzo się cieszymy. Czekamy, aż zgodzi się zresztą tez mojego zespołu. Żegna się. Wychodzi.
Konferencji pana Macierewicza nie mogłem już słuchać bo musiałem wyjść. I to jest zła informacja. Wyglądała ponoć zupełnie inaczej niż sobie ją wyobraziłem, ale była ciekawa.

2. Z moim ulubionym Wydawcą pojechaliśmy na Wiejską do „Pracowni Czasu” – miejsca, które miewa tak wielki wpływ na życie polityczne w naszym kraju.
Tym razem rozmawialiśmy o zegarkach, których żaden polski polityk na pewno sobie nie kupi, bo w rubryczce w oświadczeniu majątkowym nie ma tyle miejsca, żeby się zmieściło odpowiednio zer. Choć właściwie na papierze by się te zera zmieściły. Gorzej z horyzontami.
Firma Jaquet Droz, która od połowy XVIII wieku produkuje automatony (zasadniczo po polsku powinno się je nazywać automatami, ale gdybym tak napisał nie oddałbym wyjątkowości produktów tej firmy) zrobiła zegarek z ptaszkiem. Ptaszek otwiera dzióbek, macha skrzydełkami i się obraca. Do tego świergoce. Zegarek jest ręczny. Ptaszek ma chyba centymetr długości od dzióbka do ogonka. Wszystko jest mechaniczne. I ptaszek i ni to miechy, ni to gwizdki, którymi ptaszek ćwierka. Myślę sobie, że moja ś.p. babcia by oszalała, gdyby ten zegarek zobaczyła.
Zegarek kosztuje $500000. Gdyby mnie było stać, to bym sobie taki kupił. Coś porządnego by po mnie zostało.
Rozmawialiśmy o emaliowaniu. Ponoć na całym świecie istnieją tylko dwie firmy, które robią porządne emaliowane tarcze do zegarków. I nie chodzi tu o emalie typu garnek, tylko kolorowe obrazki wypalane wielostopniowo w różnych temperaturach.
Na Wiejskiej spotkałem Lwa Rywina. Myślałem, że zniknął. A jest. Nie wygląda zbyt dobrze. Jeździ land roverem. Ciekawe, czy spisał wspomnienia. Chętnie bym się dowiedział o co wtedy chodziło. Wbrew pozorom od tamtej afery Polska zmieniła się na gorsze. I to jest zła informacja.

3. Wracając wpadłem na chwilę do Faster Doga. Jakoś tak wyszło, że rozmowa zeszła na temat zespołu Bronsky Beat. Pawełek pognał do samochodu, by przynieść płytę, którą kupił w Brighton. Patrycja ma z nią nienajlepsze wspomnienia, bo Pawełek kupiwszy odpalił ją w samochodzie i z otwartymi oknami toczyli się po mieście. Patrycja chyba nie lubi być brana za chłopca.

Wieczorem odwoziłem brata na jego wieś, żeby pożyczyć komputer. Ostatnio zawsze jak jadę w stronę Konstancina leje. I to jest zła informacja, bo nie lubię używać wycieraczek.   

sobota, 28 marca 2015

27 marca 2015


1. Przez Polskę jadą dragoni. Znaczy amerykańska kawaleria w Strykerach. Czteroosiowych transporterach opancerzonych. Stryker pochodzi od kanadyjskiego LAV III, który pochodzi od szwajcarskiej Piranhy. Istnieje legenda, że wszystkie ośmiokołowce pochodzą od Pumy czyli Sd.Kfz.234. Nie wiedziałem, że wieże do Pumy robiła stocznia w Schichau-Werke w Elblągu.
Dziś w miejscu stoczni jest Zamech. Ma to jakiś sens, bo zanim się nie przekopie mierzei produkty stoczni by nie mogły wypłynąć w morze, więc nie miałyby sensu. Chyba, że by były wieżami do transporterów opancerzonych.

No więc Amerykanie w Strykerach jadą przez Polskę i to jest bardzo dobra informacja, bo im więcej ludzi ich zobaczy, tym mniej będzie powtarzać pierdoły, że Amerykanów w Polsce nie ma.
Jadą przez wsie, miasteczka i miasta. Wieść gminna niesie, że poprzednim razem tak ja teraz byli fetowani 70 lat temu. Ale wtedy chyba nie mieli ośmiokołowych transporterów opancerzonych.
Niestety nie przyjechali ze swym sprzętem przez Warszawę. Bez ciężkiego sprzętu odwiedzili Muzeum Powstania Warszawskiego. I to (że zrobili to bez Strykerów) to zła informacja, bo nieźle by na Okopowej ta kolumna wyglądała.

2. Pojechałem do na Wołowską do BMW. Najpierw chciałem jechać tramwajem, ale sobie przypomniałem, że rozebrali tory, więc wsiadłem w metro. I piechotą przez Woronicza dotarłem na miejsce. Po wieżowcu TVP została kupa kamieni.

Siedziałem przez chwilę w holu kontemplując 6 Gran Coupe, Jak już w tym miejscu podkreślałem wiele razy – mam nadzieję, że gdy wystrój holu przestanie być aktualny BMW Vertriebs GmbH uszczęśliwi mnie tym obrazkiem.
Poza tym, żeby się ponapawać, przyjechałem do BMW odebrać 2 Active Tourera. To chyba najbardziej hejtowany samochód BMW w historii. Hejtowany za to, że ma napęd na przód. I wygląda trochę tak, jak by chciały wyglądać samochody z Korei.
Jeśli chodzi o napęd na przód, to zdążyliśmy się przekonać, że inżynierowie z BMW świetnie sobie z tym radzą – niech mi ktoś powie, że MINI się źle prowadzi. A jeśli o wygląd… no nie wiem. To prawda. Znam wiele ładniejszych beemek ale z drugiej strony wyobraźmy sobie kogoś, kogo kręcą takie kształty. Wcześniej nie mógł sobie kupić takiego BMW. Teraz może. I to za całkiem – jak na BMW – nieduże pieniądze.

3. Od dłuższego czasu Bożena wywierała na mnie presję, żebym jej załatwił bilet na Lupę (Warszawskie Spotkania Teatralne). Zacząłem więc przeć na dyrektora Zydla – skoro jest tak ważnym dyrektorem, to musi załatwić.
Najpierw nie był pewien, czy mu się uda, ale w końcu zadzwonił, że mieć będzie. Mieli iść razem, ale kiedy przyszło co do czego – tłumacząc się ważnymi obowiązkami z tego się wycofał. Odebraliśmy bilety. Przez moje niepozbieranie Bożena ruszyła spóźniona – spektakl w ATM przy Wale Miedzeszyńskim. Spóźnienie narastało. Właściwie zostałem telefonicznie zdekapitowany. Spóźnienie narastało. Do dekapitacji doszło łamanie kołem. Spóźnienie narastało. Dojechała. I się okazało, że bilety są na 2 kwietnia. Jaki jest z tego wniosek? Prosty. Jeżeli dyrektor Centrum Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy coś wam komunikuje – lepiej to dokładnie sprawdzić, bo inaczej można zrobić niepotrzebnie kilkanaście kilometrów w korkach.
Informacja, że to nie ten dzień zastała mnie w drodze do sklepu „Perełka” przy Pięknej, która chyba jest Koszykową. Kupuję tam (między innymi) kabanosy dębowe dla kotów. Cztery kawałki. Sprzedające panie patrzą na mnie dziwnie, bo to są najtańsze kabanosy i chyba nikt inny ich nie kupuje. I właśnie kiedy te kabanosy kupowałem stanął koło mnie red. Knapik. I później mnie prześladował. Przy stoisku z warzywami. I przy kasie. Na koniec życzył mi powodzenia. Nie wiem jak mam to interpretować. Może jest w tym jakiś podtekst, którego nie ogarniam. I to jest zła informacja.



piątek, 27 marca 2015

26 marca 2015


1. W końcu udało mi się spać do ataku bożenowego budzika. Nie, żebym się jakoś specjalnie wyspał, ale zasadniczo nie powinienem narzekać.

Mam takie hobby, że lubię jeździć z samochodami na przeglądy rejestracyjne. Jeżdżę konkretnie do stacji przy 17 stycznia. To chyba wciąż tereny LOT-u. Chyba, że kolega Mikosz już je sprzedał. Pierwszy raz byłem tam, z właśnie kupowanym Suburbanem. Samochód przyjechał z Krzeszowic i się okazało, że od pół roku nie ma przeglądu. Głupio tak kupować auto bez przeglądu. Zaczęliśmy więc nerwowo szukać stacji. Był wieczór. Na pierwszej, gdzieś w Jankach pan widząc sytuację zaczął wywierać presję w celu pozyskania nienależnej korzyści majątkowej. Pojechaliśmy więc dalej. Pamiętam, że szukałem adresów na Era MDAII pierwszym telefonem produkcji HTC z jakim (bez świadomości, że to HTC) miałem do czynienia. Trafiliśmy na 17 stycznia, do – jak się później dowiedziałem – najdłużej działającej Stacji Kontroli Pojazdów w Warszawie. Było miło i profesjonalnie. Pan diagnosta dokładnie przejrzał auto i wbił w dowód pieczątkę. Ja zapłaciłem za Suburbana i się rozstaliśmy.
Od tego czasu tam jeżdżę. Z przerwą. O ile dobrze zrozumiałem – stacja należała do LOT-u, i kiedy kolega Mikosz zaczął LOT naprawiać – zlikwidował stację. Ale odrodziła się po pewnym czasie. Teraz już chyba nie jest LOT-u. I nie jest najstarsza, bo miała przerwę.

Czekając na moją kolej przejrzałem jakąś średnio aktualną „Rzepę” było w niej o przepisach, jakie chce wprowadzić Platforma Obywatelska, które z powodów ekologicznych uniemożliwiałyby wjazd starszych samochodów do miast. Rzecz wygląda słabo, bo mimo iż twórcy ustawy powołują się na przykład Berlina, zachowują się, jakby nie sprawdzili, jak niemieckie przepisy wyglądają.
Nie tak do końca nie chodzi tam o wiek samochodu, tylko o normę spalin, jaką spełnia. I tak, jak diesel musi się mieścić w Euro4, to benzynowemu wystarczy Euro1.
Niemcy od normy spalin uzależniają wysokość podatku drogowego. Sprawdza się więc czy auto wciąż wypełnia normy takie, jak w momencie pierwszej rejestracji. U nas nie ma to znaczenia.
Ważne, żeby spaliny mieściły się w ogólnej normie.
Nie rozpisując się – jeżeli ustawa wejdzie w wersji opisywanej – większość polskich samochodów nie będzie mogła wjeżdżać do centrów miast. Spełni się marzenie importerów i ludzi z pieniędzmi. Miasta bez korków, z wolnymi miejscami parkingowymi. A jak kogoś nie stać, niech jeździ rowerem. Polska racjonalna.
Lobbujący od lat za taką ustawą importerzy samochodów wierzą, że jeżeli wejdzie w życie – ludzie zaczną kupować nowe samochody. Głupi są. I to jest zła informacja.

2. Bożena poszła do teatru. Dramatycznego, na coś w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych. Zawiozłem ją, chwilę po tym jak wróciłem do domu zadzwonił mój ulubiony wydawca i wyciągnął mnie na knucie do Krakena. Zanim przyszedł zdążyłem wypić piwo słuchając, jak przy sąsiednim stoliku pan tłumaczy pani co to jest Mordor. I gdzie są jego granice. Opowiadał o tysiącach przyjeżdżających eskaemką pracowników korporacji. Bardzo to było poetyckie, ale nie wszystko słyszałem, gdyż był hałas. Przyszedł Wydawca i poknuliśmy chwilę wypijając po dwa piwa. Jak się zaczęliśmy zbierać przyszedł kolega Krzysztof z Żydowskim Księgowym.

Wróciłem do domu i od razu trafiłem na twitterową dyskusję o problemie euro w kampanii.
Dla każdego, kto ma minimalne pojęcie o rzeczywistości polityczno-ekonomicznej oczywiste jest, że praktycznie nie ma szans na wprowadzenie euro w najbliższym czasie. Ale to nie znaczy, że nie ma o czym rozmawiać. IMHO sztab kandydata Dudy popełniał błąd sprowadzając komunikowanie problemu do Bronkosklepu i drożyzny na Słowacji.
Jak zauważył jeden z moich przyjaciół dziennikarzy – Bronkosklep to koncepcja z tej samej parafii, co Kluzik-Rostkowska przebrana za hipiskę tańcząca pod budynkiem telewizji w 2010 roku.
Słowacka drożyzna też jest słaba, bo zawsze można 'metodą Wimera' znaleźć takie dane, z których będzie wynikać, że coś podrożało, coś potaniało, a średnio ceny się nie zmieniły. Można by też – tym razem moją metodą – pojechać do Lidla we Frankfurcie, porównać ceny z tymi w Lidlu w Słubicach i wykazać, że w Niemczech coś tam jest taniej a w Niemczech jest euro.

Od razu muszę napisać, że zarzucanie hipokryzji kandydatowi Dudzie, że sam zarabia w euro, a mówi, że jest przeciwko euro jest tak idiotyczne, że nie warto tego komentować. Nie warto, ale skomentuję. Po pierwsze hipokryzją by było, gdyby teraz forsował wprowadzanie euro. Zarabia w tej walucie naprawdę nieźle i traci wymieniając na złotówki. Nie są to wielkie kwoty, ale piechotą nie chodzą. Po drugie: kandydat Duda właśnie ciężko pracuje na to, żeby niezłe pieniądze w euro zamienić na mniejsze w złotówkach.

Argument, żeśmy się kiedyś na euro zdecydowali też jest słaby, bo przez jedenaście lat zmienił się i świat i my.

Wydaje mi się, że „problem euro” dziś nie sprowadza się do wprowadzania euro, tylko do stosunku do tego wprowadzania.

To, że teraz nie ma specjalnej możliwości wprowadzenia euro nie znaczy, że nie powinien być to temat do rozmowy.
Jest na fejsie strona „Czytałem Fukuyamę dla beki zanim to się zrobiło modne”.
W ciągu ostatnich paru lat stało się tyle – wdawać by się mogło – niemożliwych rzeczy, że obywatele mają pełne prawo zastanawiać się nad planami ewentualnościowymi.
Bo co będzie z euro, jeśli PO z SLD uzyskują w jesiennych wyborach większość konstytucyjną.

[nie wierzę, że to napisałem]
Jak się wtedy zachowa prezydent Komorowski? Będzie przeć do referendum? Chyba niekoniecznie.
W niedzielę po Loży pasowej w TVN24 puszczono dokument. Usłyszałem, że jakieś brytyjskie miasto wprowadziło własną nibywalutę i że to wzmacnia lokalny biznes.
Chciałbym, żeby mi ktoś spróbował to wszystko wyjaśnił. Na razie z jednej strony mam Bronkosklep, z drugiej nieco pogardliwe milczenie przerywane z rzadka oświadczeniami typu – euro jest dobre dla naszego bezpieczeństwa. I to jest zła informacja.

3. Bożena wróciła w stanie upojenia alkoholowego. Sztuka („Red”) była tak zła, że musieli pójść później z naszym przyjacielem Marcinem do jakiejś knajpy i wypić po butelce wina na głowę. 
Moja niechęć do obcowania z polskim teatrem ma głęboki sens. I to jest zła informacja.

czwartek, 26 marca 2015

25 marca 2015


1. Co za tydzień. Tym razem o ósmej rano obudził mnie kurier, który przyniósł żwirek. Dwa razy, gdyż były dwa worki. Każdy po 40 litrów. Nawet nie mogłem mieć do niego za porę pretensji.
Dwie godziny później przyszedł SMS od firmy kurierskiej informujący o tym, że przesyłka została właśnie kurierowi wydana. Znaczy miałem do czynienia z najszybszym kurierem świata. Nie zapamiętałem jak się nazywa. I to jest zła informacja.

2. Idąc spokojnie ulicą Wilczą ledwo usłyszałem (miałem na łbie słuchawki), że woła mnie red. Jemielita. Ledwo, ale usłyszałem. Redaktor Jamielita opowiedział historię o opadniętych drzwiach przeciwwłamaniowych. Zawsze mi się wydawało, że ciężkie drzwi opadają na skutek działania grawitacji. Okazało się, że sama grawitacja nie wystarczy. Potrzebne są też skoki temperatury.
Redaktor Jemielita przez chwilę się zastanawiał nad startem w wyborach prezydenckich. W tych już nie zdąży. Może za pięć lat.

Koło południa spotkałem się w Krakenie z moim ulubionym Wydawcą i kolegą Grzegorzem. Pozowaliśmy do zdjęcia. Nie chciano nam sprzedać piwa, gdyż było jeszcze przed otwarciem, ale przyszedł kolega Krzysztof i rozwiązał problem. Pogoda taka, że właściwie można by było pić cały dzień. Niestety. Mieliśmy inne obowiązki.
Kolega Grzegorz pojechał robić jakieś dwa wywiady. Ja z kolegą Olszańskim (który się w międzyczasie objawił) udaliśmy się do domu. Kolega Olszański miał średni dzień, bo z jednej strony – udało mu się bezboleśnie autoryzować dwie rozmowy, z drugiej – najpierw Policja zabrała mu dowód rejestracyjny (okazało się, że jeździ bez przeglądu), później parkometr zjadł mu 2,50.
Kolega Olszański wypił kawę i pojechał autoryzować (bezboleśnie) drugą z rozmów, ja udałem się na galę „Internetowy Samochód Roku OtoMoto.pl – Volkswagen Golf”.
Gala odbywała się na dachu garażu przy Parkingowej. Ciekawe miejsce. Ciekawy pomysł. Fascynująca była pani (chyba) Ola, która prowadziła imprezę. Pochodziła ponoć z TVN Turbo i nie potrafiła zapamiętać nazwisk ludzi odbierających nagrody. Za to zupa była bardzo dobra. No i do tego pierwszy raz w życiu widziałem na własne oczy deloreana.
Internetowym Samochodem Roku staje się ten, który najczęściej wyszukują użytkownicy OtoMoto.pl – czyli Volkswagen Golf. Chyba od zawsze.
To właściwie strasznie miło, że OtoMoto.pl robi tę imprezę, bo właściwie nie musi. I tak jest największym portalem motoryzacyjnym w kraju.
Kawałek podwiózł mnie Tuaregiem pan z Volkswagena. Tuareg miał ogrzewaną elektrycznie przednią szybę. Tylko nie za pomocą zatopionych cieniutkich drucików. Zamiast tego jest specjalna folia, która grzeje, a do tego nie przepuszcza promieniowania UV. Człowiek przestaje jeździć na prezentacje motoryzacyjne i od razu nie ogarnia nowinek. I to jest zła informacja.

3. Wracając do domu wpadłem do Krakena. Siedziała tam Ula z ThinkTanka z jakimś dość sympatycznym kolegą. Rozmawialiśmy oczywiście o polityce.
ThinkTank znowu robi jakąś imprezę w Bukovinie z dość interesującym acz nieco może jednorodnym składem gości.
Przez te rozmowy o polityce zacząłem się zastanawiać nad kampanią wyborczą i problemem euro podnoszonym przez sztab kandydata Dudy. Zrozumiałem o co chyba chodzi dopiero następnego dnia (czyli chwilę parę godzin temu) nie bez udziału red. Hytrek-Prosieckiej.

Od godziny próbuję zapisać jak to widzę. Niestety nie jestem przez cały czas zadowolony – być może to kara boża za próbę złamania zasad – pisząc co się działo wczoraj chcę zapisać wnioski, do których doszedłem dzisiaj. Więc chyba muszę przerwać. I to jest zła informacja.

środa, 25 marca 2015

24 marca 2015


1. No i się znowu obudziłem podejrzanie wcześnie. Popatrzyłem na zegarek i pognałem do telewizora, żeby zobaczyć konferencję pana Prezydenta. Skoro już nie spałem o tak dziwnej porze, niech byłby z tego jakiś pożytek.
Pan Prezydent zaprosił media na spotkanie o 8:30 w poniedziałek. Вот Джигит! Zaryzykował utratę głosów wszystkich ludzi mediów, którzy z tego powodu musieli wstać pewnie z godzinę wcześniej.
Z powodów ekologiczno-ekonomicznych wyłączam zasilanie telewizora i tunera NC+. Zanim tuner dojdzie do siebie trwa to chwilę. Ruszył o 8:27. Ze zdziwieniem zobaczyłem pana Prezydenta, który kończył przemówienie. Zacząć konferencję o czasie – to już dość egzotyczne. Zacząć ją kwadrans wcześniej – na to stać tylko kogoś nietuzinkowego.
Na konferencji pan Prezydent zaprezentował swój spot.Obejrzałem go sobie później. Jeśli mam być szczery – zbyt wiele z niego nie zapamiętałem. Sztabowcy pana Prezydenta postanowili podzielić Polskę na dwie części: racjonalną i radykalną. Tej drugiej symbolem miałyby być krzesła przynoszone przez Korwinowców na spotkania z Bronkobusami.
To jednak dość odważna koncepcja, żeby coś, co się stało symbolem polityki zagranicznej pana Prezydenta próbować powiązać z jego konkurentem. A do tego, jednocześnie uważać się za reprezentanta Polski racjonalnej.

Hasztag #PolskaRacjonalna zajął wysokie miejsce w twitterowych trendach. Poprzedniego wieczoru red. Magierowski na wieść o tym, że pan Prezydent w „Wyborczej” określi tak swoją część Polski napisał, że następnego dnia internet będzie pełen LOL-kontentu z takim hasztagiem. No i jak powiedział – tak się stało. Przy okazji się okazało, że spora ludzi nie zdawało sobie sprawy, że w szesnastu jeżdżących po kraju Bronkobusach zamiast Bronisława Komorowskiego jeździ jego tekturowy portret.
Bożena, kiedy o tym usłyszała zasugerowała, że ktoś powinien zrobić konkurs na szesnastu sobowtórów pana Prezydenta. Nikt zawczasu nie wpadł na ten pomysł. I to jest zła informacja, bo dziś mieszkańcy tych miejscowości, gdzie pan Prezydent się pojawił w tekturowej postaci czują się gorzej, niż ci, u których był wielowymiarowy. Tyle w Polsce jest podziałów, a tu jeszcze jeden.

2. Redaktor Piasecki zaprosił do studia byłego szefa WSI. Dla niektórych stał się więc jeszcze gorszy niż sam generał Dukaczewski. Bez sensu. Z tego, co generał mówił można się było dowiedzieć interesujących rzeczy i to niekoniecznie tych, które generał chciał powiedzieć.
Odwiozłem Bożenę do pracy. Odebrałem słynne już w pewnych kręgach amortyzatory i zawiozłem je do mechanika Jacka. Skorupa Supry ma już założone światła. Przeprowadziłem interesującą rozmowę o zaworze EGR, usłyszałem, że byłem pod koniec zeszłego roku widziany w TVN-ie. Podpisany – bloger (Musiałem być nieźle pijany, żeby wejść człowiekowi do telewizora i później nic nie pamiętać). Wróciłem do domu. Ale zanim wyszedłem na górę wpadłem na chwilę do Faster Doga, gdzie Pawełek naprawiał swój [tu chciałem napisać pewne określenie, które może być przez niektórych uważane, za język nienawiści, więc go nie napiszę] motocykl. Konkretnie montował coś, co łączy pedał od zmiany biegów ze skrzynią biegów. Montował skutecznie. Do sklepu przyszła jednakdostawa m.in. T-shirtów Religion. Nie miałem czasu ich oglądać. I to jest zła informacja, bo lubię T-Shirty Religion oglądać.

3. Pojechałem po Bożenę. Ciągle się nie mogę przyzwyczaić do tego, że nie ma mostu.
Obejrzałem program red. Lisa. Ciekawe doświadczenie. Człowiek zasadniczo wie, co każdy z gości powie, jak się będzie zachowywał prowadzący. Jak się program skończy. Jakie będzie przesłanie.
A tu taka niespodzianka. Polecam wszystkim, których kręcą polskie programy publicystyczne i woltyżerka (czy jak się tam nazywa ujeżdżanie koni).
W drugiej części wystąpił pan Olechowski. Słuchałem go ze zdziwieniem konstatując, że właściwie, to w sporej części się z nim zgadzam. To musi być starość. I to jest zła informacja.


wtorek, 24 marca 2015

23 marca 2015



1. Obudziłem się o świcie zlany potem, bo mi się przyśnił prezydent Komorowski, który obiecuje kandydatowi Kukizowi, że się przyjrzy pomysłowi Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. A usłyszałem o tym w „Domu whisky” przy Kruczej. Gdzie razem z moim kolegą Grzegorzem czekaliśmy na kogoś, z kim mieliśmy przeprowadzić wywiad. Nie pamięta z kim. Przy stoliku obok siedział minister Kamiński i red. Krzymowskiemu tłumaczył, że przejmują głosy Kukiza obiecując mu różne rzeczy, a jego wyborcy są zbyt młodzi, żeby pamiętać zmielone podpisy za JOW-ami.
Śnią mi się takie rzeczy. Powinienem chyba mniej pić. Albo więcej. I to jest zła informacja.

2. No i niestety wcale nie jestem tak wpływowy, jak myślałem. W „Kawie na ławę” wystąpił poseł Szejnfeld. Więc ponawiam apel sprzed dwóch tygodni:
Drogi redaktorze Rymanowski przestańże zapraszać posła Szejnfelda, bo to, że jest idiotą zdążył już udowodnić, a żadnej nowej wiedzy nie wnosi. Niemożliwe jest, że w Platformie Obywatelskiej nie ma już nikogo, kto by potrafił wnieść coś w nasze niedzielne poranki!
Tym razem poseł Szejnfeld na jednym wdechu składał kondolencje rodzinom ofiar zamachu w Tunezji i tym, którzy musieli przerwać tam urlopy. Właściwie co za różnica.

We wszystkich programach telewizyjnych i radiowych panowie z PiS wystąpili z wydrukowanym zdjęciem prezydenta Komorowskiego z panami ze SKOK-u Wołomin. Niestety coś, co miało udowodnić, że pani Trzaska-Wieczorek mijała się z prawdą, awansowało na słaby dowód związków Prezydenta z panami ze SKOK-u.

Pojechałem do Castoramy, Makro, Lidla i zatankować LPG. Niedziela znaczy. W związku z sytuacją geopolityczną postanowiłem mieć w miarę możliwości zatankowane samochody.

W Castoramie wciąż wiosna. W Makro idą święta, zaś w Lidlu przygotowywano miejsce na jakiś nowy tydzień. O mały włos nie kupiłem sobie szlifierki stołowej. Bardzo przydatna rzecz do ostrzenia. Na przykład noży z kosiarki. Coś czuję, że pierwsze koszenie będę czynił w święta. Powinienem kupić wcześniej akumulator do kosiarki. Albo wyciągnąć stary z BMW. Bo ten z kosiarki włożyłem do BMW. W bagażniku jest tam miejsce na drugi, mały. Który chyba miał podtrzymywać telefon. Swoją drogą telefon w samochodzie w 1989 roku to musiało być coś.
Wyciąganie tego akumulatora wymaga rozebrania połowy bagażnika. I to jest zła informacja.

3. Nieco może protekcjonalnie zaatakował mnie na Twitterze red. Skórzyński. W związku z wpisem, w którym wielokrotnie padło słowo „Konstytucja”. Muszę sprostować jedną rzecz. Zupełnie nie czuję się dziennikarzem. Mniej więcej od czasu, kiedy zauważyłem, że TVN legitymacje prasowe wydaje współpracownikom swojego działu reklamy.
#3negatywy piszę bez zachowania jakichkolwiek standardów. To, że coraz bardziej przypominają normalne media – tym gorzej dla mediów.

A teraz do rzeczy: Podpisanie niekonstytucyjnej ustawy i odesłanie jej później do Trybunału to oportunizm konstytucyjny. Ja tam jestem prostą modową blogerką, więc można do tego, co piszę nie mieć za grosz zaufania, ale jakiś zainteresowany problemem dziennikarz mógłby sięgnąć do prac profesorów Sarneckiego czy Banaszaka.

Prezydent nie może podpisać niekonstytucyjnej ustawy i odesłać jej do Trybunału. Robi to tylko dlatego, że nikt mu nic za to nie zrobi. Poza Bogiem i historią, przed którymi w takim przypadku odpowiada. Przed obywatelami głosującymi w następnych wyborach zasadniczo też, choć dziś znakomita ich większość nie ma pojęcia o co z tą Konstytucją chodzi. I to jest zła informacja.



poniedziałek, 23 marca 2015

22 marca 2015



1. Dzień rozpocząłem przeraźliwie wcześnie. Wcześniej by się chyba nie dało – bo bym się właściwie nie położył. Chwilę po tym jak wstałem zadzwonił telefon. To był mój osobisty Doktor. Wracał z 24-godzinnego dyżuru, przypomniało mu się, że we środę coś od niego chciałem a nie zauważył, że jest sobota, siódma rano. W kwestiach medycznych, mimo wszystko zachował pełną trzeźwość umysłu. Gorzej było z próbą umówienia się na spotkanie. I to jest zła informacja, bo kończą mi się recepty.

2. Na pustej Wilczej minął mnie pies wyglądający trochę na Collie. Pomyślałem, że Lassie wciąż szuka Joego.
Racjonalnie doszedłem do tego, że powinienem coś sobie kupić do jedzenia. Skręciłem więc w Emilii Plater do „Galerii wypieków”. Niestety „Galeria wypieków” mimo tak nowoczesnej nazwy nie honorowały kart. Wyszedłem więc mając się z pyszna.
Na Nowogrodzkiej stał Dudabus z silną reprezentacją warszawskiej młodzieżówki PiS. I niezbyt dużym korpusem medialno-blogowym. Usiadłem obok kol. Rybitzkiego, który wyraził pretensje, że
piszę o nim „Rybitzki” a nie „Rybitzky”. Obiecałem, że będę się starał pamiętać.
Kolega Rybytzki czytał Sun Tzu, ja Mazurka z Wildsteinem. Wildstein mówił o judaizmie Wildsteina (Dawida), a mnie się przypomniało, jak jakiś czas temu w jakiś Piąteczek spotkaliśmy się z Dawidem na Placyku. Błąkaliśmy się większą grupą. W pewnym momencie Dawid kupił w tym dziwnym monopolowym smażoną kiełbasę i zaczął ją zżerać. Zażartowałem coś o kiełbasie w piątek. Odpowiedział coś o swojej religii. No to zażartowałem o jedzeniu kiełbasy ze świni. No i wtedy się naprawdę zdenerwował, bo akurat zaczynało się jakieś ważne żydowskie święto. –A pamiętałem – powiedział zmartwiony. Aż mi się go żal zrobiło.

Człowiek czasem coś bezmyślnie palnie i robi komuś przykrość. A kiedy chce specjalnie, to nie zawsze wychodzi. I to jest zła informacja.

Przejeżdżaliśmy przez Marki. Przypomniało mi się, jak z piętnaście lat temu, kiedy właśnie przestałem pracować w krakowskim „Przekroju” chciałem tam (w Markach) w kiosku „Przekrój” kupić. Ale usłyszałem, że od lat już nie wychodzi. Musi, w tych Markach jest jakaś nadprzestrzenna dziura, która łączy z przyszłością.

Zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji benzynowej. Orlenu. Autobus wysiadł i zaczął zamawiać hot-dogi. Próbowałem uzyskać od posła Szefernakera informacje na temat gejmczendrzera – tematu, który miał zmienić kampanię w przyszłym tygodniu. Piszę „posła”, bo zobaczyłem to przez nadprzestrzenną dziurę w Markach. Poseł (przyszły) Szefernaker odmówił współpracy. Zaczęliśmy więc rozmawiać o „Wprost”. Natychmiast pojawił się redaktor Fijołek. Z przetrzymanego newsa żaden pożytek. Mogłem to puścić przed nimi. Nie puściłem. Wszystko przez to, że mi się pomyliły dni tygodnia. Ale o tym może napiszę pojutrze.

3. Dojechaliśmy do Białegostoku. Ostatnio pewien niespotykanie spokojny człowiek zwrócił mi uwagę na to, że przed wojną to było miasto w środkowej Polsce. A teraz nie jest.
Pałac Branickich jest brzydki. Mimo to nazywa się go Wersalem. W rzeczonym Wersalu odbywało się spotkanie Kandydata z młodzieżą, której przybyło całkiem sporo. Kandydat mówił, młodzież pytała, kandydat mówił, młodzież pytała, kandydat mówił. Pytał też przedstawiciel partii Korwin. Zapytał też jeden przedstawiciel starszego pokolenia. O rolnictwo.
Na koniec przedstawiciele białostockiej młodzieży wręczyli Kandydatowi nielegalny periodyk z lat 80. z wierszem teścia Kandydata.
Ten straszny Białystok, do którego przez tyle czasu szedł min. Sienkiewicz nie jest wcale tak jednoznaczny.

Kandydat szybkim marszem przeszedł na rynek, gdzie spotkał się z mieszkańcami. Przemówił do niego miejscowy sobowtór marszałka Piłsudskiego. Zastanawiałem się jak to jest być białostockim sobowtórem marszałka Piłsudskiego. Chyba świetnie. Na koniec mieszkańcy odśpiewali „Sto lat”, Kandydat wsiadł do Dudabusu i odjechał chyba do Grajewa. 
Dwóch fotoreporterów, obserwujących odjazd stwierdziło, że nie ma szans zdążyć na czas. 
Mieliśmy parę godzin do autobusu do Warszawy. Udałem się więc z przyszłym posłem Szefernakerem i jego kolegami do jakiejś knajpy podającej jedzenie w stylu amerykańskim. Piłem tam ostentacyjnie Tyskie zamiast Żubra, którego ponoć należy pić w Białymstoku. Z tego wszystkiego nie kupiłem sobie szalika Jagiellonii. I to jest zła informacja, bo chciałem go dać dyrektorowi Zydlowi.

Autobus dowiózł nas pod Pałac Kultury. Wracając przeszedłem przez Kraken, żeby sprawdzić, czy kolega Krzysztof już wrócił.
Kolegi Krzysztofa nie zobaczyłem, za to usłyszałem, jak jakiś angielskojęzyczny młodzieniec pokazując mnie koledze mówi, że brodę mam jak Dostojewski. I to jest dobra informacja, bo się coraz częściej boję, że ktoś mnie pomyli z Duginem.


niedziela, 22 marca 2015

21 marca 2015



1. Redaktor Kuźniar, za którym nie przepadam strzelił sobie z bazooki w stopę. Kopanie leżącego jest łatwe ale uchodzi za niezbyt honorowe. Więc zamiast pisać o red. Kuźniarze napiszę historyjkę z lat osiemdziesiątych.
Otóż byłem wtedy w Górach Sowich i razem z grupą znajomych – przepraszam za określenie – penetrowaliśmy niemieckie instalacje kompleksu Riese. Równolegle z nami po okolicy jeździła ekipa TVP, która kręciła na temat Riese jakiś reportaż. Myśmy jeździli busem marki UAZ. Oni roburem. Robur nie wszędzie mógł wjechać. W przeciwieństwie do UAZ-a. No i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy jeździć razem. Albo UAZ-em, kiedy było bardziej off-roadowo. Albo roburem – po asfalcie. No i kiedyś jedziemy sobie roburem. Wjeżdżamy do jakiejś wsi. Dźwiękowiec z kamerzystą ordynują zatrzymanie robura koło sklepu. Kierowca staje. Widzę, że operator bierze kamerę, dźwiękowiec nagrę i mikrofon i wchodzą do sklepu. Wchodzę za nimi. Pani sklepowa widząc kamerę zrobiła się cała czerwona. Operator postawił kamerę na podłodze. Zamówili z dźwiękowcem po piwie. Piją. To były czasy, kiedy jeszcze ze sklepów nikt pijących nie gonił. 
Piją. 
Wypili połowę. 
Dźwiękowiec patrzy na zawartość butelki pod światło. 
Mówi do sklepowej: widzi pani, tu jakieś męty pływają. Wypiłem mniej niż połowę. Proszę wymienić mi na inne. 
Operator robi to samo. 
Sklepowa podaje im nowe butelki. 
Piją. 
Wypili połowę. 
Tym razem operator patrzy na zawartość butelki pod światło. 
Mówi do sklepowej: widzi pani, tu jakieś męty pływają. Wypiłem mniej niż połowę. Proszę wymienić mi na inne. 
Dźwiękowiec robi to samo.
Wypili po osiem piw. 
Znaczy osiem razy pół. Piliby dalej, ale się piwo skończyło. Na koniec powiedzieli, że zasadniczo sklepowa powinna im oddać pieniądze, ale niech będzie ich strata.
Operator zabrał kamerę. Wrócili do robura. I powiedzieli, że można ruszać.
Wydawało mi się, że takie numery to tylko w TVP trzydzieści lat temu. Ale się najwyraźniej pomyliłem. I to jest zła informacja.

2. W TVN24 wystąpiła para turystów, która przeżyła zamach w Tunezji. Opowiedzieli, że wbrew temu, co słyszeliśmy od pani Premier i pana MSZ – polskie służby konsularne wcale im nie pomagały.
Z ludźmi na lotnisku rozmawiał „Fakt”: „–Koleżanka z wycieczki wiedziała, że mąż został postrzelony i czekała na informacje. Przez 24 godziny o niczym jej nie informowano! – skarży się pan Piotr, który przeżył zamach w Tunezji. Przeraża go to, jak została potraktowana jego znajoma. – Ambasador raczył przyjechać na godzinę przed naszym odlotem do Polski. Był uśmiechnięty, zadowolony, świetnie się bawił! Tej dziewczynie, która była zapłakana, powiedział wtedy »niestety, pani mąż nie żyje«. To skandal, ten człowiek nie powinien być ambasadorem! – oburza się.
Pan MSZ oświadczył, że Państwo zdało egzamin w tej sytuacji egzamin. I to jest zła informacja


3. Na stronie ASZdziennika pojawiają się reklamy. Prowadzi to do dość zabawnych sytuacji. Człowiek czyta: „Citroëny z bogatym pakietem wyposażenia élite!” i się zaczyna profilaktycznie śmiać. A to jednak prawda, a nie ASZdziennik.

Nie mogąc się otrząsnąć po lekturze tekstu w „Newsweeku” porozmawiałem z krakowskimi znajomymi. No i się okazało, że autorzy już drugim zdaniu mijają się z prawdą. Piszą „P. to jeden z niewielu dawnych kolegów, który na sam dźwięk nazwiska Duda nie rzuca słuchawką”. Otóż fakty są takie, że słuchawkami rzucano nie na dźwięk nazwiska „Duda”, tylko na dźwięk tytułu „Newsweek”. I to jedno.
Drugie: usłyszałem w jaki ponoć sposób uzyskano oświadczenie syna teścia Kandydata. Jeżeli się to potwierdzi, to będzie kolejne przegięcie.
A już za chwilę niedzielny wieczór. I to jest zła informacja, bo to może eskalować.  

sobota, 21 marca 2015

20 marca 2015


1. Kiedy się kładłem spać liczba polskich ofiar zamachu w Tunezji wynosiła siedem. Kiedy się obudziłem spadła do jednej, by po jakimś czasie urosnąć do dwóch. [By w końcu dojść do trzech. W Bogu nadzieja, że na tym się zatrzymać]. Piszę w tak obcesowy sposób, bo dlaczego mam się zachowywać lepiej niż najważniejsze osoby w Państwie.
Pan Prezydent, którego sztab dzień wcześniej ogłosił przerwę w kampanii od rana błyszczał w mediach. Kolega Rybitzki poszedł na Żurawią, żeby zobaczyć jak wygląda zawieszona kampania. No i się okazało, że wygląda zupełnie jak niezawieszona.
Coś jak głodówka rotacyjna posła Boniego.
Zadzwonił pan od Bilsteinów. Udało się je naprawić. Będę musiał w poniedziałek wziąć Bożenie auto i znowu się udać w labirynt uliczek o logicznie niezwiązanych nazwach. Wygląda na to, że Suburban będzie w końcu gotowy. Nie wiem tylko jak tę jego gotowość sfinansuję. I to jest zła informacja.

2. W TVN24 wystąpił Stephen Mull. Oglądanie Jego Ekscelencji zawsze poprawia mi humor. To, o czym mówi dowodzi, że nie wszystko naszym tytanom od polityki zagranicznej udało się zepsuć.
Pod Warszawą rozstawiła się bateria Patriotów. I to jest bardzo dobra informacja.

Swoją drogą ciekawe, kiedy di polskich polityków dotrze, że amerykańscy żołnierze mogą być u nas ciągle nie będąc stale. Pewnie nie szybko. I to jest zła informacja.

1979 roku w domu kultury na krakowskim osiedlu Piaski Nowe była wystawa poświęcona rocznicy wybuchu II wojny światowej. Wśród eksponatów był kajet jakiegoś pana, który czterdzieści lat wcześniej był pewnie trochę starszy niż ja trzydzieści pięć lat temu. Pan ten mieszkał na Piaskach. Ze wzgórza, na którym później wybudowano osiedle obserwował walki samolotów nad Krakowem. Obserwował i szkicował. Miał talent.
Do naszkicowania pojedynku rakiety Patriot z Iskanderem aż takiego talentu nie trzeba.

3. U red. Olejnik wystąpił prof. Balcerowicz. Trochę przykro było słuchać jak polityk wygrywa z profesorem. Komunikat Duda odpowiada za to, że podatnicy stracili trzy i pół miliarda jest jednak na poziomie dziadka Waldemara.
Choć właściwie nie ma się czemu dziwić. Obaj panowie zainwestowali strasznie dużo w projekt III RP.
Wręcz zabawny był moment, w którym red. Olejnik próbowała tłumaczyć profesorowi, że za większość strat odpowiadają SKOK-i wołomińskie, które z PiS-em nie mają nic wspólnego. Profesor zaczął tłumaczyć, że to nie ma znaczenia, bo SKOK-i to zło.

Redaktor Piasecki napisał na Twitterze: „Co by nie powiedzieć – zablokowanie ustawy dającej KNFowi nadzór nad SKOKami okazało się drogim błędem.”
Jestem cichym wielbicielem red. Piaseckiego. Uważam, że ma talent. Potrafi szybko ripostować i nie pozwala rozmówcom wchodzić sobie na głowę.
Niestety ciągle popełnia błąd polegający na tym, że traktuje media społecznościowe niezbyt poważnie. Zapomina, że nie jest jednym z miliarda twitterowiczów, że jest redaktorem Piaseckim, którego (prawie) codziennie można posłuchać w radio, a w piątek obejrzeć w telewizorze. A zapominając dość lekko sobie waży słowa.

Razem z red. Pieńkowskim zaczęliśmy z red. Piaseckim dyskutować. No i z tej dyskusji wyszło, że nikomu się nie chce czytać Konstytucji. A nawet jak ktoś już zacznie tę Konstytucję czytać, to czasem trudno ją zrozumieć.

Ale od początku. Szeroko rozumiana Platforma od kilku dni podnosi zarzut, że prezydent Kaczyński wysyłając ustawę podporządkowującą SKOK-i nadzorowi KNF do Trybunału Konstytucyjnego zablokował ją powodując wielkie straty.
Chwytliwy tekst. Prezydent Kaczyński nie żyje. Bronić swojej decyzji nie może. Podaje się od razu kwotę 3 500 000 000 zł. I od razu robi się z tego największa afera polityczno-finansowa Polski.

Od czego jest Prezydent? Prezydent jest od pilnowania Konstytucji (art. 126)
Na biurko Prezydenta trafiają ustawy. Prezydent może je podpisać. Wtedy wchodzą w życie. Może je zawetować – wtedy wracają do sejmu. Może je też odesłać do Trybunału Konstytucyjnego w celu sprawdzenia ich zgodności z Konstytucją.

Prezydent ustawy podpisuje, kiedy nie ma do nich zastrzeżeń. Wetuje – kiedy ma na to ochotę. Co się dzieje, kiedy ma podejrzenia, że coś w ustawie nie jest zgodne z konstytucją? Wysyła taką ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. I dopóki z tego Trybunału ustawa nie wróci – nie może jej podpisać.
Czy Prezydent może ustawę podpisać i później odesłać do Trybunału? Nie, gdyż może podpisywać ustawy o których konstytucyjności jest przekonany. Jest przecież strażnikiem Konstytucji (art. 126)
Czy Prezydent może podpisać ustawę częściowo? Nie, nie może.

Co zrobił prezydent Kaczyński? Ustawę o SKOK-ach wysłał do Trybunału. Co zrobił Trybunał? Stwierdził niekonstytucyjność kilku jej zapisów. [Więc trudno zarzucić prezydentowi Kaczyńskiemu, że oszukał wszystkich wysyłając dobrą ustawę do Trybunału, żeby ją zablokować]

Co by zrobił prezydent Kaczyński, gdyby jej nie wysłał do Trybunału Konstytucyjnego?
Złamałby Konstytucję.

Pamiętacie OFE i to, że Kancelaria Prezydenta Komorowskiego odmawiała udostępnienia opinii, na podstawie których prezydent Komorowski zdecydował się podpisać ustawę mimo wielu głosów, że jest niekonstytucyjna? Dlaczego odmawiała? Bo gdyby się okazało, że jest w nich coś, co by mogło świadczyć o niekonstytucyjności ustawy byłby to dowód na złamanie prawa przez prezydenta Komorowskiego.

Słowo „konstytucja” pada tu więcej razy niż „Duda” we wstępniakach red. Lisa.

Zła informacją jest, że dziennikarzom nie chce się zadzwonić do jakiegoś prawnika, który o Konstytucji ma pojęcie. I powtarzają spin wymyślony pewnie przez ministra Kamińskiego, bo któż inny by wpadł na tak łatwy do wywrócenia pomysł. Po telefonie do prawnika by można sprawdzić kto z posłów odpowiadał sprzeczne z Konstytucją fragmenty ustawy o SKOK-ach. Zaprosić go do studia i zapytać jak się czuje mając na sumieniu te 3500000000 zł.
Tylko lepiej nie mówić, że stracili te pieniądze prości podatnicy, bo to też nie jest takie proste.  

piątek, 20 marca 2015

19 marca 2015


1. Czasem przychodzi na człowieka taki dzień, że cztery piwa wypite dzień wcześniej działają gorzej niż flaszka single caska poprawiona szampanem. Albo odwrotnie. Najpierw szampan, (później trochę czerwonego wina), na koniec butelka single cask. Jeżeli dołożymy do tego kilkutygodniowe niedosypianie… No dobra piszę to wszystko, żeby usprawiedliwić, że przez większość dnia nie żyłem, więc nie bardzo mam co opisywać. Przysypiałem słuchając „Kariery Nikodema Dyzmy” czytanej dla Dwójki przez Jerzego Bończaka.
Bończak zawsze będzie dla mnie Homkiem z „Lata Muminków”. „Oni są zupełnie inni niż ja. Potrafią czuć, widzą kolory i słyszą dźwięki, ale co czują, widzą i słyszą i dlaczego, to ich nic nie obchodzi. Na przykład zupełnie ich nie interesuje, dlaczego wiruje podłoga”.
Sam „Dyzma” jakoś przerażający.
Przy Łuckiej – ulicy, przy której na początku książki mieszka Dyzma był „Ozon”. Bliżej Żelaznej.
Dzisiaj na imprezach nie nosi się fraków. Smokingów niestety też. Jak mnie będzie stać obstaluję sobie smoking u mistrza Ossolińskiego. Niestety nie wygląda na to, żeby mnie było stać w jakimś realnym czasie. I to jest zła informacja.

2. Wstałem i od razu się okazało, że w Tunezji strzelano do turystów. I to jest zła informacja. Z bełkotu informacyjnego, którym uraczyły mnie telewizje jedyną konkretną rzeczą, której się dowiedziałem, to to, że tunezyjskie siły specjalne używają karabinków Steyr AUG. Zaprojektowanych z sześćdziesiąt lat temu, które do dziś wyglądają dość futurystycznie. Mam wrażenie, że występowały w jakimś dziejącym się w głębokim kosmosie SF jako broń przyszłości.
Oglądając przez godzinę zapętlone te same obrazki mogłem się dokładnie przyjrzeć Tunezyjczykom celującym ze tych karabinków w trudno powiedzieć czego kierunku.
Jakże się cieszę, że nie pracuję w telewizji informacyjnej.

3. Wyszedłem do apteki, by kupić mieszaninę paracetamolu, kodeiny i kofeiny sprzedawaną pod nazwą Solpadeine. (Gdyby to ode mnie zależało dołożyłbym więcej kodeiny) Pierwszą dawkę przyjąłem jeszcze w aptece i od razu zrobiło mi się lepiej. Poszedłem do Faster Doga, gdzie nie zauważyłem, że zrobili porządki i przemeblowanie. Znaczy udałem, że zauważyłem, a zauważyłem, kiedy mi pokazywali co zmienili. A zmienili sporo. Na zapleczu (w kuchni) chyba nigdy nie było takiego porządku. Do tego Pawełek na klatce schodowej wkręcił porządną energooszczędną świetlówkę. Ciekawe kiedy ktoś ją wykręci.
Pożaliłem się Pawełkowi, że mi się koszula Pedletona niemożebnie skurczyła. Pawełek popatrzył na metkę i przeczytał, że jak byk tam stoi, żeby nie prać, tylko czyścić chemicznie.
Cóż, ja nie przeczytałem. I to jest zła informacja. Choć Bożena jest zadowolona.

Wróciłem do domu. Nie słyszałem jak marszałek Sikorski ogłaszał żałobę narodową. To niesamowite, że on wciąż ma wielbicieli uważających, że to mąż opatrznościowy. Nie słyszałem, bo rozmawiałem z moim bardzo ważnym na rynku magazynów kolegą. Powiedział, że niesprawiedliwie się czepiam polskiego „Esquire”. Kiedy chciałem dyskutować o pierwszym numerze okazało się, że nie wziął go do ręki. Nie widział sensu.
Redaktor Pertyński zacytował mi kiedyś jakiegoś pana (chyba) z Forda, który powiedział, że zbudowanie złego i dobrego samochodu kosztuje tyle samo. Ja uważam, że z magazynami jest podobnie. Mój ważny kolega – że nie. Mój ważny kolega ma zdecydowanie większe ode mnie doświadczenie. Ale ja i tak pozostanę przy własnym zdaniu.  

czwartek, 19 marca 2015

18 marca 2015


1. Po pierwsze wczorajszy kwiatek to nie krokus. Trwa dyskusja na temat tego, czy to krokus, zawilec czy przylaszczka.
Zadzwonił pan od bilsteinów. Nie udało się ich w prosty sposób rozebrać. I to jest zła informacja. Trzeba zrobić to siłowo, co będzie się wiązać z uszkodzeniem tzw. modułów. Nie wiem co to jest. Kosztuje 100 złotych.

Ministerstwo Obrony Narodowej wrzuciło na Twittera zdjęcie uroczystości z okazji 70. rocznicy walk o Kołobrzeg i Zaślubin Polski z Morzem. Na zdjęciu widać prezydenta Komorowskiego w kościele.
Zdziwiłem się, gdyż pamiętałem, że zaślubin Polski z morzem dokonał generał Haller w lutym 1920 w Pucku. Od 1920 do 2015 roku upłynęło więcej niż 70 lat. Później sobie przypomniałem, że za komuny wykreślono gen. Hallera zastępując go jakimś kapralem, który wrzucił obrączkę w 1945 (chyba nawet taka scena była w „Czterech Pancernych”). Zresztą czytałem gdzieś, że ta sytuacja nie miała miejsca, tylko zostało wymyślona później przez komunistyczną propagandę.
Jeżeli pan Prezydent nie przestanie być panem Prezydentem być może w sierpniu będzie świętował 101 rocznicę bitwy pod Grunwaldem.

2. Razem z kolegą Grzegorzem pojechaliśmy do Victorii porozmawiać z synem „Złotego Ułana”. Ale najpierw zostaliśmy zatrzymani przez kontrolerów biletów. Stałem jak debil z biletem w ręce, bo kasownik był w trybie „tylko karta” [Teraz już rozumiem co to znaczy]. Kontroler najpierw przysłuchiwał się naszej z Grzegorzem na temat kasownika rozmowie, później nas złapał. Wynegocjowałem najpierw, żebyśmy mogli dojechać na interesujący nas przystanek. Później ja oskarżyłem pana kontrolera, że specjalnie zablokował kasownik, by utrudnić nam skasowanie. A kolega Grzegorz wykonał atak z pozycji pryncypialnych powołując się na konstytucyjne prawa. Trwało to chwilę. Kiedy odmówiłem podania miejsca pracy, a kolega Grzegorz sfotografował wielokrotnie legitymację pana kontrolera ten się poddał. Oddał mi dowód, odwrócił się na pięcie i poszedł. Jego tolerancja na świrów najwyraźniej się wyczerpała.
Żeby nie było, że moje tłumaczenia, że nie miałem zamiaru oszukać Miasta Stołecznego nie były ściemą – osobiście zniszczyłem nieskasowany bilet.

Zasiedliśmy w lobby Victorii czekając na pana Jana. Jakoś nie myśleliśmy ani o „07 zgłoś się”, ani o zamachu na Abu Daouda. W końcu przyszedł pan Jan i zaczął opowiadać. Rozmawiał zasadniczo kolega Grzegorz. Mnie się było trudno w tę rozmowę wcinać. Ale chyba świat na tym dużo nie stracił. Pan Jan znany jest w Polsce z ufundowania pomnika „Złotego ułana” w Kałuszynie. Pan Jan jest majętnym człowiekiem. Prze lata był światowym potentatem w produkcji pocztówek ze zdjęciami gwiazd. Mówi, że wydrukował ich z miliard. I – jak na jednej nie ma zbyt dużego zarobku, to na miliardzie już się trochę zbierze. Poza zdjęciami gwiazd (najwięcej zarobił na di Caprio) pan Jan inwestował w nieruchomości. Zbudował klasycystyczny pałac w stylu stanisławowskim. I ćwiczy balet. Wystawił w swoim pałacu „Jezioro łabędzie”, w którym zatańczył. Generalnie ma chłop fantazję. I pieniądze na jej realizowanie. Choć chłop nie jest chyba odpowiednim określeniem, bo krew pan Jan ma błękitną.
Teraz chce wybudować łuk triumfalny. Z okazji setnej rocznicy bitwy warszawskiej. Ciut wyższy od tego paryskiego. Na łuku pięciometrowy Marszałek wskazujący ręką na wschód. Łuk z białego marmuru. Takiego, jak ten, z którego zbudowano Tadź Mahal. Marmuru o właściwościach granitu.

Uważam, że to zajebisty pomysł. Jak spotkam prezydenta obywatela Jóźwiaka – będę lobbował. Prezydentowi Obywatelowi ponoć zawdzięczamy maszt z flagą przed Arkadią, więc może się da namówić. Sytuacja czysta – pan Jan płaci za wszystko.
Jeśli Miasto nie będzie współpracować, to łuk mógłby powstać pod Radzyminem.

Pan Jan ma zamiar w przyszłym tygodniu wyzwać na pojedynek przywódcę brytyjskiej prawicy, który w sposób niepochlebny wypowiada się o Polakach pracujących z Zjednoczonym Królestwie. Kolega Grzegorz zapytał pana Jana, czy potrafi fechtować. Pan Jan odpowiedział, że nie ale się nauczy. I to jest zła informacja, bo jeżeli zasiecze brytyjskiego polityka to pewnie trafi do więzienia i z triumfalnego łuku będą nici.

3. Wybraliśmy się z kolegą Rybitzkim na biforek przed TweetUpem z Kandydatem Dudą. Do knajpy, która się chyba nazywała Warszawska. Ale głowy nie dam. Kolega Rybitzki poleca piwa produkowane w browarach pana Jakubiaka. Ja chyba wielbicielem nie jestem.
TweetUp był w Trzeciej Wazie, która chyba pisze się przez V. Kandydat Duda idąc w ślady ambasadora Mulla zebrał grupę ludzi, która by normalnie miała małe szanse się spotkać. Nie było posła Błaszczaka. I to jest zła informacja. Sztabowi kandydata Dudy znowu się udał bardzo śmieszny numer. Koło południa na 300polityce ukazał się tekst, w którym dwóch anonimowych spindoktorów Platformy mówiło, że PiS nie jest w stanie narzucać własnej narracji. Z godzinę później pojawił się trzeci tweet posła Błaszczaka. Pojawił się i przykrył wszystko. I konferencję pani Premier o zmianach w systemie podatkowym. I wizytę Prezydenta na Pomorzu.
Kiedy PO próbuje coś robić w temacie „Social Media” kończy się jak ze stroną naszprezydent.pl.

środa, 18 marca 2015

17 marca 2015


1. Platforma Obywatelska wyciągnęła za śmietnika projekt przepisów, wedle których mandat za fotoradar płaciłby właściciel samochodu – Państwo nie szukałoby sprawcy wykroczenia. Wyciągnęła ze śmietnika, do którego wrzucił te przepisy Trybunał Konstytucyjny. Przed laty. Trybunał, do którego wysłał je prezydent Kaczyński.
Dzisiaj prezydent nazywa się Komorowski, więc mała szansa, żeby zrobił to samo. Znaczy też je do Trybunału wysłał. I to jest zła informacja.

2. Umówiłem się z kolegą pod empikiem przy rondzie de de Gaulle’a. Więc znowu przeszedłem pod biurem komitetu wyborczego Bronisława Komorowskiego. Panowie robotnicy przyklejali do okna folię z napisem „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo”. Szło im to opornie. W środku, za oknem jakaś pani jadła coś z plastikowej tacki. Na zewnątrz nie było pana, który zbierał podpisy. Zebrali 250 tys. Zasadniczo PKW sprawdza pierwsze 100 tys., więc następne można wpisać z palca, więc nie trzeba przed biurem zaczepiać ludzi. Interesujące ile podpisów zbierze PSL i dlaczego nie 50 milionów.
Wcześniej, przy Hożej widziałem jakieś kwiatki. Chyba przebiśniegi.
Dotarłem pod empik. Kolega zadzwonił, że się spóźni. Oglądałem sobie ludzi przechodzących przez rondo. I pięciu policjantów pod palmą. Jeden nawet miał motocykl.
Zacząłem się bawić moją nową zabawką. Note4. Ćwiczę się w pisaniu (rysikiem) tak, by działało rozpoznawanie pisma. [początek wczorajszych Negatywów tak zapisałem] jest to o tyle trudne, że od paru lat zasadniczo ręcznie nic nie piszę.
Szło mi całkiem nieźle dopóki nie przyszła cygańska orkiestra dęta i zaczęła grać. Pisanie, pilnowanie by przy tym nie wystawiać języka i niesłuchanie cygańskich dętych blaszanych naraz to dla mnie już zbyt wiele. I to jest zła informacja.

3. Sformatowałem sobie dysk, na którym wcześniej zbierałem wszystkie seriale i filmy do obejrzenia.I to jest zła informacja. Drugi raz w życiu zrobiłem coś takiego. W związku z tym zaczęliśmy oglądać drugą serię „Znudzonego na śmierć”. I to właściwie strasznie śmieszny film. Zasadniczo cieszę się, że nie jestem nowojorskim trzydziestolatkiem. [jeżeli życie nowojorskich trzydziestolatków jest wypadkową seriali „Znudzony na śmierć”, „Dziewczyny” i „CSI New York”]

wtorek, 17 marca 2015

16 marca 2015



1. Wystarczył jeden apel do red. Rymanowskiego i już miejsce posta Szejnfelda zajął pan Protasiewicz. I niech ktoś powie, że nie jestem opiniotwórczy.
Pojawił się też prof. Nałęcz wystylizowany na Sony'ego z Miami Vice.
W programie najlepsze były utarczki Sony-Nałęcz vs cerise-pink-V-neck-sweater-Czarzasty. Spięcia Sony-Nałęcz vs (nie mogę sobie darować) Breivik miały mniej finezji. Za to kończyły się liczeniem. Prof. Nałęcz to jednak inna waga.
Wybitnie zniesmaczył mnie minister Sawicki. Najpierw pomyślałem, że to dobrze, że występuje. Że więcej ludzi zobaczy z kim mamy do czynienia. Ale szybko do mnie dotarło, że elektorat pana ministra raczej TVN24 nie ogląda. Więc z mojego niesmaku nie było żadnego pożytku. I to jest zła informacja.

2. Tematy „Kawy na ławę” i „Loży prasowej” przypomniały mi tekst, które red. Czuchnowski napisał w grudniu 1999 roku, czyli w czasie, kiedy jeszcze się tak nie brzydził ubeckimi kwitami, jak dziś. Red. Czuchnowskiego poznałem 11 grudnia 1991 r., więc pamiętam go z czasów, kiedy był innym człowiekiem. A może takim samym, tylko okoliczności, w których funkcjonował były inne. Nie wiem. Są dwie szkoły. Jedna mówi, że ludzie się nie zmieniają. Wolę tę drugą.
O okolicznościach poznania red. Czuchnowskiego napiszę kiedy indziej.
Otóż w grudniu 1999 roku napisał był on o „Sprawie obiektowej Urna 89” – czyli o operacji Służby Bezpieczeństwa, która się zająć wyborami w 1989 r.
Przez te kilkanaście lat, które upłynęły od czasu, kiedy przeczytałem ten tekst pamiętałem jedno. Że na spotkania z kandydatami OKP, SB wysyłała swoich agentów i funkcjonariuszy. Mieli tam zadawać niewygodne pytania. Na przykład o stosunek do aborcji.
Mija powoli 26 lat od tego czasu. Służby Bezpieczeństwa już nie ma. A metody jakby zostały.
I to jest zła informacja.

3. „Newsweek” przeszedł sam siebie. Duda się zapisał do Unii Wolności, bo jego teść jest Żydem-polakożercą.
Redaktor Lis łamie kolejną konwencję. Po tym, kiedy poważnego informacyjnego tygodnika informacyjny wypełnił treściami typu „yollow”, teraz do – bądź co bądź mejnstrimu –zaciąga retorykę z fanzinów spod znaku hakenkreutza.
Ja tam osobiście nie mam nic przeciwko grzebaniu ludziom w metrykach. Ale wolałbym, żeby to miało jakąś logikę. Tu nie ma. I to jest zła informacja.

Jakoś jestem w stanie sobie wyobrazić skąd takie wzmożenie u red. Lisa. Nie rozumiem jego pracowników. Jeżeli wszystko będzie szło w takim kierunku, to za jakieś trzy tygodnie uzbroi ich i wyśle na ulicę w celu ustrzelenia kandydata PiS.




Tu link do tekstu red. Czuchnowskiego. Czytając go część (młodsza) tzw. „prawicy” się może zdziwić. Mam nadzieję, że nikt nie podrzuci go do „Gazety” – bo jeszcze ktoś przeczyta i Wojtka wyrzucą. A wtedy już chyba nigdzie nie znajdzie pracy.
http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/2310060,urna-z-agentami,id,t.html

poniedziałek, 16 marca 2015

15 marca 2015


1. Śniło mi się, że rozpoczynałem polityczną karierę. Na czym miało to polegać – nie pamiętam. W każdym razie dobrze się zapowiadało. No i byłem na jakiejś imprezie. I te impreza była w jakimś chyba kasynie, bo był tam jednoręki bandyta. I na tym bandycie wygrałem mnóstwo pieniędzy. Kilkadziesiąt tysięcy. Dolarów. Dostałem je w worku. Ale kiedy je dostałem zmieniały się w urządzenia głośnomówiące. Nie wiedzieć czemu z logo Mercedesa. Wyszedłem z imprezy. Wsiadłem do auta. Jadę. Skręcam. Jakoś za szybko. Trochę mnie wynosi. Przycieram trzy auta. Delikatnie. I nagle do mnie dociera, że przecież jestem pod wpływem, bo na tej imprezie przecież wody nie piłem. Czyli z kariery politycznej nici. Przez chwilę się zastanawiałem, czy nie próbować jakoś kombinować, ale stwierdziłem, że to bez sensu i się obudziłem. A, że była dziewiąta, a ja się położyłem po piątej – to była zła informacja.

2. Jak już doszedłem do siebie jak grom z jasnego nieba spadła na mnie informacja, że kandydat Duda był w Unii Wolności. Ten fakt byłby jeszcze jakoś znieść ale się okazało, że był Duda jednym z dwojga członków koło Podgórze-Zachód.
Otóż, jak był łaskaw powiedzieć mój osobisty radny miejski: Podgórze to austriacka Nowa Huta.
Podgórze zbudowali Austriacy po pierwszym rozbiorze. Nazwano je Josefstadt – na cześć Józefa II. Nazwa długo się nie utrzymała. Plany by nowe miasto konkurowały z Krakowem też na długo nie starczyły. W każdym razie do Krakowa włączono je dopiero 100 lat temu.
Generalnie – kulturalni ludzie na Podgórz nie chodzili.
A tu się okazuje, że kandydat Duda tworzył jakąś strukturę. Nie wiem, czy sobie z tym faktem dam radę. I to jest zła informacja.

3. Ambasador Mull podrzucił na Twitterze informację, że do końca miesiąca w Polsce pojawi się bateria Patriotów. I to jest bardzo dobra informacja. Poza tym do końca roku będą się pojawiać bliżej nieokreślone ilości sprzętu wraz z obsługą. W infrastrukturę będą inwestowane zaś określone – bardzo konkretne kwoty pieniędzy.

Pojechałem do Castoramy kupić brykiety. Niby wiosna, a jednak zimno. W Castoramie – wiosna. Można kupić grabie Fiskarsa w promocji. W Lidlu, w czekoladowych królikach czuć Wielkanoc.
Wróciłem. Dooglądaliśmy do końca najpierw trzecią serię „Banshee” – Bożena uważa, że z trzech najlepszą. I trzecią serię „House of Cards” – Bożena uważa, że najgorszą.
HOUSE OF CARDS. UWAGA SPOJLER!
Bożena zauważyła, że Underwood zdziadział. Mnie się wydaję, że przerósł go urząd. Ogarniał partyjną nawalankę. Z geopolityką nie dał sobie rady. Jak to skonstatowałem, od razu pomyślałem o Donaldzie Tusku, który z ligi okręgowej trafił do tej mistrzów. I się nie sprawdził. Mimo iż akurat to jego funkcja polega na pilnowaniu żyrandola. Cóż, to też trzeba potrafić.

Koło północy pod domem zaczęły wybuchać petardy. Wyszedłem na balkon, żeby zobaczyć co się dzieje. Ulicą szedł młodzieniec i podpalał i rzucał. Wróciłem po telefon, żeby wezwać policję. Kiedy znowu wyszedłem na balkon zobaczyłem jak z miotaczem petard rozmawia dwóch panów. Usłyszałem, jak któryś mówi „nie będziesz tego więcej robił?”. Po chwili się rozeszli. Miotacz do znienawidzonej przeze mnie „Warki”, panowie do fiata Bravo. Czyli dobrze zgadywałem, że to policjanci. Pomyślałem, że to dobrze, że mu wytłumaczyli zamiast go zwijać.
Fiat odjechał. Po chwili miotacz wyszedł z „Warki” i znowu zaczął miotać. Jestem jednak zbyt łatwowierny. I to jest zła informacja.

niedziela, 15 marca 2015

14 marca 2015




1. Co ja właściwie wczoraj robiłem? Byłem na Nowym Świecie. Szedłem przez Żurawią. Obejrzałem przez okna biuro komitetu Komorowskiego. Na zewnątrz pan zbierał podpisy. Nie miał pustej kartki.
Pod Empikiem spotkałem koleżankę Rachoń, z którą ponarzekaliśmy chwilę na beznadziejność otaczającej nas rzeczywistości. To, czym się okazał „Esquire”. I na inne rzeczy. Dowiedziałem się dlaczego koleżanka Rachoń nie została szpiegiem. Ale nie mogę o tym napisać – z oczywistych względów.
Zauważyłem wyborcę Bronisława Komorowskiego. Był wystylizowany, z brodą, w niezłym płaszczu, z kotylionem. Szedł najpierw w jedną stronę z parasolem i panią (też miała kotylion). Wracał sam. Bez parasola, na którym namalowany był chyba sowi łeb. 

W Empiku kupiłem magazyn „Lavie”. Obejrzałem. Nie chciało mi się czytać. Na pierwszy rzut oka wariacja niegdysiejszego „Melemena”. Przygotowana bez zrozumienia źródła. Najśmieszniejsze jest to, że i tak „Lavie” jest lepsze niż „Esquire”. I to jest zła informacja.

2. Od czterech dni zbieram się, żeby napisać o in vitro. Niby wszystko mam przemyślane ale wciąż mi brakuje energii. Choć może bardziej niż energii, dostępu do raportów Kantar Media. A konkretnie informacji o tym ile kosztowała kampania promująca w telewizji program in vitro.
Teoretycznie mógłbym napisać prośbę o udostępnienie tej informacji do KPRM. Ale nie wiem jak to się robi. I to jest zła informacja.

3. HOUSE OF CARDS. UWAGA SPOJLER! W nie pamiętam już którym odcinku HoC, reporterka pisze tekst o prezydenturze i prezydencie. Ostry tekst. Przynosi go do redakcji. Tam słyszy, że jest zbyt jednostronny. I że mogą go opublikować jako felieton (nie mam specjalnego zaufania do tłumaczenia, a nie usłyszałem co tam jest w oryginale). Tylko jeżeli to zrobią, to ona przestanie być reporterką. I nie będzie już miała do tego powrotu.
Ciekawe ilu kolegów dziennikarzy zrozumiało na czym polega problem.

Na wtorkowym Tweetupie będę mógł zapytać. I to prawdopodobnie nie jest dobra informacja.

sobota, 14 marca 2015

13 marca 2015



1. Parę dni temu przeczytałem kawałek książki (w budowie) kolegi Olszańskiego. Pojawił się tam budynek na rogu Oczki i Chałubińskiego. Na Oczki byłem raz w życiu z kolegą Zegarkiem w jakimś klubie studenckim na piwie. No i pamiętałem, że przy Oczki jest Instytut Medycyny Sądowej. Bo w paru kryminałach rzeczony Instytut występował.

Budynek na rogu Oczki i Chałubińskiego okazał się dowództwem Korpusu Ochrony Pogranicza, zajętym po wojnie przez Informację Wojskową.
Z nazwą K.O.P. pierwszy raz się zetknąłem ze trzydzieści lat temu, czytając o obronie Węgierskiej Górki. Nie pamiętam, chyba jakiś miejscowy ówcześnie chłopiec wspominał: idzie sobie przez las, a tu nagle przejeżdża na koniach dwóch żołnierzy z RKM-ami. Po chwili widzi, jak drogą w dolinie idzie 7 (Bawarska) Dywizja Piechoty. Idzie powoli i się rozgląda. Aż tu nagle z lasu odzywają się RKM–y. 7 (Bawarska) Dywizja Piechoty zalega w rowach. Po jakimś czasie rozstawia moździerze i zaczyna grzać po zboczach nie wiedząc, że w międzyczasie ci dwaj z RKM-ami wsiedli na konie i pojechali dalej.
Ci dwaj właśnie byli z K.O.P.-u i zatrzymali na godzinę całą 7 (Bawarską) Dywizję Piechoty.
Korpus Ochrony Pogranicza to jedna z niewielu rzeczy z dziedziny obronności, jaka się nam przed wojną naprawdę udała.
No dobra. Udało nam się jeszcze ufortyfikować Westerplatte. No i jeszcze stworzyć szkolnictwo lotnicze. No i parę projektów broni. Nie kontynuuję bo się z tego zrobi litania taka, jak w „Żywocie Briana”. Swoją drogą zastanawiam się, czy ta scena zrobiła na mnie największe wrażenie, czy rzymski patrol poprawiający błąd ortograficzny w antyrzymskim napisie. ROMANES ITE DOMUM. Nie wiem, czy to dobrze napisałem. I to jest zła informacja.

2. Poszedłem na prezentację nowego telefonu HTC.
One M9. Bardzo ładny. Chińczycy (Ci prawdziwi. Z Tajwanu) potrafią robić porządne rzeczy. 

Impreza odbywała się w apartamencie Karoliny Wozniacki. Dwudzieste któreś piętro. Niezły widok na Pałac Kultury. Ale chyba za ten widok nie zapłaciłbym tylu pieniędzy.
Na początku jakaś pani z warszawskiej ASP plotła jakieś potworne herezje. Pani teoretycznie znała się na użytkowej, ale kiedy przechodziła do kwestii historyczno-technicznych to plotła takie androny, że aż musiałem się napić. Niestety z alkoholi był tylko niby szampan.

Przypomniała mi się tzw. najgorzej zorganizowana impreza ever. W Londynie. Już kiedyś o niej zacząłem pisać, bo zostawiła w mojej pamięci niezatarty ślad.
Więc najpierw jakimiś tanimi liniami wysłali nas do Luton. Normalnie na takich imprezach dziennikarzy niańczy ktoś z PR. Tym razem – nie. Więc na tym Luton nagle się okazało, że nie bardzo wiadomo co robić. Błąkałem się w tłumie rodaków, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw zielonej wyspy Donalda Tuska. Wypatrzył mnie jakiś dziennikarz, który mnie zapamiętał z jakiejś imprezy. Błąkaliśmy się we dwóch. W końcu we trzech. Wpadliśmy na pana, który w ręce miał kartkę „miss Minta + 3 others”. Tak wyszło że miss Minta akurat na tę imprezę nie leciała. Ale znaliśmy jej nazwisko. Udało się od pana z karteczką uzyskać informację, że chodzi o HTC. Pan zawiózł nas do bardzo ładnego hotelu z lat trzydziestych, gdzie bardzo nas poproszono, żebyśmy byli za kwadrans gotowi na dole w lobby, bo trzeba będzie zaraz ruszać.
Zanim znalazłem pokój przeżyłem bardzo interesujące doświadczenie. Usłyszałem jak pani menadżer rozmawia w paniami pokojówkami. Po polsku. Z tym, że polski nie był ojczystą mową tej pani menadżer. Przebrałem się, zjechałem do lobby. I w tłumie dziennikarzy z całego świata stałem czterdzieści minut. Później zaprowadzono nas do autobusów. Zanim autobusy ruszyły upłynęło kolejne czterdzieści minut. Architektura Regents Park jest urokliwa. Autobusy ruszyły. Zawiozły nas na miejsce. Tam na wpuszczenie czekaliśmy kolejne czterdzieści minut. Może dłużej. Wpuścili nas. Śniadania nie zjadłem. W samolocie nie zjadłem. Więc z głodu rzuciłem się na niby szampana, którego podawano. Czekaliśmy na rozpoczęcie imprezy licząc, że coś do jedzenia dadzą. Dawali tylko niby szampana. Impreza się zaczęła. Usłyszeliśmy co mieliśmy usłyszeć. Zobaczyliśmy, co mieliśmy zobaczyć. Pojawiły się panie z jedzeniem. Które się niestety okazało jakimiś krakersami z czymś tam. Cóż było robić – wciąż piłem tego niby szampana. Wbiłem się nawet na chwilę do części dla VIP–ów. Ale tam krakersy wcale nie były większe. No i był ten sam niby szampan. Transportu do hotelu jeszcze nie było. Bo mieliśmy czekać na Lady Gagę. Która miała przyjść. Później. No i z tej rozpaczy i z tego niby szampana postanowiłem zjechać na poręczy, jak to przed laty robiłem codziennie w krakowskim Free Pubie. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Zapomniałem niestety, że we Free Pubie zjeżdżałem żeby się napić – trzeźwy. Tym razem było inaczej. Więc spadłem z poręczy i złamałem sobie rękę. Ale na tyle delikatnie, że łaziłem ze złamaną później jeszcze parę dni.
Namówiłem grupę, żebyśmy poszli do hotelu piechotą. Nie czekając na to później, kiedy ma przyjść Lady Gaga. Pomysł był niezły, żeby nie to, że plan jest w innej skali, i że mamy do przejścia spory kawałek. A jeżeli to tego dodamy przystanki w kilku pubach, to wyszedł trzygodzinny spacer. Jakieś dwie godziny po tym, jak się położyłem spać zadzwoniła recepcja, że czeka na mnie shuttle na lotnisko, którą ktoś z agencji zapomniał odwołać. Kiedy udało mi się panu z recepcji wyjaśnić, że nigdzie nie jadę zaczął mnie przepraszać tak wyszukanymi zwrotami, że już nic nie zrozumiałem. Ale ja to nic. Miss Minta (ta, której z nami nie było) dostała SMS, że czeka na nią shuttle.
Następnego dnia rano zauważyłem wzruszającą scenkę, jak kelnerka – Polka, wprowadza trochę bokiem, na śniadanie naszych rodaków – małżeństwo z dziećmi – ubrani jak stróż w Boże Ciało. Sadza ich z boku, żeby się za bardzo w oczy nie rzucali. I instruuje jak się mają zachować.
A się mówi, że u Polaków na emigracji za grosz solidarności nie ma.

Ty razem nie wypiłem zbyt wiele. I niczego sobie nie złamałem. Choć kiedy pani z ASP powiedziała, że w przyszłości samochody będą podłączone do Internetu i że taki concept car pokazało BMW na targach w Barcelonie, byłem gotów coś złamać.

Wyparłem nazwisko tej pani. I to jest zła informacja, bo nie mogę przed nią konkretnie ostrzegać. Więc ostrzegam ogólnie – zniechęcajcie dzieci, które myślą o warszawskiej ASP. Jeszcze by mogły na tę panią trafić. 


3. HOUSE OF CARDS. UWAGA SPOJLER.
Obejrzeliśmy dwa odcinki HoC. Niestety Rosja w serialu tak jest podobna do Rosji, Polska do Polski z serialu „Ekipa”. I to jest zła informacja.  

piątek, 13 marca 2015

12 marca 2015


1. Odwiozłem Bożenę do pracy. Wziąłem jej BMW i pojechałem zawieźć do serwisu amortyzatory, przez które dzień wcześniej kurier wyciągnął mnie z wanny. Po raz pierwszy w życiu zauważyłem fort Śliwickiego. Znaczy zauważyłem coś fortecznego, a potem sprawdziłem i się okazało, że to fort Śliwickiego. Znaczy to, co po nim zostało.
Jeden amortyzator działał bardziej niż drugi, ale pan z serwisu kazał się póki co nie przejmować. 

Zanim wróciłem do miasta pojeździłem chwilę po Henrykowie (tak się ta okolica nazywa – jeżeli wierzyć tabliczkom na domach). Nie wiem kto wymyślał tam nazwy ulic. I jakim kluczem się kierował. Z Uczniowskiej skręciłem w Podróżniczą, Później w Drożdżową, Pasieki, Skuterową. Znowu w Podróżniczą. Minąłem Krokwi. Podróżnicza zmieniła się w 15 Sierpnia. Skręciłem w Fortel, później w Żywiczną. Żywiczna zmieniła się w Uczniowską. W końcu Drogową dojechałem do Modlińskiej. Ale właściwie nie wiem po co to piszę. Może tu po prostu tak się nazywa ulice. I jest to jakiś rodzaj zemsty na przyjezdnych. Za to, że przyjeżdżają i… przyjeżdżają.
Słyszałem legendę, że polskie nazwy miejscowości w Lubuskiem były dobierane tak, żeby amerykańscy komandosi za chińskiego boga nie mogli się połapać gdzie są. Nazwy się powtarzały, różniły tylko jedną literą. Albo dwoma. Ale to chyba nieprawda.
Nazwy nadawał Instytut Zachodni na podstawie badań jakichś prehistorycznych dokumentów. Swoją drogą ciekawe ile w tym znajdowaniu słowiańskości było ściemy.
Babcia mi opowiadała, że jakąś miejscowość na z Bismarcksfelde przemianowano na Świniary. Ale to wcześniej, w 1918 roku. Pod Gnieznem.
Jak skończę z amortyzatorami do Suburbana będę się musiał zająć tymi z BMW, bo się prawy tylny tłucze. I to jest zła informacja.

2. Nie chciało mi się wyłazić na trzecie piętro, więc poszedłem się przejść. Tak w stronę Filtrów. Przy alejach Niepodległości stoi naprawdę niezła architektura. Marcin Meller opowiadał, że Saakaszwili w średnio demokratyczny sposób przebudował Tbilisi. Wybudował ponoć sporo porządnych budowli państwowych. I że budynki publiczne działają państwowotwórczo. Jakoś to widać w alejach Niepodległości.
Nasze Państwo buduje stadiony i akwaparki. I to jest zła informacja.

3. U Moniki Olejnik wystąpił były poseł Kurski z byłym ministrem Drzewieckim. Myślałem, że nic w „Kropce nad I” mnie nie zaskoczy, ale Drzewiecki wypowiadający się na tematy prawno-moralne – muszę powiedzieć, że zrobił na mnie wrażenie.
Swoją drogą bezczelność chyba ministra Kamińskiego (bo kogoż innego?) jest niewiarygodna. Partia, która rządzi od prawie ośmiu lat. Zarzuca partii opozycyjnej, że nie doprowadziła do zwiększenia kontroli nad SKOK-ami. Przygotowuje co prawda ustawę, ale ustawę uwala Trybunał Konstytucyjny, za co wini nie autorów ustawy, tylko kogoś, kto wykazał przed Trybunałem niekonstytucyjność. No i na koniec wysyła do telewizji skompromitowanego na kilku poziomach gościa. Wysyła, żeby wykazywał jak zła jest opozycja. Ciekawe co by było, gdyby nagle cały PiS znikł. Na kogo by próbowano zrzucić winę.
Były poseł Kurski radził sobie całkiem nieźle. Doprowadził byłego ministra Drzewieckiego do tego, że spod florydzkiego brązu opalenizny zaczęła wychodzić czerwień. Niestety w momencie, kiedy Drzewiecki zaczął mówić o smerfie Marudzie, nie wypomniał mu „dzikiego kraju” – jak były minister raczył nazwać naszą ojczyznę. I to nie „U Sowy”, tylko na Florydzie. I nie do ukrytego mikrofonu, tylko kamery TVN. No i to jest zła informacja.


czwartek, 12 marca 2015

11 marca 2015


1. Cztery minuty po tym, jak wszedłem do wanny zadzwonił kurier. Przyniósł przednie amortyzatory do Suburbana i zażądał za nie pieniędzy. Niewiele się zastanawiając wyrzuciłem go, gdyż wcześniej przelałem za nie pieniądze, a poza tym miały przyjechać nie tu, tylko na Pragę do firmy, która miała je doprowadzić do stanu idealnego.
Kurier poszedł. Ja dodzwoniłem się do sprzedawcy, który mnie przeprosił „bo mu się źle kliknęło”, zacząłem więc ścigać kuriera. Najpierw elektronicznie – za pomocą strony WWW, później telefonicznie, a na koniec analogowo – na piechotę. Skutecznie.
Złą informacją jest, że z tego wszystkiego nie wróciłem do wanny. A w wannie jakoś lepiej zbieram myśli.

Usłyszałem za to, że po Pomorzu krąży poseł Napieralski. Krąży i buduje struktury nowej lewicowej partii. Sekunduje mu w tym prezydent Biedroń. A kciuki trzyma grupa młodzieży eseldowskiej, która nie dała się porwać czarowi pani dr Ogórek.
My tu słuchamy, wywiadów z Leszkiem Millerem, a tam powstaje Zjednoczona Lewica Ziem Odzyskanych. Albo krócej – Lewica Piastowska.

Tak sobie myślę, że chyba brakowałoby mi Leszka Millera, więc raczej pani dr Ogórek wykręci niezły dwucyfrowy wynik i eseldowska młodzież da się porwać jej czarowi. A struktury posła Napieralskiego przestaną od posła Napieralskiego odbierać (przez jakiś czas) telefon.

2. Przez cały dzień walczyłem z pewnym tekstem. Miałem go napisać dwa tygodnie temu. I to jest zła informacja. Skuteczność moja wynosiła mniej-więcej sto znaków na godzinę. Kiedy się zaczęła zwiększać zadzwonił kolega Olszański i wyciągnął mnie na piwo do Parany.
Kolega Olszański pisze książkę. Książka się będzie składać z wywiadów. Mocnych wywiadów. Kolega Olszański potrafi pisać mocne teksty. Być może za mocne jak na poziom warszawskich magazynów. Dwa lata temu zrobił dla „Malemena” „Ocalonych” – rozmowy z ludźmi, którzy przeżyli obozy koncentracyjne. Pamiętam, że jak przyniosłem ten pomysł na kolegium, dwie koleżanki chórem stwierdziły, że nuda. Obie miały dziadków w Auschwitz, dziadkowie zamiast bajek opowiadali im wspomnienia. I – pewnie też przez środowisko, w jakim się wychowały – uważały, że każdy miał dziadka w Auschwitz i każdy zna te historie.
Nie każdy.

3. Przejrzałem nowego „Newsweeka” – pożytki z używania tabletu Samsunga. „Newsweek” i „Rzeczpospolita” za darmo.
Mark Twain napisał kiedyś opowiadanie „Jak kandydowałem na gubernatora”. Ktoś w „Newsweeku” je przeczytał i postanowił je przenieść na polski grunt.
„Z naszych ustaleń wynika, że Jarosław Kaczyński zna tę koncepcję i bierze ją pod uwagę, choć publicznie zapewne będzie się od niej odcinać” – redaktor Krzymowski po tym jak jego źródło zostało wyrzucone z PiS-u zaczął przepisywać z Twaina. Znaczy zaczął wcześniej, w tekście o „Ułaskawieniu wspólnika Dubienieckiego”.
W najnowszym numerze Krzymowskiemu sekunduje red. Pawlicka. Na podstawie rozmów z kilkoma europosłami PO zajęła się nagrodą kandydata Dudy za jakość pracy w Europarlamencie. Jednym z głównych źródeł jest pani Thun, której ten tytuł Duda odebrał.
Opowiadanie Twaina kończy się tym, że wycofuje się on z wyborów. Z kandydatem Dudą tak łatwo nie pójdzie.

Rozumiem, że można mieć poglądy polityczne, rozumiem, że się można bać o pracę, kredyt etc., ale czy to nie jest zbyt ryzykowne stawiać wszystko na jedną kartę, zwłaszcza, że nie jest ona tak mocna jak kiedyś?

O tym, że wydawca nie jest specjalnie zadowolony z Tomasza Lisa słychać było już półtora roku temu. Teraz to niby ucichło, ale nie wiadomo, co się będzie działo po wyborach. .
Chyba się cieszę, że nie jestem dziennikarzem. I to nie jest dobra informacja.  

środa, 11 marca 2015

10 marca 2015



1. Obudziłem się pełen dobrej woli. Cokolwiek by to miało znaczyć. Pojechałem oddać MINI. Nie pojeździłem nim jakoś specjalnie dużo, więc na Wołoską jechałem nieco okrężną drogą. I chciałem przeprosić wszystkich współuczestników ruchu za dziwne manewry, które wykonywałem. Cooper SD przestawiony na tryb sportowy robi z człowiekiem coś dziwnego.
W budynku, w którym się mieści BMW nie działały windy. Starałem więc się bawić Kamila rozmową jak najdłużej, żeby miał pretekst do jak najdłuższego odpoczynku, przed wychodzeniem na 7 piętro. Było to dla mnie łatwe, gdyż rozmowy z Kamilem są zawsze przyjemne, gdyż w geopolitykę zgrabnie wplata tematy motoryzacyjne. Dzięki temu mogę pisząc teksty o samochodach udawać, że mam większe o nich pojęcie. Udawać? Nie! Mam większe o nich pojęcie.

Wracałem do metra ulicą Woronicza. Po wysokim budynku Telewizji (nie pamiętam jaką miał literkę) została kupa gruzu. Swoją drogą to zabawne, że plan prezesa Wildsteina, żeby na Woronicza nie został kamień na kamieniu realizuje prezes Braun. Z tym, że o ile Wildstein chciał na tym gruzowisku coś zbudować, to Braun tylko rozwala. I to jest zła informacja.

2. Dwa razy sprawdziłem plan metra, żeby czegoś nie pomylić i bezpiecznie dojechałem na stację Politechnika. Swoją drogą, kiedy parę dni temu szukałem jarzębiaku ze sklepu przy Pięknej wysłano mnie do monopolowego „przy Politechnice”. Długo nie mogłem zrozumieć gdzie jest ten monopolowy, dopóki do mnie nie dotarło, że „Politechnika” to nie Politechnika, tylko stacja metra.
Na pl. Zbawiciela zobaczyłem redaktora Kurkiewicza z rowerem i exkandydatką Partii Zielonych [to chyba była ona, bo znam ją wyłącznie ze zdjęć] [podkreślam to, że znam ją wyłącznie ze zdjęć, żeby udowodnić, że należę do pewnego rodzaju elity, ale nie będę się nad tym specjalnie rozwodził].
Zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy rower i red. Kurkiewicz to zestaw, który wystarczy do poliamorii, ale zobaczyłem kolegę Zbroję, który siedział w Szarlocie.
Ze Zbroją i jego rowerem poszliśmy do Beirutu, gdzie pijąc piwo Dawne patrzyliśmy jak wypiękniała nam Poznańska.
Żeby było idealnie brakuje liści na robiniach. I jeszcze chwilę potrwa zanim się pojawią. I to jest zła informacja.

3. W „Tak jest” oglądałem starcie profesorów. Zwyczajnego z nadzwyczajnym. Zwyczajny był nadzwyczajnie dobry. Nadzwyczajny – zwyczajnie słaby. Aż się zdziwiłem.
Nie posądzałem prof. Glińskiego o taką sprawność. Teraz wyobrażam sobie jak mógł rozjeżdżać niewystarczająco przygotowanych studentów.

Wieczorem u red. Olejnik wystąpili Adam Bielan i mecenas Giertych. Pan Bielan nie powinien grać w pokera. Kiedy mecenas Giertych zamiast jechać po kandydacie PiS zajął się profesorem (nadzwyczajnym) Nałęczem we oczach pana Bielana można było zobaczyć karetę asów.
Później, w „Czarno na białym” oglądałem materiał o sztabach wyborczych kandydatów. Trojga kandydatów. Pan Palikot się nie załapał. Istnieje obawa, że red. Olejnik będzie mu chciała to wynagrodzić w przyszłym tygodniu. I to jest zła informacja.